Bracia

Malutka Wieś leżała  wśród pól i lasów, zaledwie dwadzieścia kilometrów od najbliższego miasta. Jego mieszkańcy nigdy jednak o wiosce nie słyszeli. Byli zbyt zajęci swoimi sprawami i pomnażaniem dóbr, żeby rozejrzeć się wokół siebie i zwrócić uwagę na cokolwiek innego.

Malutka Wieś utrzymywała się głównie z rolnictwa i hodowli zwierząt. Mieszkało tu także kilku pracowników tartaku i nadleśnictwa.

Jej mieszkańcy pracowali ciężko i tylko dzięki temu utrzymywali się przez cały rok.

 

Rodzina Kołodziejów mieszkała na skraju wsi. Jan i Maria mieli pięcioro dzieci. Najstarszy, Piotr, założył już własną rodzinę, ale bywał u rodziców dość często. Osiemnastoletnia Anna i szesnastoletnia Jadwiga uczyły się jeszcze, wciąż mieszkały w domu rodzinnym i tu pomagały, w czym tylko mogły, żeby tylko rodzinie żyło się dobrze. Najmłodsi chłopcy – Olaf i Ludwik – byli czternastoletnimi bliźniakami. Bardzo się jednak od siebie różnili. Olaf urodził się jako pierwszy; rósł szybko, był silny, bystry i dobrze się uczył. Zawsze podobał się dziewczętom. Był dumą rodziny. Z kolei Ludwik rodził się długo i komplikacjami, co miało wpływ na to, co działo się z nim później. Lekarz odbierający poród, stwierdził niedotlenienie i uprzedził rodzinę, że rozwój chłopca stoi pod dużym znakiem zapytania. Faktycznie, dziecko rosło powoli, było słabowite i ani w połowie tak bystre, jak jego bliźniak. Ludwik zawsze miał duża głowę, która wydawała się kiwać na wszystkie strony na nieproporcjonalnie chudej szyi. Chodził do szkoły, ale był traktowany w specjalny sposób. Nauczyciele nie wróżyli mu powodzenia w zdobyciu choćby najprostszego zawodu. Jedynie na zajęciach plastycznych nie odstawał od rówieśników. Wielu kolegów wręcz bił na głowę w pracach plastycznych.

Ludwik mówił mało, cicho i niewyraźnie. Jedynie Olaf zawsze dokładnie wiedział, o co chodzi bratu.

Bliźniacy wszędzie chodzili razem, kiedy byli poza domem.

Dziewczęta próbowały umawiać się z Olafem, ale on nie chciał niegdzie iść bez brata. W końcu wszystkie dziewczęta ze wsi dały spokój, choć chłopak tak im się podobał.

Matka często żartowała z bliźniaków:

– O czym wy tak trajkoczecie? – pytała z figlarnym uśmiechem. – Plotkarze! Gorzej, niż dziewczyny.

– Daj spokój! – Olaf zachmurzał się w takich sytuacjach, jednak nic nie wyjaśniał, choć zawsze bywał zamyślony po rozmowach z bratem.

– Szkoda tego pani syna, żeby był niańką dla Ludwinia – mówiły do Marii kobiety, które przynosiły jej ubrania do przerobienia. Myślały, że bracia nie wiedzą, co się o nich mówi, ale oni słyszeli wielokrotnie tego typu wypowiedzi.. Olaf z wysiłkiem zaciskał wtedy pięści, by nie powiedzieć im tego, co o nich sądzi i o tych ich uwagach. Kochał brata i znał go tak dobrze, jak nikt inny, nawet matka. Jako jedyny wiedział, co dzieje się w tej niezgrabnej z pozoru, za dużej głowie. Tym bardziej był zdecydowany zostać z bratem tyle czasu, ile będzie to konieczne, czyli do końca życia któregoś z nich.

 

***

 

Lekarz zawsze powtarzał  że tacy ludzie, jak Ludwik mogą żyć kilka, kilkanaście i raczej rzadko dwadzieścia – trzydzieści  lat. W ogóle był w szoku, że chłopak wyszedł z wieku niemowlęcego i tym bardziej, kiedy kończył 5 i 10 lat. Wciąż powtarzał matce, że w tym przypadku, tym bardziej nikt nie zna dnia ani godziny, już nie mówiąc o powodzie odejścia. Ukryte wady mogły się ujawnić nie wiadomo kiedy i pod wpływem jakiego bodźca.

Rodzice bliźniaków nie należeli do ludzi, którzy tracili czas na zastanawianie się „co by było, gdyby” albo co będzie się działo z ich dziećmi, kiedy odejdą. Dla Marii było czymś oczywistym, że rodzeństwo będzie sobie pomagać w potrzebie, więc nigdy nie rozmawiała o tym z dziećmi.

Kołodziejowie byli ludźmi pracy, obowiązku i czynu. Nigdy nie mieli czasu na żale i zbędne filozofie.

 

***

 

Ludwik, im był starszy, tym bardziej niezrozumiale mówił. Z czasem po prostu zaczął bełkotać. Olaf był jego tłumaczem, a więc i łącznikiem ze światem.

Bracia kończyli szkołę, a nauczyciele wzruszali ramionami nad podupadającym na zdrowiu chłopcem. Nie mogli pomóc, a tylko odsyłać rodziców do specjalistów.

– Pożyjemy, zobaczymy – powtarzała w tej sprawie matka.

 

***

 

Ten rok był niezwykle ciężki. Zbiory kiepskie z powodu  suszy spowodowały dodatkowe wydatki.

Jan przeszedł na emeryturę i szybko okazało się, że będzie musiał jednak dorabiać w mieście.

– Weź ze sobą bliźniaków – poleciła kategorycznie matka.

– Olafa rozumiem, zaczepi się gdzieś, ale po co Ludwika?

– A co ja tu z nim zrobię? Już go w ogóle nie rozumiem. Rozejrzycie się już na miejscu i coś wymyślicie. Ja pomogę jakoś pozostałym dzieciom tu, na miejscu. Jakoś sobie damy radę.

 

***

 

– Tato, chcę się uczyć i iść na studia – Olaf był zrozpaczony wizją bycia rolnikiem, piekarzem lub krawcem. Nie chciał tak żyć.

– Słyszałeś, co mówiła matka. Jest ciężko. Poza tym, co podczas twoich studiów stanie się z Ludwikiem?

– Zaopiekuję się nim. Zostaw to mnie i nic się nie martw.

– Nie chcę mieć przez was żadnych kłopotów! Matka też na to nie zasługuje! Pamiętaj!

– Wiem – Olaf przez chwilę patrzył na ziemię. – ale zaufaj mi… to znaczy nam obydwu. Żaden z nas nie poradzi sobie bez drugiego.

– A co chcesz studiować?

– Architekturę.

– Przecież ty nie masz o tym pojęcia.

– No wiesz, trochę się jednak uczyłem. Nic wam nie mówiłem, czy mi się uda i czy nadarzy się ku temu okazja.

– Rób, jak uważasz. Ja jednak nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Zajmij się bratem. Masz tu trochę pieniędzy na początek i radźcie sobie.

 

***

 

Internat była niewielki. Olaf nie miał problemu  z otrzymaniem pokoju i pewnej dopłaty na utrzymanie. Resztę planował dorobić udzielając korepetycji  z matematyki i rysunku.

Ludwika umieścił w zakładzie ze szkołą specjalną. Odwiedzał go codziennie i dowiadywał się o jego postępy. Brat zaczął szybciej pisać; charakter pisma miał dosyć niewyraźny i odcyfrowanie każdej linijki zajmowało jakiś czas. Chłopak prowadził też specjalny zeszyt, w którym zapisywał pewne rzeczy na bieżąco, coś, co chciałby powiedzieć bratu, a bał się, że zapomni do tej pory, kiedy będzie się widział z Olafem. Ten z kolei poświęcał wiele czasu na odczytywanie tych notatek. Zapiski przypominały najczęściej pojedyncze wyrazy wyjęte z kontekstu lub nowoczesny wiersz.

 

***

 

Pewnego dnia Ludwik po prostu zniknął. Kiedy Olaf przyszedł do zakładu po zajęciach, pielęgniarka dziwnie na niego popatrzyła, jakby ze współczuciem i niepewnością. Kiedy powiedział nieco zniecierpliwiony, że przyszedł do brata, pielęgniarka poprosiła o przypomnienie nazwiska, choć dawno powinna zacząć kojarzyć bliźniaków.

– Hmmm. Nie mamy tu takiego pensjonariusza.

– Jak to?! Ale przecież…

– Posłuchaj chłopcze, jestem po dwunastogodzinnej zmianie i nie mam sił na kłótnie, a tym bardziej na głupie żarty. Wyjdź stąd spokojnie, inaczej wezwę ochronę. Jeśli się będziesz upierał przy swoim, wylądujesz na policji, a później, kto wie, może na specjalnym oddziale szpitalnym, z którego nie tak łatwo się wydostać.

Olaf stał osłupiały przez dłuższa chwilę. W końcu pozwolił się wyprowadzić na zewnątrz. Zaczęło lać, a on stał w strugach deszczu. Dopiero, gdy ubranie przemokło do ostatniej nitki, chłopak ruszył przed siebie.

Zimno i deszcz zrobiły swoje.  Po nieprzespanej nocy, Olaf poczuł się fatalnie. Miał gorączkę i dreszcze. Ledwo przytomny, zdołał poprosić kolegę o wezwanie lekarza. Ten przyszedł szybko, zbadał pacjenta, zapisał lepi i kazał bezwzględnie leżeć, a w razie brak poprawy, zgłosić się do szpitala.

 

***

 

Olaf wysiadł z autobusu. Był jedynym pasażerem, który kończył podróż w Malutkiej Wsi. Teraz czekało go najgorsze: musiał powiedzieć o wszystkim rodzicom. Ojciec od miesiąca siedział w domu na zwolnieniu. Jak to zniesie?

Chłopak stał przed drzwiami domu przez dłuższą chwilę, zanim zdecydował się zadzwonić. Miał ochotę uciec; ze strachu trzęsły mu się ręce.

Drzwi otworzyła matka.

– Synku! Co za niespodzianka! Wchodź!

– Mamo…

– Nic nie mów. Nie dałeś znać, że przyjeżdżasz. Na jak długo zostaniesz?

– Mamo… Ludwik zniknął; w zakładzie udają, że nigdy go nie było…

Matka zamarła.

– Ludwiś… Skąd… skąd o nim wiesz?

– Jak to, skąd?! To przecież mój brat bliźniak!

– Tak, ale urodził się chory i zmarł po dwóch dniach.