Ciastko z wygraną

Jowita szła powoli; nie spieszyło się jej. Mąż miał wrócić późno; obiad zje na pewno z kontrahentem, kobieta nie musiała więc martwić się gotowaniem lub wyjściem do restauracji.

Tak właśnie wyglądały jej dni – jeden podobny do drugiego; popołudnia spędzane w domu z mężem lub bez niego, w oczekiwaniu na jego powrót.

Pobrali się pięć lat wcześniej, z rozsądku. Zeswatani przez swoje rodziny, zupełnie jakby żyli w XIX, a nie początkiem XXI wieku.

Ojcowie dostali, czego chcieli – powiększyli swoje imperia finansowe i firmowe; a i matki były szczęśliwe z tak szybko pomnożonego majątku.

Z czasem Rafał zaczął być coraz bardziej podobny do rodziców. Z początku jeszcze pełen ideałów i radości życia, już po roku zaczął coraz więcej czasu i uwagi poświęcał rodzinnej firmie-gigantowi.

Jowita nie musiała pracować, ale chciała. Nie prosiła ojca o wstawiennictwo, sama znalazła zatrudnienie. Nie afiszowała się ze swoim nazwiskiem, ani koligacjami rodzinnymi; wolała być traktowana, jaki inni pracownicy i tylko własnym wysiłkom zawdzięczać ewentualny awans, choć nie dążyła do niego za wszelką cenę.

 

Tego dnia robiła wszystko, by droga do domu trwała jak najdłużej. To był już trzeci dzień w tym tygodniu, kiedy miała spędzić popołudnie i część wieczoru samotnie. Postanowiła przejść się Aleją Nadrzeczną. Nigdy jeszcze tędy nie szła – zawsze jej w tym coś przeszkadzało: pogoda, remont drogi albo umówiony obiad u rodziców

Tego dnia nad rzeką spacerowali ludzie, którzy jeszcze nie wyjechali na urlop; tu mieli namiastkę spaceru po kurortowym deptaku. Popołudnie było senne, choć pogodne, ale zwiastowało nadejście burzy.

Kamienice Starego Miasta skąpane w słońcu, przypominały miasteczko z bajki. Jowita poczuła nagle nieodpartą chęć, by przejść się wąskimi uliczkami najstarszej dzielnicy. Postanowiła złamać swoją zasadę jedzenia wyłącznie zdrowej żywności i kupić sobie coś do jedzenia po drodze, zamiast chodzić na głodniaka.

Skręciła na chybił-trafił w jedną z ulic i kupiła sobie zapiekankę w pobliskiej budce. Smakowała znakomicie i Jowita pochłonęła ją w kilku kęsach.

W tym momencie jej wzrok padł na witrynę niewielkiego sklepiku. Poustawiane były na niej różne ozdóbki i bibeloty; to było coś, co Jowita naprawdę lubiła. W domu rodzinnym miała kilka półek takich rzeczy – ku zgorszeniu matki, która absolutnie nie pozwoliła zabrać dziewczynie ze sobą tych skarbów, kiedy przeprowadzała się z  Rafałem do ich mieszkania. Później okazało się, że wszystkie drobiazgi zostały zapakowane i albo wystawione na strych albo matka pozbyła się ich z domu i nie zdradziła nigdy, czy je podarowała, sprzedała, czy po prostu wyrzuciła.

Jowita podeszła, żeby obejrzeć wystawę. W oko wpadła jej od razu porcelanowa figurka Japonki z różową parasolką i w delikatnie zdobionym kimonie. Kobieta zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu portmonetki; na szczęście było w niej kwota, która powinna była wystarczyć, aby dokonać zakupu, Jowita weszła więc do środka.

Wnętrze sklepiku było niewielkie; półki i lada uginały się pod ogromną liczbą mniejszych i większych przedmiotów. Były to różne figurki, kieliszki, filiżanki, talerzyki, świece różnych kształtów, kolorów i rozmiarów, lampki oliwne, małe obrazki oprawione w ramki ozdobne, zawieszki z kryształów i wiele innych różności.

Kobieta zaczęła rozglądać się za sprzedawcą. W tym momencie zza ogromnego lustra wyszła staruszka. Była niska –  nie sięgała Jowicie nawet do połowy ramienia – i przeraźliwie chuda. Sprawiała wrażenie, jakby była laleczką zrobioną z pogniecionego, jasnobrązowego papieru. Uśmiechnęła się, pokazując dwa rządki równiutkich, białych niczym perełki, ząbków.

– Witaj, dziecko – zaskrzeczała.

Jowita nie lubiła, kiedy ktoś, nawet jej rodzice, tak się do niej zwracali, ugryzła się jednak w język, żeby nie powiedzieć: „wypraszam sobie”; kupi figurkę, wyjdzie i wielce prawdopodobnym jest, że już więcej tej kobieciny nie spotka.

– Dzień dobry. Interesuje mnie figurka Japonki z wystawy. Czy jest na sprzedaż?

– Tak, oczywiście; w tym sklepie wszystko oprócz mebli i oczywiście mnie – tutaj sprzedawczyni zachichotała – jest na sprzedaż.

Staruszka podreptała do okna, wzięła wskazany przedmiot, sięgnęła na półkę pod ladą, wyjęła właściwe pudełko i starannie zapakowała ozdobę.

– A to ciastko z wygraną jest gratis – sprzedawczyni uśmiechnęła się podając klientce dodatkowe, maleńkie zawiniątko. Jowita uśmiechnęła się, wręczyła sprzedawczyni odliczoną kwotę, zabrała zakup i wyszła.

Wzmógł się akurat wiatr i zaczęły nadciągać ciemne chmury.

Nie tracąc więcej czasu, Jowita szybkim krokiem ruszyła do domu. Nie zdążyła jednak przed deszczem. Kiedy zaczęły spadać pierwsze jego krople, Jowita postanowiła przeczekać ulewę w herbaciarni. Dobiegła do niej w ostatniej chwili, zanim naprawdę mocno lunęło.

Usiadła w głębi sali, zamówiła filiżankę czerwonej herbaty i przez chwilę obserwowała ludzi przy innych stolikach.

Kiedy kelnerka postawiła przed nią parujący napój, Jowita sięgnęła po pudełko z ozdobą, chcąc nacieszyć nią oczy. W tym momencie z torebki wypadło „Ciastko z wygraną”. Co to w ogóle mogło być? Jakaś loteria? Sprzedawczyni nie wyjaśniła, a Jowita nie zapytała o szczegóły. Wszystko zresztą powinno być w środku. Kobieta  odstawiła pudełko z Japonką na boki zaczęła otwierać mniejsze opakowanie. Zawartość nie przypominała ciastka, była nim więc tylko z nazwy. W rzeczywistości w tekturowym pudełeczku znajdowało się różowe, plastikowe serduszko, które też dało się otworzyć. Tu z kolei Jowita znalazła karteczkę z napisem: „Nowy Początek” i adres, pod który najprawdopodobniej należało się zgłosić, a na drugiej stronie: „lub spróbuj jeszcze raz”.

– Nowy początek – wyszeptała i zamyśliła się.

„Zacząć od nowa” – kobieta poczuła się dziwnie, powtarzając w myśli te słowa. Wiedziała, że Rafał nie pozwoliłby jej na zbyt wiele zmian. Z trudem przełknął to, że upierała się przy podjęciu pracy poniżej swojej godności, jak stwierdził z niesmakiem.
A wiedział jedynie o charakterze firmy; gdyby doszło do jego uszu, że nie chodził dodatkowo o żadne kierownicze stanowisko, przynajmniej na razie, wściekłby się i na pewno zrobił wszystko, by Jowita albo awansowała w ciągu kilku dni dzięki jego wpływom albo odeszła z pracy. Żadna z tych możliwości nie była dla Jowity do przyjęcia.

Teraz dopiero Jowita zdała sobie sprawę, że nigdy do tej pory o sobie nie decydowała, nie w tych najważniejszych sprawach, a z wieloma musiała się ukrywać. Nawet jej zaaranżowane małżeństwo było nie tylko pomyłką, ale wręcz katastrofą, jak wiele rzeczy z jej dotychczasowego życia. „Najwyższy czas to zmienić”, postanowiła dopijając herbatę. Zapłaciła rachunek, pozbierała swoje rzeczy i wyszła z herbaciarni. Była zdecydowana podjąć to wyzwanie od razu; bo jeśli nie teraz, to za chwilę odwaga może ją opuścić.

Przestało padać, ale niebo było nadal zachmurzone i zrobiło się znacznie chłodniej.

 

Jowita miała problem ze znalezieniem posesji numer 7 b-c, przy ul. Długiej.

Ul. Długa była taką jedynie z nazwy. Liczyła zaledwie nieco ponad dwadzieścia numerów, z których część miała dodatkowo dodane litery. To i tak niewiele, jak na tak duże miasto. Problem polegał na tym, że posesje oznaczone dodatkowymi literami, znajdowały się zwykle w podwórkach, do których przechodziło się przez lokale znajdujące się bezpośrednio przy ulicy. Informowały o tym małe tabliczki nad wejściami. Jednak ktoś, kto był na tej ulicy po raz pierwszy, mógł mieć problem ze znalezieniem konkretnego adresu.

Jowita dopiero przy trzeciej próbie zauważyła informację na drzwiach niewielkiej restauracji, o tym, że tędy można dostać się do interesującej ją posesji. Weszła więc do środka i podążyła za strzałkami do drzwi prowadzących na podwórko. Było ono maleńkie, kwadratowe, wykładane różową kostką. Dochodziło tu niewiele światła dziennego, a z racji dzisiejszego zachmurzenia, panował tu nawet półmrok. Po drugiej jego stronie było dwoje drzwi: jedne, zrobione z mlecznego szkła, oznaczone numerem 7 A i drugie – metalowe – 7 b-c.

Jowita stała przez chwilę, zastanawiając się dokąd właściwie prowadzą – nie było na nich żadnej tabliczki  z nazwą firmy lub instytucji.

– A co mi tam – westchnęła. – Skoro zadałam sobie tyle trudu, żeby tu dojść, to teraz się nie wycofam.

Nacisnęła zdecydowanie klamkę i weszła do środka.

 

– Jest więc pani zdecydowana? – kobieta w granatowej garsonce patrzyła na Jowitę badawczo i z pewnym powątpiewaniem. – Wydaje się być pani bardzo młoda…

– Tak, jestem zdecydowana – głos Jowity zadrżał lekko. – A czy są jakieś ograniczenia wiekowe?

– Może do nas przyjść każdy, kto ukończył 20 lat – kobieta wzruszyła ramionami. – Ma pani jakieś rzeczy ze sobą?

– Tylko torebkę i siatkę.

– Właściwie to dobrze, że tak mało. U nas dostanie pani wszystko, co potrzebne jest na co dzień. Pani rzeczy oddamy do depozytu. Proszę za mną.

Wyszły na korytarz i poszły w prawo, a później schodami na pierwsze piętro. Wszystko było pomalowane na zielono i oliwkowo, na ścianach nie było żadnych ozdób, dominowała skrajna prostota. Po drodze minęło je kilka kobiet ubranych podobnie do przewodniczki Jowity. Widocznie obowiązywał tu ubiór roboczy – dla wszystkich jednakowy.

– Proszę zostawić w tym pokoju swoje rzeczy, także ubranie, kiedy już przebierze się pani w tutejszy mundurek.

 

Jowita nie lubiła zgniłej zieleni, a o właśnie w tym kolorze był strój, który jej podano. Na lewym rękawie widniał szereg znaków, zaczynających się od EZ3570________. Kiedy oddała swoje rzeczy, niska, drobna blondynka zapakowała je w szczelne pudełko, na którym, nakleiła karteczkę, na którą  przepisała oznaczenie z mundurka, dodając zarówno na nim, jak i na dokumentacji kolejne znaki: 638-F. Zrobiła dokładny opis rzeczy oddanych przez Jowitę do depozytu,  podsunęła dziewczynie kartkę do podpisu i poleciła jej iść za sobą.

– Właściwie to gdzie jesteśmy? Czy to jakiś zakład?

– Zaraz wszystkiego się pani dowie – blondynka uśmiechnęła się uprzejmie. – Proszę się niczego nie obawiać.

 

Musiała zaczekać chwilę w sekretariacie. Blondynka zgłosiła jej przybycie chudemu, łysiejącemu mężczyźnie za biurkiem, wprowadzającemu dane do komputera. Zostawiła teczkę Jowity, a sekretarz od razu wprowadził wszystkie wiadomości do systemu. Skończywszy, wskazał kobiecie drzwi po lewej stronie. Jowita posłusznie podeszła do nich, zapukała i weszła do gabinetu. W pokoju, w którym się znalazła, naprzeciwko drzwi stało duże biurko, za którym siedziała przysadzista kobieta, w wieku około pięćdziesięciu lat.

– Pani Jowita Makowska? – nie wiadomo, czy to było pytanie, czy stwierdzenie. Kobieta włożyła inne okulary i spojrzała znad nich na nowo przybyłą. – Proszę usiąść. – wskazała ruchem głowy krzesło.

– Dziękuję – Jowita wykonała polecenie.

– Nazywam się Linda S. i pełnię pieczę nad tym ośrodkiem. Znalazła się tu pani, by dobrowolnie zacząć życie zupełnie od nowa, prawda?

– Tak.

– To pytanie to tylko formalność. Wystarczy bowiem, że ktoś przekroczy próg niniejszego budynku, by tym samym stwierdzić, że chce coś w życiu zmienić i że chodzi o dość poważne zmiany. Popatrzmy, co my tu mamy – Linda spojrzała na monitor komputera. – Zawiniła pani przeciwko sobie, realizując wyłącznie cudze zamiary i marzenia także wtedy, gdy mogła pani decydować sama o sobie. Jowito, podczas pobytu u nas nauczyć się asertywności oraz właściwego postrzegania siebie i swoich potrzeb na tle innych ludzi.

– Gdzie właściwie jesteśmy? Czy to jakiś zakład? – Jowicie nie spodobało się zdanie o jej winie. – Czy ja mam tutaj odbyć coś w rodzaju kary?

– Nie ujęłabym tego w aż tak ostrych słowach. – Linda uśmiechnęła się. – Masz sobie tu uświadomić, co zrobiłaś nie tak wobec siebie i nauczyć się podstaw niezbędnych do zapoczątkowania zmian.

– Czy to zakład zamknięty?

– Nazwijmy to raczej ośrodkiem, ale tak, ma taki charakter. Organizujemy wam cały dzień, by wszystko stanowiło sensowną całość. Cóż, to już chyba wszystko. Teraz Karol odprowadzi cię do twojej grupy. W razie pytań, zwróć się do swojego opiekuna. Każdy dzień kończy się wspólną rozmową w jego obecności.

 

Każda grupa składała się z siedmiu kobiet w różnym wieku. W tej, do której należała Jowita, wszystkie dopiero co się tutaj znalazły, były więc początkujące. Każda z kobiet miała do dyspozycji maleńki pokoik, który kojarzył się raczej z celą: był wąski, z niewielkim oknem wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec. Sprzęty były proste: łóżko, stół, krzesło, półka i mała szafeczka z lampką nocną oraz inna – na ścianie, na przybory toaletowe.

Jowita nie wiedziała za bardzo, jak się ma tu czuć – trochę jak w domu poprawczym, trochę jak w zwykłej szkole z internatem.

Wszystkie obecne tu kobiety miały dni wypełnione od rana do wieczora. Uczestniczyły w zajęciach teoretycznych o etyce, życiu, stosunkach międzyludzkich i kilku innych do wyboru. Jowita zapisała się na literaturę i podstawy przedsiębiorczości. Dodatkowo były jeszcze zajęcia praktyczne: coś w rodzaju szkolnej plastyki, prac ręcznych, podstaw  obróbki drewna, gotowania i pieczenia, garncarstwa, wykonywania ozdób z różnych materiałów i – znów do wyboru – fryzjerstwo oraz krawiectwo i projektowanie mody, z których Jowita wybrała to pierwsze.

Wyniki pracy kobiet były często sprzedawane, za co raz w miesiącu otrzymywały niewielkie wynagrodzenie, które odbierały w kasie. Pierwszeństwo w dostępie do okienka miały uczestniczki bardziej zaawansowane; początkujące uczyły się więc przy okazji cierpliwości, czekając na swoją kolej. Jowita postanowiła zaoszczędzić jak najwięcej z zebranej kwoty.

Nikomu nigdy nie przyszło do głowy łamać regulaminu, choć właściwie nie było wiadomo nic o karach, które by za to groziły, ale i tak nawet te najbardziej pewne siebie, czupurne dziewczyny wolały o tym nie myśleć.

Żadna z kobiet nie wiedziała, ile czasu przebywa w ośrodku. Dni stawały się podobne jeden do drugiego i szybko traciło się rachubę, zwłaszcza, że nigdzie nie było żadnego kalendarza, ani zegara.

Jowita czuła się trochę samotna, mimo że rzadko bywała tu sama, bez zajęcia. Wieczorami szybko zasypiała, nie rozmyślała więc o niczym przed zaśnięciem. Nie miewała snów, a przynajmniej żadnego nie pamiętała.

Rano wstawała wypoczęta jak nigdy przedtem, ale monotonia rozkładu tygodnia zaczynała ją powoli nużyć. Dni nie odmierzało się tu godzinami, a zajęciami. Jowita zaczęła wykonywać je machinalnie, bo właściwie nie było tu miejsca na własną inwencję twórczą. Kobieta pogodziła się z tym w dużym stopniu wierząc, że ma to jakiś sens, które istoty po prostu jeszcze nie odkryła.

Rozmawiała z pozostałymi uczestniczkami programu, jednak z żadną się nie zaprzyjaźniła. Były, tak samo jak i ona, pogodzone z ciągłą powtarzalnością tutejszych rytuałów nauki. Jeśli któraś podrywała się nagle, niczym do lotu, z pragnieniem posiadania wpływu na to, co się z nią dzieje, znikała najdalej po kilku dniach. Nikt tego faktu nigdy nie komentował. Tylko raz Jowita o to zapytała i usłyszała: „ona po prostu już wyszła”. Nikomu nigdy nie brakowało osoby, która znikała.

Pewnego dnia to Jowita poczuła wewnętrzny niepokój i przypływ sił i zdecydowania do samodzielnego działania. Wiedziała, że wystarczy już jej odwagi, by samodzielnie stawić czoła zmianom, które są jej niezbędne.

***

 

W domu nie było nikogo. Spakowała trochę swoich rzeczy i wyszła, ot tak, po prostu, nie oglądając się za siebie. Klucze wrzuciła do skrzynki na listy. Biła się przez moment z myślami, czy zostawić Rafałowi jakąś wiadomość, jednak ostatecznie zdecydowała się  do niego zadzwonić, kiedy już urządzi się w swoim nowym mieszkaniu. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, że nie lubiła tego, w którym mieszkała razem z mężem. Było nieprzytulne i przypominało raczej ekskluzywny apartament hotelowy, dobry na jedną, a najwyżej kilka nocy i dni, ale nie do stałego zamieszkiwania. Rafał zawsze twierdził, że bibeloty zagracają półki, więc Jowita posłusznie zaniechała kupowania nawet najmniejszych ozdóbek. Teraz to się miało zmienić, wreszcie będzie mogła urządzić własny kąt tak, jak naprawdę tego chce.

Doszła do końca ulicy i jeszcze ostatni raz obejrzała się za siebie. Rafał właśnie podjeżdżał samochodem przed bramę. Był czymś zaaferowany. Jowita z ulgą stwierdziła, że nic do niego nie czuje, a jemu bardziej zależy na firmie, niż na relacjach z kobietą. Nawet teraz rozmawiał przez komórkę, załatwiając w dalszym ciągu sprawy służbowe, zamiast cieszyć się popołudniowym odpoczynkiem. Dziewczyna była pewna, że jej mąż da sobie radę sam. Może nawet będzie mu to na rękę.

Co do ojca, Jowita postanowiła po prostu zakomunikować mu swoje decyzje. Sama miała wystarczająco dużo środków, by wziąć sprawy zawodowe i zarabianie na życie we własne ręce. Do tego dochodziła jeszcze determinacja.

A mama? Jowita była niemal pewna, że ją zrozumie, mimo różnic, jakie były między nimi. Sama zauważyła, że córce nie pasuje takie życie, jednak nie odważyła się nic w tej sprawie powiedzieć, ze względu na ojca. Ale teraz, kiedy jej młodsza córka stawała się pełnoletnia, to ona może spełniać jego oczekiwania, jeśli oczywiście zechce.

 

Mieszkanie pachniało świeżością. Słońce wpadało przez okno balkonowe i oświetlało puste jeszcze ściany. Kiedy tylko odsapnęła chwilkę, Jowita powiesiła na nich pierwsze obrazki i uśmiechnęła się; nareszcie!

„Wygrałam życie” – cieszyła się kobieta – „Moje własne”.

Jeszcze nie miała z kim dzielić tej radości, jeszcze nie tego dnia, ale wiedziała, że każdy kolejny będzie przynosił coś nowego, niespodziewanego, zaskakującego.

Tego wieczora po raz pierwszy w dorosłym życiu zasypiała spokojnie, bez goryczy i znużenia całą sytuacją.