Wypełniona obietnica

Tereska od dłuższej chwili wyglądała przez okno; zapadał wczesny, zimowy zmrok; prószył śnieg, a ogołoconymi  z liści gałęziami targał wiatr.

Dziewczynka była poważna jak na swoje dwanaście lat. Od roku walczyła z rakiem. Wprawdzie nikt jej tego nie powiedział wprost, ale przeczuwała, że może tę walkę przegrać i to całkiem niedługo.

Kiedy brała wzmocnione dawki leków, które także koiły ból, nie bała się; nie miała na to siły, taka była otępiała. Kiedy jednak organizm nabierał chwilowo sił i czuła się lepiej, z niepokojem myślała o śmierci.

W szpitalu rozmawiała z nią o tym pani psycholog; pozwalała się dziewczynce wypłakać, wygadać i zrzucić ciężar samotności w jej strachu. „Wiesz?” – powiedziała jej pewnego razu. – „Twoja rodzina boi się tak samo jak ty; boi się straty. Dlatego trzymaj się”. Fakt, o tym Tereska jeszcze nie myślała; przecież i ona by się bała, gdyby to ktoś inny z rodziny był tak chory. Postanowiła więc przy domownikach nie pokazywać po sobie strachu.

 

Dziewczynka oderwała na chwilę wzrok od szarości za oknem i spojrzała na obrazek narysowany przez Juliana. Jej starszy o rok brat pięknie rysował i malował. Niektóre  jego prace były tak realistyczne, że na pierwszy rzut oka można je było pomylić ze zdjęciami. Te, który leżał teraz na nocnej szpitalnej szafce należał do tej grupy. Przedstawiał tonące w zieleni wzgórza; seledynowo mieniąca się w słońcu trawa zdawała się falować, a ciemno zielone drzewa górowały majestatycznie nad doliną. „Zupełnie jak w Fantazjanie” – pomyślała Tereska i uśmiechnęła się. – „Tata opowiadał tyle razy, jak tam pięknie”. Westchnęła. „Ach, móc się tam znaleźć i zakończyć jakąś historię rozpoczętą przez tatę. Ciekawe, czy Atreyu już się z tym uporał?”

Myśl o Fantazjanie oderwała dziewczynkę od przygnębienia, spowodowanego obawą, że nie spędzi ulubionych świąt Bożego Narodzenia w domu. Lekarz powiedział wprost, żeby sobie niczego nie obiecywała.

Tereska wpatrywała się jakiś czas w obrazek i chyba musiała na chwilę się zdrzemnąć. Głowa opadła jej na pierś i w tym momencie dziewczynka ocknęła się. Poczuła powiew łagodnego wiatru na twarzy. Znów wpatrywała się w namalowany przez brata pejzaż i nagle uświadomiła sobie, że nie leży w szpitalnym łóżku.

…Tereska stała na dużym placu wyłożonym płaskimi kamieniami o różnych kształtach i kolorach.

– Hej, ty! Nie gap się tak! Zabieraj konia i jedź w swoją stronę! Hej, dziewczyno! Do ciebie mówię!

Tereska obejrzała się w stronę, z której dobiegał głos. Koło otwartego paleniska stał niski mężczyzna z długą, rudą brodą, odziany w szary płaszcz podróżny i wysoki kapelusz, zakończony szpicem i o szerokim rondzie.

– Ty chyba jeszcze śpisz!

– Nie… – wymamrotała.

– Chodź tu – dziwak pokiwał na nią ręką. – Poczęstuję cię kawą; solidny kubek postawi cię na nogi.

Dziewczynka posłusznie podeszła i przykucnęła przy ogniu. Towarzysz wyglądający na krasnoluda podał jej mały, metalowy kubeczek z parującym napojem. Tereska niepewnie umoczyła w nim usta. Poczuła delikatny smak i cudowny aromat. Nie zważając na dobre maniery, wypiła kawę duszkiem. Od razu poczuła szybciej krążąca w żyłach krew.

– Dziękuję – Tereska oddała kubeczek i wstała.

– Twój koń został nakarmiony i napojony – krasnolud wskazał na niewielkiego, srokatego wierzchowca o czarnej bujnej grzywie i takim samym ogonie. Dziewczynka skinęła głową i niepewnie ruszyła we wskazaną stronę. Wolała już o nic nie pytać; od tego pana nie dowie się już nic.

Krasnolud zagasił ognisko i wraz ze swoim pobratymcem zaczęli zwijać prowizoryczny obóz. Po chwili obaj wsiedli na wóz ciągnięty przez dwa silne kuce i pojechali na południe, drogą lekko opadającą ku niższym pagórkom. Z kolei na północ, ku porośniętym lasem wysokim górom ruszyło trzech wysokich pieszych wędrowców. Na wschód, ku przełęczy, kierowała się grupa pięciu długowłosych, dobrze zbudowanych dryblasów prowadzących kilka jucznych zwierząt.

Droga na zachód jako jedyna była wyłożona białym kamieniem i wiodła przez łąki, pod górę. Dalej majaczył las i tam szlak skręcał w lewo, za skały.

– Wsiadasz, czy nie? – ciche rżenie wyrwało Tereskę z zamyślenia. Popatrzyła na srokacza  zdumiona.

– Nie rób takich wielkich oczu. Jesteśmy przecież w Fantazjanie.

– Ja…

– Wiem, kim jesteś – konik wydawał się być nieco zniecierpliwiony postojem. – Córką jednego z wybawców Fantazjany z poprzedniej ery.

– Co takiego?

– Bastian Baltazar Buks. Mówi ci coś to nazwisko?

– Oczywiście, to mój ojciec.

– Sama widzisz – parsknął konik. – Wsiadaj; czas na nas. Resztę opowiem ci po drodze.

Tereska, nie zwlekając dłużej, wskoczyła na siodło. Na koniu siedziała zaledwie trzy razy w życiu i te lekcje musiały jej na razie wystarczyć. Czuła się jednak bardzo niepewnie i konik najwyraźniej to wyczuł.

– Zaufaj mi. Rozluźnij się, siądź prosto i poddaj się kołysaniu. Będzie dobrze. Jak masz na imię?

– Tereska; właściwie Teresa, ale wszyscy zdrabniają moje imię.

– A ja jestem Armags.

– Miło mi. A wiesz może, dlaczego się tu znalazłam?

– Jak wszystkie istoty ludzkie, przybywające do Fantazjanie, jest w tym jakiś cel.

– Mam nadać Dziecięcej Cesarzowej nowe imię?

– Nie. To, które teraz nosi, posłuży jej jeszcze jakiś czas.

– O co więc chodzi?

– Nie wiem tak do końca. Powiedziano mi tylko, że czeka cię daleka podróż w miejsce niemożliwe do odwiedzenia dla większości Fantazjańczyków.

Konik szedł spokojnie białą drogą ku zachodowi, która teraz wiodła nieco pod górę. Przez chwilę było zupełnie cicho.

– Jesteśmy teraz w niewielkiej krainie, której nie zamieszkują rdzenni mieszkańcy. – Podjął nowy wątek wierzchowiec. –  Jeśli pojawią się jacyś i mają się zatrzymać tu na dłużej, niż kilka godzin, udają się wtedy do Białej Siedziby. Tam właśnie teraz zmierzamy. A kamienny plac pośród łąk, lasów i gór, z którego wyruszyliśmy, to Stanica Błędnych Rycerzy. Co dwa, trzy dni spotykają się tam specyficzni wędrowcy. Pochodzą z różnych stron Fantazjany i cały czas są w podróży, szukając szczęścia, przygody, bogactwa lub sensu istnienia. Albo wciąż wypełniający jakieś misje.

– A dlaczego jedziemy do Białej Siedziby?

– Ktoś lub coś ma tam na ciebie czekać.

Tereska i Armags dojeżdżali już do lasy, kiedy dostrzegli postać siedzącą na dużym kamieniu; za nią pasł się wysoki, gniady koń. Mężczyzna zauważył wreszcie nadciągających przybyszy, wstał powoli i wyszedł im naprzeciw. Kiedy się spotkali, skłonił lekko głowę w pozdrowieniu.

– Witaj, jestem Hysbald.

– A ja Tereska.

– Czekam na ciebie. Mam cię eskortować do Białej Siedziby i sprawować tam nad tobą pieczę. – Powiedziawszy to, odwrócił się bezceremonialnie, podszedł do swojego konia, wskoczył na jego grzbiet i ruszył w drogę, nie odwracając się za siebie.

– Rozmowny to on nie jest – mruknęła Tereska.

– Nie każdy rycerz musi być gadułą – szepnął Armags. – Ojciec nie opowiadał ci o nim, ani o jego towarzyszach?

– Coś wspominał –  dziewczynka zmarszczyła czoło. – Zdaje się, że poznał ich w drodze do Srebrnego Miasta.

– Właśnie. Jakiś czas później ich drogi rozeszły się. Nie wiem, co dzieje się z Hydornem i Hykrionem.

Jechali jakiś czas w milczeniu. Hysbald ukradkiem oglądał się za siebie co jakiś czas, ale wciąż milczał. Po pewnym czasie jednak zrównał się z dziewczynką.

– Zaraz będziemy na miejscu. W Białej Siedzibie  trzymaj się mnie. Przybywają tam różni wędrowcy i nie wszyscy mogą mieć dobre zamiary, ale o ile nie wywołują awantur, mają pozwolenie na nocleg. Na wszelki wypadek nie zdradzaj swojej tożsamości.

Tereska kiwnęła głową, że zrozumiała.

– Jak długo tam zabawimy? Może ty wiesz, panie, dlaczego w ogóle tam zmierzamy?

– Spędzimy tam najwyżej dwa dni. Ma tam na ciebie czekać Auryn, który poprowadzi cię w dalszą drogę.

– Auryn… – Dziewcyznka była zaskoczona. Miała dostać klejnot, czyli ma jednak jakąś poważną misję. – To także musisz zachować w tajemnicy. – Przestrzegł Hysbald.

Droga łagodnie skręciła w lewo. Na końcu ostatniej prostej majaczyła budowla: zamek z białego kamienia, niedużej wysokości z wyjątkiem środkowej części, którą stanowiła wieża, i o rozległych skrzydłach ciągnących się w obie strony od bramy. Wydawał się być ciężki i toporny, dodatkowo został otoczony trzymetrowym murem. Brama na dziedziniec, zwieńczona półkoliście, stała otworem dla wszystkich; nie było przy niej żadnych straży.

Po dużym, prostokątnym dziedzińcu kręciło się kilku Fantazjańczyków z różnych krain. Do przybyszy podszedł niebieskowłosy elf. Pozdrowił ich uprzejmie i poprowadził wierzchowce do stajni.

Tereska poczuła się nieswojo. Armags był, jak dotąd, jedyną lepiej poznaną istotą w Fantazjanie, a Hysbald wydawał się mrukliwy, nawet  jak na błędnego rycerza – samotnika. Niech by chociaż opowiadał o swoich podróżach, przechwalał się jakimiś czynami, a on nic. Milczy albo mówi półsłówkami. Nie miała jednak wyjścia. Ruszyła za rycerzem kierującym się ku wejściu do zamku.

Kiedy przekroczyli próg, znaleźli się w ogromnym hallu. Był oto wnętrze owej wysokiej wieży o kształcie walca. Miała sporo pięter, a na każdym wiele komnat, jedna obok drugiej. Sufit tonął w ciemnościach. Po każdym z pięter chodziły przeróżne istoty; rozmawiały ze sobą lub mijały się bez słowa, ale były w ciągłym ruchu.

– To Wieża Centralna – wyjaśnił krótko Hysbald. – Wszyscy, którzy w niej mieszkają, muszą przeżyć tu jakąś historię, pozbyć się strachu przed czymś, nauczyć sprawiedliwości, odwagi lub jakiegoś innego przymiotu. Jednak muszą przestrzegać jednej zasady: nie mogą tu nikogo skrzywdzić.

– A jeśli jednak ktoś zaryzykuje i nie zastosuje się do tego?

– Po prostu stąd znika i nie wiadomo, co się z nim stanie.

– My też tu zamieszkamy?

– Nie – wyjaśnił dżin, który nagle znalazł się obok Tereska i Hysbalda. – Wy macie komnatę w Wieży Południowej.

– No tak, to miejsce dla chwilowych gości – mruknął Hysbald, a dżin skinął potwierdzająco głową.

– Chodźcie ze mną, zaprowadzę was na miejsce; musicie odpocząć.

 

Komnata była niewielka i skromnie urządzona. Dwa posłania, prosty stół, dwa krzesła i kilka półek – to wszystko, co się w niej znajdowało.

Dżin pokłonił się Teresce i Hysbaldowi i bez słowa wyszedł.

– Co teraz? – zapytała dziewczynka.

– Proponuję solidnie wypocząć. – rycerz zdjął płaszcz i rzucił go na krzesło. Sam usiadł na jednym z posłań i zabrał się za zdejmowanie wysokich butów.

– Jestem głodna – westchnęła Tereska.

– Na końcu korytarza widziałem kuchnię. Idź, tylko uważaj na siebie.

– Nie pójdziesz ze mną? – zdziwiła się nastolatka. Ale Hysbald już jej nie odpowiedział. Padł na posłanie i zasnął, wydawać by się mogło, kamiennym snem.

– Ładny mi opiekun i obrońca – prychnęła Tereska, wzruszyła ramionami i wyszła cicho zamykając za sobą drzwi.

Na korytarzu było pusto. Rozmieszczone tu i ówdzie pochodnie i proste lampy rzucały wystarczająco dużo światła, by było widać, co się dzieje dookoła i dokąd się idzie.

Dziewczynka szybko trafiła do sali jadalnej. Przy kilku stołach siedzieli przybysze z różnych stron Fantazjany: dwie dziwożonony, rodzina głowonogów i trupa muzyczna melodyków, z ust których dobywała się zamiast słów sama melodia. Do dziewczynki podszedł wysoki, przeraźliwie chudy mężczyzna o lekko pomarańczowym zabarwieniu skóry. Wskazał jej wolne miejsce przy oknie i nie pytając o nic, przyniósł i postawił przed nią dymiący półmisek; danie wyglądało smakowicie, więc Tereska natychmiast zabrała się do jedzenia. Była tak głodna, że błyskawicznie uporała się z całym daniem i ruszyła z powrotem do pokoju, żeby odpocząć.

Kiedy była już blisko celu, usłyszała dziwne odgłosy dobiegające z komnaty; brzmiało to trochę jak przepychani i szarpanina i wymiana zdań dokonywana szeptem. Drzwi były niedomknięte, więc dziewczynka bardzo ostrożnie zajrzała do środka. Ujrzała dwie zakapturzone postacie szarpiące Hysbalda. W pewnym momencie jeden z intruzów dojrzał Tereskę, powiedział coś cicho do swojego kompana i obaj uciekli, potrącając dziewczynkę tak mocno, że omal się nie przewróciła. Bardziej zła, niż przestraszona, wpadła do środka.

– Kto to był? Co tu się stało?!

– Zamknij drzwi – sykną Hysbald.

– Nic ci nie jest?

– Głupstwo. – Rycerz z kwaśna miną rozcierał lewe ramię –  A teraz posłuchaj. To było dwóch rzezimieszków najemnych spoza Fantazjany. Szukają Amuletu.

– Czy Fantazjanie coś grozi?

– Nie wiem. Ale na pewno takie postępowanie na terenie tego zamku nie ujdzie im na sucho, o to możesz być spokojna.

– A skąd wiedzieli, że Auryn ma tu gdzieś być?

– Widocznie mamy w Fantazjanie szpiegów, ale to już zadanie dla kogoś innego.

– Cesarzowa pozwala na coś takiego?

– Jej decyzje bywają dla nas niezrozumiałe, podobnie jak dla ludzi.

– Wiem, ojciec mi mówił.

– Sama widzisz. A teraz trzeba odpocząć; jutro musimy odnaleźć Auryn – Hysbald przestał rozmasowywać bolące miejsca, które ucierpiały w potyczce z tajemniczymi awanturnikami. Zamknął drzwi i przekręcił w zamku duży klucz.

Tereska posłusznie położyła się na swoim posłaniu i odwróciła się tyłem do pokoju. Nie mogła jednak zasnąć. Dopiero teraz zaczęła do niej docierać pełnia niesamowitości całej sytuacji. Była w Fantazjanie! Jej marzenie się spełniło! Ojciec tyle opowiadał o tych stronach. Marzyła o tym, by się tu znaleźć, jednak im była starsza, tym częściej zastanawiała się, czy to wszystko nie jest bajką dla małych dzieci. Raz nawet zwierzyła się ze swoich wątpliwości ojcu. Prawie się wtedy na nią obraził. Wyraźnie zabolały go wątpliwości córki. Julian się z nim tylko drażnił, że nie wierzy w jego opowieści, jednocześnie malując obrazki rodem z Fantazjany, więc ojciec dawał spokój.

Nad ranem Tereska udało się zasnąć. Wtedy usłyszała szept, tuż przy uchu: „Zachodni Taras, z samego rana!” Dziewczynka obudziła się niemal natychmiast. Nad horyzontem majaczyły pierwsze promienie Słońca. Obudziła Hysbalda.

– Wstań; musimy iść na Zachodni Taras.

Hysbald nie pytał o nic. Wstał, pozbierał rzeczy i po cichu opuścili komnatę. Korytarze i schody wiodące to w górę, to w dół, wydawały się nie mieć końca, ale Hysbald wydawał się wiedzieć, którędy iść. I faktycznie – po kilku minutach szybkiego marszu, znaleźli się na Tarasie Zachodnim. Czekały tu już  na nich ich konie.

– Spójrz! – zdumiony Hysbald wskazał na Armagsa. – Klejnot wisi przy twoim siodle. Chodź prędko!

Podbiegli do wierzchowców i Tereska szybko chwyciła Auryn.

– Zawieś go sobie na szyi i ukryj pod bluzą.

Dziewczynka natychmiast wykonała polecenie. W tym momencie w bramie prowadzącej na Zachodni Taras pojawili się intruzi, którzy poprzedniego dnia zaatakowali Hysbalda. Wskazywali na Tereskę i coś do siebie mówili.

– Szybko! Wsiadaj na konia i jedź galopem! Czekaj na mnie w Kamiennym Punkcie!!!

– A ty, Hysbaldzie?

– Nie martw się o mnie! A jeśli nie przyjadę jutro do południa, Armags będzie wiedział, co dalej robić.

– Ale…

– No już! Szybko!

Tereska wskoczyła na Armagsa, który ruszył z kopyta ku niewielkiej bramie po lewej stronie Tarasu. Dziewczynka zorientowała się, że konik nie kieruje się bezpośrednio w jej światło, a obok! Zaraz zaczepią o niewielki murek okalający Taras! Kiedy jednak byli już tuż tuż, Armags odbił się mocno i uniósł się w powietrzu!

– Trzymaj się! – krzyknął konik. Tereska wczepiła się kurczowo w jego grzywę. Zakręciło się jej w głowie od wysokości, ale szybko doszła do siebie. Poczuła na piersi ciepło Aurynu; ojciec nie mówił, że Klejnot emanował ciepłem, jakby żył własnym, biologicznym życiem…

„Czy mam prawo wypowiadać życzenia?” – myślała. – „A jeśli tak, to czy straciłabym w ich wyniku pamięć o sobie? Tego bym nie chciała. Na wszelki wypadek muszę sobie radzić sama”.

Z zadumy wyrwał dziewczynkę głos konika:

– Patrz! Kamienny Punkt.

Tereska popatrzyła w dół. Bieliło się tam kamienne koło, wyłożone kamieniami tworzącymi jasną mozaikę. Otaczał ją niewielki murek. Kamienny Punkt znajdował się na szczycie niewielkiego pagórka o łagodnie opadających trawiastych zboczach.

Armags wylądował z gracją na środku placyku.

– Czy to na pewno bezpieczne miejsce? – zapytała Tereska. – Widać tu nas z każdej możliwej strony i to z daleka; jesteśmy jak na dłoni.

– W tym kręgu nic złego nie może się nam stać – uspokoił ją konik. – To specyficzne miejsce. Każdy, kto z daleka lub z bliska chciałby zabić, ranić lub w inny sposób skrzywdzić tych, którzy tu przebywają, doznaje dziwnego paraliżu, który ustępuje dopiero wtedy, kiedy na dobre i szczerze zaniecha swojego złego zamiaru wobec konkretnych osób.

Tereska uspokoiła się nieco. Usiadła spokojnie na murku i rozejrzała się. W oddali, dookoła majaczyły góry, lasy, rzeka i pastwiska.

– Jeśli jesteś głodna, sięgnij do torby przypiętej do siodła.

– Co to? – Tereska przypatrywała się paczuszce znalezionej w bagażu.

– Rodzaj białego  sera i oczywiście chleb.

Dziewczynka, nie myśląc dugo spróbowała posiłku.

– Mmmm, pycha!

Pokrzepiwszy się, Tereska odzyskała nieco animuszu. Ze zdumieniem spostrzegła, że słońce chyliło się już ku zachodowi.

– Już wieczór? Przecież dopiero był ranek.

– Pamiętaj, że lecieliśmy jakiś czas.

– Wydawało mi się, że co najwyżej kilkanaście minut.

– Znacznie dłużej – parsknął konik. – Poza tym, jesteśmy już w innej krainie, a…

– Tak, tak, pamiętam! Każda kraina rządzi się swoimi prawami.

– Właśnie. Okryj się ciepło. Pled znajdziesz w worku podróżnym. Postaraj się wyspać. Przed nami kolejny dzień, a nie wiadomo, co się wydarzy.

Zmierzch zapadał nadzwyczaj szybko; na niebie zamigotały gwiazdy. Tereska nie mogła znaleźć żadnego znanego jej gwiazdozbioru. Westchnęła. Do tej pory cuda nieba widywała  głównie w atlasach i raz na jakiś czas przez teleskop w obserwatorium, do którego zabierał ją ojciec; dopiero tutaj mogła się dłużej ponapawać migotaniem i wielością gwiazd.

Dziewczynka usnęła spokojna i zadowolona.

Nad ranem obudził ją Amargs trącał ją delikatnie, ale uparcie miękkim pyskiem.

– Obudź się…

– Myślałam, że mam się wyspać – Tereska popatrzyła na konika z lekkim wyrzutem. Przetarła zaspane oczy i ziewnęła.

– Tereska, posłuchaj. Za chwilę brama do Kamiennego Punktu zamieni się w drzwi do Świątyni Tysiąca Drzwi. To twoja jedyna szansa, żeby dostać się na Goab, Pustynię Barw i spełnić obietnicę twojego ojca, daną niegdyś Graogramanowi.

– Skąd o tym wszystkim wiesz? A to, że to ja mam się z nim spotkać?

– Wiem więcej, niż myślisz – Konik zmrużył jedno oko figlarnie. – Od początku wiedziałem, po co przybyłaś do Fantazjany.

– I dopiero teraz raczysz mi to powiedzieć – w głosie Tereska znów dał się słyszeć niewielki wyrzut.

Armags westchnął.

– Wszystko ma jakiś sens.

– A co z tobą?

– Rozsiodłaj mnie i zdejmij uzdę. Wrócę do mojego stada. Wypełniłem swoje zdanie.

– Dziękuję ci za wszystko, przyjacielu! Nigdy cię nie zapomnę!

– I wzajemnie! – parsknął Armags. – Spójrz, wejście zaczyna migotać niebieskim światłem. Idź już.

Stojąc u wrót Świątyni Tysiąca  Drzwi, Tereska jeszcze raz się odwróciła i pomachała do konika, po czym weszła do Świątyni.

Poczuła się nieswojo. Po raz pierwszy od przybycia do Fantazjany, była zupełnie sama. Nikt nie mógł jej nic doradzić. Sama musiała teraz podejmować decyzje.

Pokój, w którym się znalazła, był oświetlony na jasno niebiesko. Tereska uwielbiała ten kolor, więc uspokoiła się nieco. Przed sobą miała dwoje drzwi. Obydwoje zrobione z drewna; lewe pomalowane w kwiaty, a prawe na szaro. Dziewczynka wybrała lewe. Różowe światło zalewało kolejne pomieszczenie. Tym razem lewe drzwi były wykonane z tandetnego wściekle zielonego plastiku, a prawe z niemalowanego drewna. Tereska weszła w te drugie. Tym razem musiała chwilę przywyknąć do silnego, pomarańczowego światła. Lewe drzwi były koślawe, pokręcone i odrzucające, jakby obślizgłe. Prawe – białe z szybą; Tereska znała takie z mieszkania babci, więc wybrała te drugie. Dziewczynka nie błądziła długo, bo doskonale wiedziała, dokąd zmierza. Czwarty pokój był oświetlony na liliowo. Lewe drzwi były wielokolorowe, a prawe bure. Pierwsze skojarzyły się Tereska z Goab, więc oczywiście wybrała te wielokolorowe i znalazła się na pustyni, pośród czarnych skał. Obejrzała się za siebie i zobaczyła, że wyszła z siedziby Graogramana. Zadrżała. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że może nie być przygotowana na spojrzenie Kolorowej Śmierci w twarz. Śmierć – kolorowa, czy nie – to zawsze śmierć.

W tym momencie Tereska poczuła na plecach mrowie, a na całym ciele przenikliwy chłód – coś nietypowego jak na rozgrzaną słońcem pustynię. Dziewczynka odwróciła się powoli. Na niedalekiej, pomarańczowej wydmie, stał ogromny pomarańczowy lew i patrzył na nią badawczo. Tereska na chwilę opuściła wzrok, ale natychmiast znów go podniosła i spojrzała lwu prosto w oczy. Ciekawość przezwyciężyła strach.

– Witaj – głos Graogramana był głęboki i spokojny.

– Witaj – odparła dziewczynka cicho.

– Ktoś kiedyś złożył mi obietnicę, że powróci, ale minęło już wiele dni i nocy, a on się nie zjawił…

– Wiem. To mój ojciec, Bastion Baltazar Buks. A jestem Tereska i przybyłam, żeby wypełnić jego obietnicę.

– Witaj w moich progach. Zbliża się wieczór, więc dziś nie zdążymy już porozmawiać. Wejdźmy do mojej siedziby. Odpocznij. Jedz, pij i korzystaj ze wszystkiego, co znajdziesz w środku. Pamiętaj tylko, żeby nie zdejmować Aurynu.

Tereska i Graograman weszli do środka. Lew od razu wskoczył na czarny postument, sam też stając się czarny i nieruchomiejąc. Dziewczynka spodziewała się, że usłyszy dziwne odgłosy, o których opowiadał ojciec, a które miały towarzyszyć temu zjawisku. Były one jednak ciche i szybko ustały. Światła zaczęły przygasać, więc Tereska weszła do kolejnej komnaty.

Z przyjemnością skorzystała z kąpieli wzbogaconej olejkami zapachowymi. Myślała przez cały czas o lwie.

„On musi być bardzo samotny. Całe dni na pustyni, a w nocy w dodatku jako skalny, zimny posąg; straszne”. Dziewczynka znała zależność Goab i Perelinu. Perelin! Las Nocy! Tak, chciała go zobaczyć! „Jutro” – postanowiła. Zjadła co nieco i poszła spać.

 

– Wypoczęłaś? – Graograman powitał Tereska lekkim skinieniem  łba.

– Tak, dziękuję, bardzo. Dawno nie czułam się tak rześko.

– Chodźmy więc. Pokażę ci Goab, a później opowiesz mi o moim przyjacielu Bastionie i oczywiście o sobie.

Tereska posłusznie wskoczyła na lwi grzbiet i pozwoliła się nieść przez kolorowe wydmy. Był wczesny poranek, ale nie miał on wiele wspólnego z rześkością; słońce grzało coraz mocniej. Dziewczynka z podziwem patrzyła na kolory pustyni; nie zdawała sobie do tej pory sprawy z ilości istniejących barw i ich odcieni.

Lew zatrzymał się na wydmie koloru morskiego. Tereska zsunęła się z jego grzbietu i usiadła na piasku.

– To tu spotkałem twojego ojca po raz pierwszy – wyjaśnił Graograman. – A teraz opowiadaj.

– Cóż, tata zmienił się bardzo po powrocie z Fantazjany. Stał się pewny siebie, zaczął się dobrze uczyć i przede wszystkim poprawiły się jego stosunki z dziadkiem, czyli jego ojcem. Po skończeniu szkoły średniej, tata studiował literaturę. Pod koniec studiów poznał Lindę. Wzięli ślub jakiś czas później. Najpierw urodził im się syn – Julian, mój starszy brat, a później ja.

Zapadło kłopotliwe milczenie. Dziewczynka nie lubiła mówić o sobie.

– To wszystko?

– Cóż, prowadzimy zwykłe życie; u nas nie przeżywa się przygód od rana do wieczora.

– Ale i tak to dla mnie ciekawostka; przecież żyjecie zupełnie inaczej, niż w Fantazjanie.

– Niby tak. Mój brat jest plastycznie uzdolniony i chce zostać grafikiem. A ja…

– Ty jesteś chora i boisz się cokolwiek planować.

– Skąd wiesz?

– Chorobę czuję, reszty się domyślam. Czyżbyś już się poddała?

– Hmm. Sama nie wiem; po prostu żal mi mojej rodziny. Chcę żyć, ale choroba może okazać się silniejsza.

– Nie pozwól strachowi opanować twojego serca i myśli, bo nie będziesz miała sił na walkę. Twoim pierwszoplanowym wrogiem jest właśnie strach, który osłabia twoje siły i wiarę. Myśl tylko o walce z chorobą.

Wracali do siedziby lwa w milczeniu. Na miejscu Graograman skinął łbem pozdrawiając dziewczynkę i znów skamieniał. Tereska usiadła tymczasem na progu i patrzyła z podziwem na piękno rosnącego Perelinu. Odważyła się w końcu wyjść na zewnątrz i skosztować jego owoców. Były pyszne i dawały siły. Wkrótce dziewczynka ze zdziwieniem stwierdziła, że w jej głowie nie ma miejsca na negatywne myśli.

 

Rano znów siedziała razem z lwem i długo rozmawiali.

– Nie wiem jeszcze jednego: po co właściwie tutaj przybyłam.

– Przede wszystkim po to, by pozbyć się strachu i zebrać siły do walki.

– Mam jednak wrażenie, że chodzi o coś jeszcze – Tereska patrzyła w zamyśleniu na lwa leżącego na liliowej wydmie – Graogramanie, czy ty nie jesteś już zmęczony takim trwaniem?

– Dzięki twojemu ojcu poznałem sens tego trwania – westchnął lew. – Masz jednak rację; to tylko trwanie, a nie moja historia. Opowiadają o mnie różne legendy, ale faktycznie jedynym ich prawdziwym elementem jest to, że istnieję.

– A pozwolisz mi podarować sobie własną historię?

Graograman popatrzył na Tereskę zdumiony.

– Naprawdę, mogłabyś?

– A dlaczego nie? Dziecięca Cesarzowa użyczyła mi Auryn, bym mogła cię spotkać, spojrzeć ci w oczy i wyzbyć się strachu. Jestem coś winna Fantazjanie.

Tereska umilkła na chwilę. Zastanowiła się przez minutę i zaczęła opowiadać:

– Pierwszy był Perelin. Kiedy Fantazjana odrodziła się dzięki mojemu ojcu, nie wszystkie krainy od razu powstały z jakimś sensem i w swojej ostatecznej formie. Perelin po prostu rósł i rósł, aż zaczął się sobą dusić. Wtedy też zaczął usychać i się sypać. Ale, jako że zgromadziło się tu dużo czarodziejskiej mocy, pył zaczął się przemieszczać i tworzyć różnobarwne wydmy. Ale wtedy Goab także po prostu trwała i trwała, bez życia. Nikt tu nie przybywał, bo pustynia była tak ogromna, że każdy, kto tu przybył, umierał zanim dotarł do jej innych granic. Nawet, jeśli szybko zawrócił, szedł i szedł, aż ginął z utrudzenia. Z tych śmierci narodziłeś się ty i twój pałac. A kiedy ty zaczynałeś kamienieć, znów wyrastał Perelin. Resztę już znasz. To była twoja przeszłość, a teraz powiem ci, co stanie się w przyszłości. Nie wiem, jak długo będzie mi tu jeszcze dane być z tobą, Graogramanie, ale w dniu, kiedy odejdę, już nie skamieniejesz. Późnym popołudniem spotkasz na Goab złotą lwicę, Groaranę. Dzięki swemu blaskowi, będzie w stanie znieść twój wzrok nie obracając się w pył, bo w swej istocie jest bardzo do ciebie podobna, choć jednocześnie tak inna. Dzięki niej, na Goab pojawią się małe oazy z palmami i wspaniałą wodą, dodającą sił odwagi do pokonywania przeciwności losu. Moc Groarany będzie je chronić przed twą niszczycielską siłą, nawet jak będziesz w ich pobliżu. Przez kolejne cztery lata będą przychodzić na świat wasze dzieci: Greta, Grzmosław, Graon  i Graonna. Będą one mogły opuszczać pustynię, nie siejąc śmierci, ani zniszczenia. Kiedyś jedno z twoich dzieci przejmie po tobie schedę pustyni i lasu i to z własnej, nieprzymuszonej woli. Później zastąpi je któregoś z jego lub jej rodzeństwa, a następnie któryś z bratanków lub siostrzeńców i tak będzie już zawsze. Ty będziesz mógł odpocząć, żyjąc szczęśliwie wraz z żoną w miejscu zwanym Przełęczą Tysiąca Barw.

Tereska zamilkła i uśmiechnęła się zadowolona ze swojego dzieła. Lew pokłonił się jej nisko i podziękował. Dziewczynka przytuliła się do niego mocno:

– Ja ci także bardzo za wszystko dziękuję!

 

Tego wieczoru dziewczynka poczuła, że opuści niedługo Goab. Poczekała aż lew skamienieje i usiadła obok niego czekając na dalszy bieg spraw. W momencie, gdy Perelin przestawał się już rozrastać, wejście do siedziby Graogramana, zmieniło się w drzwi do Świątyni Tysiąca Drzwi. Tereska bez namysłu przekroczyła po raz drugi jej progi.

Po odejściu Tereski, historia Graogramana zaczęła się spełniać, dokładnie tak, jak przepowiedziała to dziewczynka. Ale to już zupełnie inna historia.

 

 

Tereska błąkała się po Świątyni Tysiąca drzwi jakiś czas. Czuła narastające znużenie; wyborów dokonywała na chybił trafił. W końcu doszła do wniosku, że nie wydostanie się stąd, jeśli czegoś nie zapragnie.

Poczuła się bardzo samotna i zagubiona. Zdała sobie sprawę, że tęskni za rodziną. Chciała ich wszystkich uściskać i powiedzieć, że ich kocha. W pokoju, w którym się teraz znajdowała, pulsowało białe, nieprzyjemne światło. Drzwi po lewej przypominały te szpitalne, a po prawej drzwi do domu; Tereska z radością wybrała te ostatnie i… znalazła się w swoim pokoju!

– Córeczko! Wychodzimy! – ojciec zajrzał przez uchylone drzwi. – A co ty robisz boso na środku pokoju? Dopiero co przeszłaś grypę! Znów chcesz być chora?!

– Grypę?

– Już nie pamiętasz? To dobry znak. Ale wskakuj szybko do łóżka! Wrócimy bardzo późno; sztuka kończy się prawie o północy. Na pewno dobrze się czujesz? Masz takie czerwone policzki.

– Wszystko dobrze, tatusiu.

– Faktycznie, nie masz temperatury. Ale przykryj się dobrze. Dobranoc, córeczko!

– Dobranoc!

 

Tereska czuła się wspaniale. Wyglądało na to, że rozdział dotyczący choroby został wymazany z jej życia. Auryn! Nie było go na szyi dziewczynki; musiał zostać w Fantazjanie. Dziewczynka wyjrzała przez okno. Na zimowym niebie iskrzyły się gwiazdy, od których blasku trudno było oderwać wzrok.

Dziewczynka westchnęła i wskoczyła pod kołdrę. Miło było spać we własnym łóżku po tak długim czasie. Spojrzała na ścianę koło okna; wisiał na niej obrazek, który zaprowadził ją do Fantazjany. Coś się jednak na nim zmieniło: daleko, po łące galopowało stado niewielkich koników, pośród których jeden był srokaty.

– Dobranoc, Armagsie – szepnęła dziewczynka i zasnęła spokojnym, głębokim snem.