Cela

Nikt nie był w stanie stwierdzić, kto chciał zaszkodzić Magnusowi Z., który w dniu swoich czterdziestych urodzin został doprowadzony do aresztu. Przedstawiono mu oskarżenie o dokonaniu napadu i uszkodzenie ciała wysokiego urzędnika, pracownika Urzędu Miejskiego. Rozprawa okazała się być farsą. Nie pomogło potwierdzenie alibi Magnusa przez cztery niezależne osoby. Wystarczyło, że poszkodowany dwa razy, klnąc się na wszelkie świętości przysiągł, że to podejrzany dokonał czynu karalnego, który spowodował postawienie go przed sądem. Sąd nie dał wiary Magnusowi, że widzi poszkodowanego po raz pierwszy w życiu. Suma summarum wyrok brzmiał: sześć miesięcy więzienia bez zawieszenia.

Tydzień czekał Magnus na decyzję, w którym więzieniu będzie odbywał karę. Ku jego zaskoczeniu, wysłano go do nieznanego więzienia, mieszczącego się w starym, XIX-wiecznym budynku, z dala od cywilizacji. Nie widział, w którym dokładnie kierunku jedzie. On i jeszcze trzech skazanych podróżowało zamkniętym samochodem, z zasłoniętymi oknami; jak długo jechali, nie wiedzieli, po kilkunastu minutach monotonnej jazdy stracili poczucie czasu. O tym, że musiało to być dość długo, świadczył tylko ból pleców od niewygodnej ławeczki i zapadający zmierzch, kiedy wysiadali po dojechaniu na miejsce.

Znajdowali się na otoczonym wysokim murem terenie. Za ścianą z cegieł widać było gęsty las. Po środku placu stał budynek z czerwonej cegły. Wydawał się niewielki i niezbyt dobrze zabezpieczony jak na więzienie, w którym znajdował się oddział dla najgroźniejszych przestępców, o czym głosiła rozpiska przy bramie.

– Dalej, ruszać się! – jeden ze strażników transportujących więźniów strażników zaczął się niecierpliwić. – Jeszcze się napatrzycie na tę okolicę. No dalej! – szturchnął mocno rudego dryblasa, który przyznał się w czasie drogi, że zamordował sąsiada z czystej, bezinteresownej nienawiści.

– Paweł, uspokój się! – drugi strażnik odepchnął nerwusa od więźniów. – Dalej, idziemy, panowie!

Weszli do środka i od razu zaprowadzono ich do gabinetu dyrektora. Strażnicy transportujący zostali odesłani; zastąpiło ich trzech tutejszych pracowników. Dyrektor okazał się niskim, przysadzistym mężczyzną, lekko łysiejącym nad czołem.

– Panowie, żeby wszystko było jasne; nie lubię się powtarzać, więc proszę mnie teraz uważnie posłuchać. Jak zapewne zauważyliście, na zewnątrz wydaje się, że budynek więzienia jest słabo zabezpieczony: zero drutów kolczastych, tylko 4 wieżyczki strażnicze i jeden mur, w dodatku niezbyt wysoki… Wymarzone warunki do ucieczki. Nic bardziej mylnego. Więzienie i najbliższy teren wokół niego, także za murami, są doskonale i nowocześnie zabezpieczone. A nawet jeśli ktoś byłby na tyle sprytny, by uciec, to muszę uprzedzić, że las rośnie na terenach podmokłych – o fałszywy krok jest tam łatwiej, niż o kolejny oddech. Dodatkowo mieszka tam całkiem sporo dzikich zwierząt, specjalnie wpuszczonych na te tereny. Radziłbym też nie sprawiać problemów swoim zachowaniem. Można za to wylądować w Celi 16…

W tym momencie zadzwonił telefon. Dyrektor podniósł słuchawkę.

– Tak… Oczywiście… Pouczyć i obserwować. W razie dalszych problemów, wiecie, co robić… Dobrze, zaraz przyjdę.

Przez chwilę panowała cisza.

– Muszę panów przeprosić. Zostaniecie teraz odprowadzeni do swoich cel. Co do Celi 16, jestem pewien, że współwięźniowie ostrzegą was przed nią o wiele lepiej niż ja – na twarzy mężczyzny zagościł na ułamek sekundy okrutny, ironiczny wyraz, a w oczach pojawiło się okrucieństwo. Jednak opamiętał się prędko, odchrząknął, skinął na strażników i wskazał na drzwi. Nowo przybyłych wyprowadzono.

 

Magnusa zaprowadzono do celi na 1. piętrze – na najłagodniejszy oddział, przynajmniej tak głosił napis na drzwiach wejściowych.

Kiedy zatrzasnęły się za nim drzwi, nowy więzień zaczął się rozglądać po pomieszczeniu. Stosunkowo wąskie i skrajnie skromnie urządzone, w ciągu dnia oświetlone cienkim paskiem wpadającego przez wąziutkie, acz wysokie okno światła… Dwa krzesła, maleńki stolik, kącik sanitarny i dwie prycze. Na jednej leżał drobny i niezwykle chudy mężczyzna.  Wydawało się, że spał, jednak w chwili, kiedy Magnus ruszył ku drugiemu łóżku, jego współwięzień podniósł się i usiadł, spuszczając nogi na podłogę. Przez moment przyglądali się sobie.

– Magnus Z….

– Nie interesuje mnie nazwisko. Przebywając tu jesteś więźniem posiadającym imię i pochodzącym z celi o konkretnym numerze. Zapamiętaj to sobie, bo tak należy zgłaszać swą obecność, jeśli będą cię wywoływać. Jestem Piotr z celi 12-1.

Podali sobie ręce.

– Jestem tu za oszustwa. A ty?

– Ja… właściwie to jestem niewinny.

– Ćśśśś… Nigdy tu tego głośno nie wymawiaj! Za to najczęściej ląduje się w celi 16! A stamtąd się nie wychodzi, przynajmniej nie słyszałem o takim przypadku, a siedzę tu już jakiś czas; rozmawiałem z więźniami odsiadującymi wieloletnie wyroki i wszyscy mówili to samo.

– Ale ja naprawdę…

– Nie no, tobie to chyba życie niemiłe albo nie rozumiesz, co się do ciebie mówi!

– Ale…

– Jaką winę ci orzekli?

– Napad i uszkodzenie ciała ważnego urzędnika. Tyle, że ja go nigdy na oczy nie widziałem…

– Nie ty pierwszy tak śpiewasz – Piotr uśmiechną się szyderczo i splunął w kont celi. – Jeśli wszystkim by wierzyć, to więzienie w ¾ jest obsadzone ludźmi, którzy nie dokonali czynów, za które ich tu osadzono. I najczęściej to właśnie oni stąd nie wychodzą. Ile ci zasądzili?

– Pół roku.

– To prawie nic. – Piotr zapalił papierosa. – Bądź grzeczny, nie rzucaj się w oczy i nie powtarzaj bajki o niewinności. Odsiedzisz swoje, wyjdziesz i zapomnisz. Dobrze ci radzę.

– Ale o co chodzi z tą Celą 16?

– A dyrektor ci nie wyjaśnił?

– Zaczął, ale odebrał telefon i powiedział, że nie ma na to czasu.

– Czyli jak zwykle. Spryciura. Woli, żeby nowi więźniowie dowiadywali się od tych, co już tu jakiś czas siedzą. A wiesz dlaczego? Bo są tu tacy, którzy lubią koloryzować i straszą nowych jeszcze bardziej, choć właściwie nikt nie wie nic pewnego, bo jak ci już wspominałem, z Celi 16 nikt jeszcze nie wrócił i nie mamy informacji z pierwszej ręki. Widzisz, do Celi 16 nie trafisz ani za pyskowanie do strażników, ani za wszczynanie kłótni, ani za pobicie współwięźnia czy inne podobne przewinienie. Za to co najwyżej obiją ci boki albo trafisz do izolatki na tydzień, ale przeżyjesz i nie doznasz większego uszczerbku na zdrowiu – co najwyżej kilka siniaków i trochę głodu, bo w izolatce dostajesz okrojone porcje jedzenia. Ale żyjesz i jeśli dotrwasz do końca kary, bo nie zrobisz nic głupszego, wychodzisz i zapominasz o swoich krzywdach. Do celi 16 możesz trafić za twierdzenie, że jesteś niewinny, czyli przebywasz tu niesłusznie, za ujęcie się za osobą, która tak twierdzi i widzisz, że prowadzą ją do sławetnej celi i w ogóle za wstawianie się za którymkolwiek współwięźniem, choćby według ciebie dotykała go tu jakaś niesprawiedliwość.

Zapamiętaj dokładnie, co ci powiedziałem; od tego zależy czy i w jakiej formie dotrwasz do końca swojej kary. Pamiętaj, że chodzi o twoje życie.

To powiedziawszy, Piotr położył się na powrót na pryczy i odwrócił twarzą do ściany. Najwidoczniej nie miał już ochoty na rozmowę tego kończącego się dnia.

Magnus usiadł na swoim łóżku. Nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. W ciągu ostatniego tygodnia tyle się wydarzyło. Czuł gorycz, czasem wręcz rozpacz. On, przykładny obywatel, mąż i ojciec dwojga dzieci. Nigdy do tej pory nie był w konflikcie z prawem. A teraz? Taki wstyd… Zabrano go z domu jak groźnego przestępcę, nie mógł się nawet pożegnać z rodziną.  Nie wiedział nawet, czy powiadomiono żonę, gdzie przebywa – nie odwiedziła go w areszcie, nie przyszła na sprawę, mimo, że byli na niej sąsiedzi, którzy za nim świadczyli. A teraz jeszcze to więzienie…

 

Magnus przebywał w więzieniu już miesiąc. Mimo słabej kondycji psychicznej wywołanej ostatnimi wydarzeniami, słuchał rad Piotra. Patrzył na więzienne życie z boku; w nic się nie mieszał. Dosyć szybko doszedł do wniosku, że miał dużo szczęścia, że trafił na Piotra jako na współwięźnia. Mimo, że przyznał się do oszustw, w stosunku do Magnusa i innych współwięźniów zawsze postępował fair;  był wykształcony, spokojny, nie przeklinał, ale miewał dni, kiedy godzinami milczał leżąc odwrócony plecami do celi. W takie dni Magnus czuł się bardzo samotny poza godzinami spaceru i posiłków, kiedy można było zamienić kilka słów z niektórymi więźniami ze swojego oddziału. Zawarł kilka znajomości i sam się dziwił, że w więzieniu można spotkać kogoś interesującego i zaprzyjaźnić się z nim, znając jego grzeszki, które sprowadziły go za kratki.

Na oddziale Magnusa karę odsiadywali drobni oszuści (w tym recydywiści), złodziejaszkowie wyrywający torebki i saszetki, unikający płacenia podatków i alimentów przez więcej, niż dwa lata oraz podobni jemu – oskarżeni o rozboje i pobicia, ale mający na swym koncie tylko jeden incydent.

Na drugim piętrze karę odsiadywali często recydywiści i odpowiedzialni za: wymuszenia pieniędzy, zastraszający, porywacze, oskarżeni o nieumyślne spowodowanie śmierci i podobne niezbyt godne człowieka czyny. Wreszcie trzecie piętro zamieszkiwali najgroźniejsi przestępcy: mordercy, gangsterzy, handlarze narkotykami i żywym towarem, gwałciciele i pedofile.

Magnus często zastanawiał się, czy zasady dotyczące odsyłania do Celi 16 dotyczą w równym stopniu i w takich samych przypadkach więźniów ze wszystkich oddziałów. Jedno zdążył zauważyć: samo wspomnienie tego miejsca powodowało chwilowe zaprzestanie rozmów, przebłysk trwogi w oczach nawet najgroźniejszych przestępców, którzy zdawali się rządzić wśród współwięźniów i którzy sami siali wśród nich strach. Tylko nowo przybyli nie bali się pytać ani mówić  o Celi 16. Jednak szybko uczyli się, że lepiej o niej nie wspominać. Co bystrzejsi odczytywali ostrzeżenie z reakcji współwięźniów, pozostałych zawsze ktoś uświadomił.

 

W drugim miesiącu swojej bytności w więzieniu, Magnus nawiązał bliższą znajomość z Pawłem W., z  sąsiedniej celi. Pawła przywieziono miesiąc po Magnusie. Mężczyzna był cichy i skryty. Dopiero przy piątym spotkaniu odważył się szepnąć Magnesowi, że jego wyrok – dwa lata za nieumyślne spowodowanie śmierci – to pomyłka, a on sam jest niewinny.

– Wiesz, co ci grozi za głośne mówienie o swojej niewinności? – Magnus wyszeptał ze zgrozą.

– Tak, powiedzieli mi. Ale to przecież niesprawiedliwe!

– Pewnie, ale nie zmienimy tego jeśli dostaniemy się do Celi. Jestem w podobnej sytuacji, co ty. Skazali mnie na pół roku za coś, czego nie zrobiłem.

– Pół roku a dwa lata to różnica.

– Ale jednak to brzydka dziura w życiorysie tak czy owak.

 

– Tracę dwa lata życia; straciłem dobrą pracę, którą kochałem, straciłem rodzinę. Moja żona nie będzie mnie chciała znać, kiedy stąd wyjdę, o ile w ogóle dotrwam… Ona jest zasadnicza – nie będzie się więcej zadawała z kimś, kto był w więzieniu, nawet niesłusznie. Zabrali mnie nagle, nie zdążyłem się pożegnać, porozmawiać, nic jej wyjaśnić.  To tym bardziej mnie pogrąża w jej oczach…

– Mnie potraktowali tak samo. Nie wiem, ile wie moja rodzina. Czy wiedzą w ogóle, że jestem w więzieniu?

– Myślisz, że im nie powiedzieli?

– A skąd mam wiedzieć?! Nikt mi nic nie wyjaśnił. Napisałem do żony kilka listów; pierwsze dwa jeszcze z aresztu, a stąd już z pięć. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. To do mojej żony raczej niepodobne, choć kto wie; nigdy nie spodziewała się, że mogę wylądować w kryminale… Może już postawiła na mnie krzyżyk, a moje rzeczy oddała do przechowalni.

– Sam widzisz. Jeżeli stąd wyjdziemy, nie mamy nic! I za co? Za nic! Dlaczego?! Nikt nam tego nie powie…

– Może komuś podpadliśmy i o tym nie wiemy.

– Wierzysz w to?! Założę się, że jesteś taki jak ja – spokojny, do tej pory nie karany, skrupulatny i uczciwy pracownik, przykładny ojciec rodziny….?

– No, niby tak o mnie mówiono.

– A widzisz. Zbieg okoliczności, że zostaliśmy niesłusznie oskarżeni, a sąd dał wiarę naszej winie? Założę się, że jeśli znajdziemy jeszcze kogoś w podobnej sytuacji, wszystko będzie się zgadzać kropka w kropkę. Ja już słyszałem o takim – wczoraj podobno wysłali go do Celi, bo ośmielił się interweniować w sprawie swej niewinności u dyrektora.

Magnus z przerażeniem spojrzał na towarzysza.

– Kiedy? Nic nie słyszałem…

– Powiedział mi to koleś z sąsiedniej celi. Nie był wczoraj na spacerze, bo miał gorączkę i wszystko widział – jak prowadzili nieszczęśnika, znaczy się.

Rozmowę mężczyzn przerwało wezwanie na obiad. Tego dnia nie mieli więcej okazji do wymiany zdań.

 

Magnus zaczął się martwić o nowego przyjaciela. Widział, że Paweł się załamuje. Był coraz mniej ostrożny w mówieniu o swojej niewinności. W pewnym momencie doszło do tego, że kiedy się już odzywał, mówił tylko i wyłącznie o okolicznościach swojego skazania, podkreślając niesprawiedliwość, jaka go spotkała. Wszelkie próby rozmowy z Pawłem zaczęły spełzać na niczym. Magnus zaczął się obawiać, że ktoś ich podsłucha. Bał się i o przyjaciela i o siebie. Czuł się niezręcznie – w końcu uważał Pawła za przyjaciela, a w końcu o naprawdę życzliwych ludzi było w więzieniu ciężko. Teraz zaczął rozumieć dlaczego tak się działo.  W stosunkach międzyludzkich zawsze następował tu moment, kiedy najważniejsza stawała się własna skóra i jej bezpieczeństwo, ewentualnie korzyść w postaci braku dodatkowych kłopotów. Znikały wszelkie skrupuły; nikt się za nikim nie ujmował; zaczynało się liczyć tylko jedno: dotrzeć do końca kary i opuścić do przeklęte miejsce.

 

W końcu nastał dzień, którego tak bardzo obawiał się Magnus. Zabrali Pawła, który  znienacka zaczął głośno i histerycznie dopominać się spotkania z dyrektorem w sprawie swojej niewinności. Strażnicy nie potrzebowali w takiej sytuacji żadnych odgórnych konsultacji – mieli stałe przyzwolenie, by w podobnych sytuacjach, od razu odstawić delikwenta do Celi 16, spisać protokół ze zdarzenia i uważać sprawę za zamkniętą. A o nieszczęśniku już więcej się nie mówiło. Także więźniowie mieli zakaz wspominania o nim. Należało zapomnieć o tej konkretnej osobie, jakby nigdy jej tu nie było, ba, nawet jakby nigdy nie istniała.

Paweł miotał się jak szalony prowadzony przez dwóch rosłych strażników, którzy sprawiali wrażenie, jakby prowadzenie oszalałego więźnia nie sprawiało im żadnej trudności.

– Jestem niewinny! Puśćcie mnie! Chcę do dyrektora! Mam prawo obrony! Przysługuje mi apelacja!… Nie…! Nie…!!!

Mężczyźni znikli, wychodząc na korytarz zewnętrzny. Jeszcze przez chwilę było słychać okrzyki i szarpaninę więźnia. Po chwili jednak wszystko ucichło, a ciężkie drzwi zamknęły się za nimi.

Magnus usiadł na pryczy i oparł głowę na rękach. Cisza zaległa na nim jak ogromny ciężar, który zaczął go niemiłosiernie dusić. Doszły wyrzuty sumienia.

– Przyzwyczaisz się. – usłyszał głos Piotra. Wydawał mu się szyderczy. – Z biegiem czasu każdy z nas się przyzwyczaja, choć niecodziennie takie wydarzenia mają miejsce.

– To straszne…

Piotr zachichotał, ale śmiech szybko przekształcił się w kaszel charakterystyczny dla wieloletniego palacza. Po chwili, kiedy już się uspokoił, przypatrzył się Magnesowi z uwagą i powiedział:

– Uważaj, bo będziesz następny.

Magnus podniósł szybko głowę i spojrzał na towarzysza niedoli. Jego spojrzenie przez chwilę było straszne, wręcz przerażające. W jego oczach było coś, co sprawiało, że Magnus był pewien, że  jego współwięzień wie, co mówi.

– Jak to…?

– Wierz mi. Jestem tu na tyle długo, że rozpoznaję takie rzeczy. Nie trzeba być do tego jasnowidzem, czy psychologiem. Wystarczy umieć obserwować ludzi i sytuacje, kojarzyć fakty i umieć dodać dwa do dwóch.

Po tych słowach położył się jak zwykle twarzą do ściany. Magnus wiedział, że w takiej sytuacji nie ma sensu już o nic pytać. Dopóki Piotr sam się nie odezwie, stawał się nieobecny, nie odpowiadał na pytania, w najlepszym razie odburkiwał, że chce spać lub żeby dać mu spokój.

Magnus poczuł się w tej chwili tak samotny ze swoimi wyrzutami sumienia, że chciał z miejsca podzielić los Pawła. Opamiętał się jednak. Zacisnął pięści, aż stały się białe. Zabolało. Paznokcie prawie wbiły się w skórę. Musi wytrzymać – dla dzieci, żony…

 

Dni stały się koszmarnie podobne jedne do drugiego. Magnus nie zawierał nowych znajomości – nie chciał przechodzić znowu przez to samo, co w przypadku Pawła. Już teraz mu było trudno wytrzymać. Przestał mierzyć czas do końca odbywania kary. Stawało mu się to coraz bardziej obojętne. Brak kontaktu z rodziną powodował jeszcze większą rezygnację.

Wreszcie nastał koniec. Tego dnia Magnus podszedł podczas spaceru do pierwszego  zauważonego strażnika i rzucił od niechcenia:

– Jestem niewinny, wrobili mnie. Cokolwiek zrobicie, nie zmienicie tego.

Ku wielkiemu zdziwieniu strażnika, Magnus nie opierał się, kiedy ten chwycił go za ramię, by go obezwładnić. Spuścił tylko głowę i szedł spokojnie. Kilka minut, jakie zajęło im dojście do Celi 16, wydawało się mężczyźnie wiecznością. W końcu zatrzymali się przed masywnymi drzwiami. Strażnik wystukał na klawiaturze obok nich kilkucyfrowy kod. Drzwi ustąpiły.

– Właź! – strażnik popchnął lekko Magnusa w stronę wąskiego wejścia, jakie pojawiło się miedzy skrzydłem drzwi, a framugą.

 

Ku swojemu zdziwieniu, Magnus nie ujrzał żadnych przerażających obrazów, rodem z piekła czy horroru. Znajdował się w pokoju, na środku którego stało biurko i dwa krzesła ustawione tak, żeby siedzące na nich osoby były vis-a-vis siebie. Na jednym z nich siedział dyrektor więzienia. Mężczyźni patrzyli przez chwilę na siebie  Magnus z coraz większym zaskoczeniem. Czego teraz miał się spodziewać?

– A więc twierdzi pan, że jest niewinny.

– Niezupełnie, na pewno popełniłem jakieś błędy w życiu. Ale nie to, o co mnie oskarżono i osadzono tutaj.

– A nie dopuszcza pan do siebie myśli, że po prostu nie pamięta pan, że coś zrobił?

– Nic mi o tym nie wiadomo. Nigdy nie miałem zaników pamięci, nie upijałem się aż do urwania się filmu, nie brałem narkotyków, słowem nie było powodu, żebym nagle nie zapamiętał takiego drastycznego wydarzenia z sobą w jednej z głównych ról.

– A jednak… Czy nie interesowało pana, że żona i dzieci pana nie odwiedzają, nie piszą, nie próbują się skontaktować? Przecież byliście przykładną rodziną.

– Owszem, ale mam wrażenie, że przed moją rodziną ukrywa się to, co się ze mną dzieje. Pisałem do domu i to niemożliwe, żebym nie dostał żadnej odpowiedzi, jeśli moje listy doszły.

– Mamy więc i teorię spiskową – dyrektor westchnął.

Zapadła chwilowa cisza. W głowie Magnusa krążyło tyle myśli i pytań, które rodziły się przez cały czas pobytu w więzieniu, a jednak nie wiedział od czego i jak zacząć.

– Niech pan usiądzie – dyrektor wskazał na krzesło na przeciwko siebie. – Zawsze mam z wami ten sam problem – jak powiedzieć o sednie sprawy. Najlepiej chyba prosto z mostu…

– Nie umiem powiedzieć, bo nie wiem, co ma mi pan do zakomunikowania – niepokój Magnusa wzrósł gwałtownie, kiedy usłyszał ostanie zdanie.

– Pan nie żyje, podobnie, jak wszyscy tutejsi więźniowie.

– To niemożliwe…

– Ależ tak. Zginął pan w wypadku samochodowym, kiedy uciekał pan przed policją po pobiciu urzędnika. Nie pamięta pan ostatnich kilku dni swojego życia, bo miał pan bardzo gwałtowną śmierć, w dodatku wydarzenia owych ostatnich dni faktycznie odstają od całego pana życia.

– Ale jak… To niemożliwe!!!

– Proszę się napić herbaty – przed Magnesem nagle pojawiła się filiżanka – to bardzo dobrze koi nerwy. Zaraz wszystko panu wyjaśnię.

Otóż zginął pan dokładnie 4. maja bieżącego roku. A pana koszmar zaczął się 28. kwietnia. Faktycznie, drogi Magnusie (pozwoli pan, że jednak będę się zwracał do pana po imieniu? Dziękuję.), byłeś przykładnym obywatelem, ojcem, synem i pracownikiem. Zero zatargów z prawem, z każdym urzędem rozliczony na czas i w najwłaściwszy sposób, z najdrobniejszej sprawy. Ale wspomnianego już 28. kwietnia dostał pan wezwanie do uregulowania dość dużego długu – nikt nie dał się przekonać, że ktoś cię wrobił. Zawiść ludzka przybiera różne formy i miewa różne przyczyny – ktoś ci pozazdrościł spokojnego życia i zemścił się donosem podpartym sfałszowanym dowodem. Kto? Teraz już mniejsza z tym – też tu kiedyś trafi i odpokutuje. Wyładowałeś złość i frustrację na człowieku, który nie dał sobie wytłumaczyć, że powinien wszcząć śledztwo w twojej sprawie zanim zażąda ostatecznie uregulowania rzekomego długu. Nie chciał… Nic nie docierało. Dlatego trafiłeś tu po śmierci na konkretny okres, zanim będziesz mógł przejść dalej. Ta cela jest przeznaczona dla takich jak ty. Wszyscy zginęliście nagle, a jakiś zły uczynek był ostatnim dokonaniem w waszym życiu. Nagły przebieg wydarzeń sprawił, że nie pamiętacie, co uczyniliście. Nie zdajecie sobie sprawy z tego, że nie żyjecie – w przeciwieństwie do pozostałych więźniów. Godność – o to chodzi w tym miejscu. Został ci miesiąc, ale z tej Celi nie ma powrotu…

Magnesowi kręciło się w głowie. Nie  mógł zebrać myśli, jednak powoli zaczęło dochodzić do niego to, co usłyszał i układać się w logiczną całość.

– Zostaniesz tu do końca kary.

– Sam?

– W tym więzieniu każdy jest na swój sposób sam – nie zauważyłeś? Ty – jak twoi poprzednicy, którzy przebywali w tej celi – musisz dodatkowo oswoić się z myślą, że przeszedłeś do innego wymiaru i z okolicznościami, jakie temu towarzyszyły. Został ci miesiąc.

– A co będzie później? – Magnus dał radę ledwo wyszeptać pytanie.

– Zobaczysz w swoim czasie. – głos dyrektora doszedł więźnia z bardzo daleka. Dopiero po chwili Magnus zorientował się, że wpatruje się w puste krzesło po przeciwnej stronie stołu. Został sam. Czyli tak wygląda koniec. Jaki koniec, skoro jednak bierze w czymś udział i jest tego świadomy? Myśli krążyły w jego głowie coraz szybciej, w końcu przestał nadążać za ich tokiem. Stracił poczucie czasu; nie wiedział nawet, kiedy zasnął.

 

Magnusa obudziło światło słoneczne wpadające przez okno. Czuł na twarzy miłe ciepło i lekki powiew wiatru – pewnie lufcik był otwarty. Mężczyzna otworzył powoli oczy. Był w swoim pokoju!

– Kochanie, śniadanie! – z kuchni dobiegł go głos krzątającej się żony. Wstał, ubrał się szybko i wyszedł z pokoju.

– No, nareszcie. Zaspałeś.

– Miałem dziwny sen.

– Jaki?

– Że nie żyłem i odsiadywałem karę za rozbój z pobiciem.

– Pewnie to przez tę wczorajszą kolację u Joanny. Jak zawsze, podała tyle ciężkostrawnych rzeczy. Napij się herbaty. Zrobiłam ci kanapki do pracy. No, zbieraj się, bo się spóźnisz.

Magnus robił wszystko jak w letargu. Wykonywał polecenia żony, ale był w szoku. A więc to wszystko było tylko snem. Jak to się stało, że w ciągu kilku godzin, zdążyło mu się tyle przyśnić?

Założył marynarkę, zdjął z wieszaka cienki płaszcz i wziął teczkę. Wychodząc minął listonosza.

– Pan jest s pod piątki?

– Tak.

– Mam coś dla pana. Polecony.

– Co dziś tak wcześnie?

– Tak wyszło.

Magnus podpisał potwierdzenie odbioru i odebrał z rąk listonosza kopertę. Mimo, że się spieszył, ciekawość zwyciężyła. Rozdarł papier i wyjął ze środka list. Było to urzędowe pismo:

 

Szanowny Panie,

Wzywamy Pana do uregulowania zaległości względem naszego urzędu, wraz z odsetkami za dwa lata zwłoki…