Klucze Zamku Granicznego

CZĘŚĆ PIERWSZA – SŁUŻBA    

 

1.

 

Zapadał zmierzch. Przez Wielką Pustoć jechało dwóch jeźdźców. Ich konie, bardzo już zmęczone,  człapały noga za nogą, nie zważając na dumę swojej szlachetnej krwi.

– To już niedaleko, spójrz – wyższy mężczyzna wskazał na drzewa majaczące na tle nieba skąpanego w ostatniej łunie słonecznej. – Tam zmierzamy.

– Wydaje się jednak, jakbyśmy mieli jeszcze spory kawał do przebycie. Nie zdążymy przed nocą.

– Złudzenie. To miejsce tak właśnie działa za zmęczonych podróżnych. Dziś zakosztujemy odpoczynku pod dachem.

Mężczyźni zamilkli i nie rozmawiali już aż do przybycia do celu.

 

– Ojcze! Jeźdźcy!

– Ilu?

– Dwóch; na wysokich koniach. Znaczy, ważni jacyś. Tutejsze wierzchowce niższe. A tamci ubrani elegancko…

– Skąd wiesz, jak wyglądają? Widzisz na tę odległość w ciemnościach? – ojciec popatrzył groźnie na syna. – Znów przebywałeś poza wsią po zachodzie słońca, wbrew zakazom?!

Chłopiec spuścił głowę zawstydzony.

– Później o tym porozmawiamy. Leć po stryja! Migiem!

Przybysze zbliżyli się w międzyczasie na tyle, że dało się słyszeć odgłos końskich kopyt.

W wiosce zaczęły szczekać psy. Z kilku domów wyszli mężczyźni, by zobaczyć, co się dzieje. W drzwiach pojawiły się twarze kobiet i dzieci.

Artur dołączył do Godfryda w ostatniej chwili; przybysze właśnie zsiadali z koni, którymi zajmowało się już dwóch wyrostków.

– Witajcie.

– Witajcie – goście skłonili się  uprzejmie.

– Nazywam się Chrystian – odezwał się starszy z nich. – A to mój syn, Evan. Dowodzę na Zachodnim Zamku Granicznym jego obroną.

– Co was tu sprowadza? Jesteście dość daleko od domu.

– Mieliśmy misję do wykonania. Właśnie wracamy na Zamek. Na Pustoci zastała nas noc i szukamy noclegu.

Godfryd i Artur szeptali przez chwilę.

– Dobrze, przenocujemy was. Zapraszam do mnie – Godfryd wskazał jedną z większych chat stojących nieopodal.

Ludzie zaczęli się rozchodzić, zaspokoiwszy pierwszą ciekawość i uspokoiwszy się co do zamiarów przybyszów.

– Mamy dość skromne warunki.

– Jesteśmy przyzwyczajeni. W końcu walka i żołnierka to nie wygody, a często coś wręcz  przeciwnego. Dla nas luksusem bywa dach nad głową i twarda drewniana podłoga.

Weszli do chaty; w środku panowały prostota i ład.

Żona Godfryda podała skromną kolację: chleb, trochę sera i wywar ziołowy, zapewne miejscową herbatę. Z początku gościom napój wydawał się dziwny w smaku, ale doskonale odświeżał i gasił pragnienie. Rozgrzewał także świetnie, a wieczór był dość chłodny.

Po niedługim czasie w chacie zapanowały ciemności i cisza. Jej mieszkańcy spali, podobnie jak pozostali tutejsi osadnicy, z wyjątkiem tych, którzy czuwali na straży.

 

Rano goście zerwali się wcześnie; Godfryd oprowadził ich po wiosce jeszcze przed śniadaniem.

– Jesteśmy skromnymi, pracowitymi ludźmi. Żyjemy z rolnictwa, zbieractwa, rybołówstwa i wymiany handlowej. W okolicy jest dużo rzek i jezior obfitujących w ryby, więc nie głodujemy. Rzadko się stąd ruszamy, a jeśli już, to konno. Tam trzymamy konie – Godfryd wskazał na dwa długie, niskie budynki.

– Możemy zobaczyć?

– Oczywiście, choć panowie widywaliście zapewne piękniejsze rumaki. Nasze są krępe, nie grzeszą urodą, ale za to cieszą się siłą i wytrzymałością, a to dla nas najważniejsze.

Mężczyźni weszli do stajni. Stało w niej około dwudziestu niezbyt wysokich, ale mocnych wierzchowców, w tym kilka klaczy z młodymi. Wierzchowce przybyszów umieszczono w największych boksach, na końcu stajni. Ku dosyć dużemu zdumieniu Christiana i Evana, krzątała się przy nich około dwunastoletnia dziewczynka.

 

2.

– Jak się nazywasz?

– Dalila, ale wszyscy mówią na mnie Dila.

– Dziwne imię.

– To zależy. Dla mnie jest zupełnie normalne. – Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Zajmujesz się końmi i nieźle ci to wychodzi. A właściwie nawet bardzo dobrze, jak na…

– Jak na dziewczynkę?

– Hmmm, cóż, właśnie – Christan przez chwilę zdawał się być trochę zakłopotany. – Przepraszam, nie chciałem cię urazić.

– Mniejsza o to – Dila machnęła ręką. – Ktoś o moim wyglądzie nie może się przejmować takimi błahostkami.

Faktycznie, dziewczynka była wysoka jak na swój wiek, ale wydawała się trochę za chuda. Twarz miała pociągłą, zakończoną ostrym podbródkiem. Wąskie usta wydawały się być zaciśnięte w grymasie lekkiej ironii, a nos był zadarty i trochę za mały w stosunku do reszty twarzy. Z niej całej tylko oczy były naprawdę ładne – zielone, otoczone gęstymi rzęsami. Krótkie włosy, lekko rudawe, opadały niesfornie na czoło.

– Cóż, jesteś jeszcze dzieckiem. – Chrystian starał się pocieszyć Dilę. – Sądzę, że…

– Ach, niech pan da spokój, sir. Nikt mnie nie musi pocieszać, nawet taki rycerz, jak pan. Wpojono mi pewne wartości, więc w moim życiu nie ma miejsca na próżność.

– Kim są twoi rodzice?

– Nie wiem – dziewczynka wzruszyła ramionami. Chrystian i Evena spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

– Chyba nikt tego nie wie – wtrącił się Godfryd. – Artur przywiózł ją kiedyś z Igotynu. Miała wtedy trzy lata i włóczyła się sama po ulicy. Mój brat rozpytywał w mieście, szukał jej krewnych, jednak bez skutku. W końcu nie mógł dłużej czekać, musiał wracać do domu, pogoda pogarszała się przed zimą. Zostawił w tamtejszym ratuszu informację na temat dziewczynki i przywiózł ją do Przypustynia. Wziąłem ją do siebie, ale właściwie wszyscy mieszkańcy wsi brali udział w jej wychowaniu. To dobre dziecko; lubi zwierzęta; szybko i chętnie się uczy. I jest odważna.

– Zgodziłbyś się oddać ją do służby na Zamku? – spytał Chrystian.

– Cóż, to dziwne pytanie; nie podlegamy jurysdykcji waszego pana. Zwykle bierze służbę z podległych mu wsi, nieprawdaż?

– Nie chciałem cię obrazić, Godfrydzie. Brakuje nam ludzi, którzy mają podejście do zwierząt i umieją zająć się naprawdę dobrze końmi, a ta dziewczynka mogłaby wiele nauczyć niejednego naszego stajennego. Mogę ci zapłacić…

– Dziewczynka to nie towar – tym razem Godfryd oburzył się na dobre. – Jesteśmy do niej przywiązani. – uspokoił się nieco, widząc przepraszający wzrok Chrystiana. – Wiem, że służba na Zamku zwłaszcza takim jak Zachodni, to wielka szansa dla ludzi takich, jak my; to awans społeczny. Zapytajcie ją; jeśli się zgodzi, niech jedzie.

– Mogłabym? Naprawdę?! – oczy dziewczynki rozbłysły radością. – Ach, wuju! Proszę, zgódź się!

– Cóż, czyli wszystko jasne – Godfryd posmutniał nieznacznie. – Jedź!

– Dziękuję! Kocham was; kocham to miejsce. Nigdy nie zapomnę waszej dobroci! I kiedyś wrócę…

– Nie obiecuj, bo nie wiesz, dokąd rzuci cię los; ale będziemy cię wyglądać. Chodźmy,  spakujesz się. Nasi goście zostają tu jeszcze tylko dzisiaj; chcą wyruszyć jutro o świcie.

 

3.

Ranek zastał ich w drodze. Przypustynie zostało daleko za nimi, kiedy słońce zaczęło grzać mocno. Podążali na zachód, ku granicy z Westyxaną, czy też, jak ją wielu nazywało, Państwem Zachodnim.

– Czy to prawda, że między Igotynem, a Westyxaną jest przepaść bez dna?

– Owszem.

– A to, że brzeg należący do Westyxany góruje nad naszą stroną przepaści?

– Tak. A Zamek Zachodni leży właśnie nad samiutkim brzegiem przepaści – wyjaśnił Evan, ubiegając kolejne pytanie Dili.

– Był pan kiedyś w Westyxanie?

– Nie. Nikt tam nie był od dawna.

– Dlaczego?

– Bo nie ma drogi łączącej obydwa kraje. Kiedyś istniała. To był most wysuwany z obu brzegów przepaści. Podobno to była solidna konstrukcja – wielu jeźdźców mogło po nim jechać równocześnie. Ale nadszedł czas, kiedy mieszkańcy obu krajów zaczęli używać tej przeprawy coraz rzadziej, aż nadszedł rok, w którym żaden podróżny z niej nie skorzystał. A potem następny i  następny, aż minęło całe stulecie.

– Uważajcie teraz – Chrystian przerwał opowiadanie Evana. – Wjeżdżamy na górską ścieżkę; miejscami nie będzie zbyt wygodnie.

Dila rozglądała się ciekawie; nigdy nie widziała takich krajobrazów. Całe życie spędziła na równinach. Od kiedy zaopiekowała się nią rodzina Godfryda, nigdy nie oddalała się od wsi na tyle, by stracić ją całkowicie z oczu. Żadna dziewczyna poniżej piętnastego roku życia nie mogła udać się dalej, a i później kobietom przeważnie musiał ktoś towarzyszyć. Samotne wyprawy były dla nich podobno niebezpieczne.

– Patrz, tam stoi Zamek Graniczny – głos Evana przywołał dziewczynkę do rzeczywistości. Spojrzała we wskazanym kierunku.

Wysoko, pomiędzy dwoma szczytami stała ogromna budowla, sprawiająca wrażenie jakby była całym miasteczkiem – dachy,  wieże, mury, wszystko było zrobione z szarego kamienia. A jeszcze dalej, a raczej wyżej dostrzegła skalną, gładką ścianę, należącą do Westyxany.

Dila jednocześnie nie mogła się doczekać, aż dotrą na miejsce i denerwowała się. Teraz dopiero pojawiły się u niej pewne wątpliwości i pytania; chociażby: jak ją tam przyjmą, jacy Są mieszkańcy Zamku i czego będą dokładnie od niej oczekiwać. Po raz pierwszy poczuła wtedy żal i tęsknotę za ludźmi, których znała. Evan zauważył jej smutną minę.

– Hej, co się stało? Chyba się nie przestraszyłaś?

– Może trochę faktycznie zwątpiłam.

Evan wydał się zaskoczony.

– W siebie – wyjaśniła – Teraz już nie jestem wcale pewna, że to miejsce odpowiednie dla mnie.

– Nie przekonasz się o tym, nie próbując tu zamieszkać – uśmiechnął się Chrystian. – Ale jeśli mogę ci coś doradzić, to zostaw wszelki strach i wątpliwości za bramą. W Zamku szkoda na nie czasu.

– I nie martw się na zapas – zdążył jej jeszcze szepnąć Evan.

Kiedy stanęli po chwili u bram Zamku, Chrystian powiedział coś po cichu strażnikowi przez maleńkie okienko w drzwiach i całą trójkę wpuszczono bez żadnych dodatkowych pytań.

Na dziedzińcu przybysze zsiedli z koni, którymi natychmiast zajęli się chłopcy stajenni.

– Idziemy! – Chrystian ruszył zdecydowanym korkiem ku niewielkim drzwiom, nie oglądając się za siebie. Evan natychmiast podążył za nim. Dila zawahała się przez moment, ale stwierdziła, że teraz nie ma już odwrotu. Dogoniła towarzyszy i z ledwością dotrzymywała im kroku.

Kiedy weszli ośrodka, od razu weszli na strome, kręte stopnie w wąskiej klatce schodowej. Dziewczynce zaczęło się wydawać, że schody nie mają końca. Po dwóch minutach marszu z ulga dostrzegła, że wspinaczka zaraz się skończy.

Mężczyźni i dziewczynka stanęli przed ciężkimi, okutymi żelazem drzwiami. Chrystian otworzył je pewnym ruchem ręki. Oczom przybyszy ukazał się korytarz.

– Pospieszcie się! – Chrystian niecierpliwym ruchem nakazał młodym, by poszli przodem. – Evanie, zaprowadź Dilę do zarządcy. Ja muszę zgłosić się do Janetta.

Kiedy mężczyzna zniknął za  rogiem, Evan skinął na dziewczynkę i wszedł do pierwszej komnaty po prawej.

 

4.

Pokój nie był duży, ale jasny z powodu dużego okna i  w oczach Dili urządzony wręcz luksusowo.

– Witaj Evanie – głos, który dotarł do uszu przybyłych z głębi pokoju, był pewny i stanowczy, ale miły zarazem. Nalezał do niskiego, krępego mężczyzny o czarnych włosach i sumiastych wąsach.– Kim jest twoja towarzyszka?

– To Dalila, zwana przez wszystkich Dilą.

– Czy…

– Tak, wszystko na to wskazuje, sir.

– Dziękuję ci; z twoim ojcem porozmawiam później. Możesz teraz wrócić do siebie i odpocząć po podróży.

Młody mężczyzna opuścił komnatę zostawiając Dilę sam na sam z zarządcą.

– Witaj na naszym Zamku. – mężczyzna ukłonił się grzecznie, a dziewczyna odwzajemniła grzeczność. – Odpowiadam tu za służbę i obsługę ogólną. Mam na imię Zygfryd. Tak się wszyscy do mnie zwracają, więc i ty możesz.

– Podobno jest tu dla mnie praca przy koniach. – Dila wciąż nie była pewna, co i jak mówić. – Bardzo to lubię, ale naprawdę nie wiem, czy jestem wystarczająco dobra, by…

– Chrystian doskonale wiedział, co robi, przyprowadzając cię do nas – uspokoił ją Zygfryd. – Dostaniesz specjalne zadanie. Po pierwsze zajmiesz się wierzchowcami córki naszego pana, Thomasa II, Kaji. Jest niewiele starsza od ciebie, ale bardzo dobra i mądra. Służ jej dobrze, a na pewno cię za to odpowiednio wynagrodzi. To ona powierzy ci dalsze zadania. Zaprowadzę cię teraz do twojego pokoju. Ktoś cię później oprowadzi po najważniejszych miejscach w Zamku; prace zaczniesz za kilka dni, kiedy pan z córką wrócą z wyprawy.

 

5.

Pokoik był niewielki, ale Dili, która nigdy nie miała własnego pokoju, wydawał się przestronny i nawet z naddatkiem odpowiadający jej potrzebom. Sama wychowała się w skromnej izbie, w której miejsce do pracy i odpoczynku dzieliła cała rodzina.

Dziewczynka była bardzo zmęczona po podróży jednak długo nie mogła zasnąć, będąc wciąż pod wpływem wydarzeń ostatnich dni.

Nazajutrz zaczęła poznawać Zamek, jego mieszkańców i zasady w nim panujące. Oczywiście jednym z pierwszych miejsc, które pragnęła zobaczyć, była stajnia. Nie mogła się napatrzeć na piękne konie; praktycznie wszystkie były gniade, z wyjątkiem kilku karych i trzech siwych, należących do Kaji. Zaczęła powoli przejmować nad nimi opiekę.

Kilku najstarszych stajennych i masztalerzy nie mogło uwierzyć, że dziewczynka w tym wieku daje sobie wyśmienicie radę ze szlachetnymi rumakami.

Kiedy po kilku dniach Kaja wraz z ojcem powróciła na Zamek, sława Dili obiegła już wszystkich mieszkańców. Dziewczynkę wprawiało to w spore zakłopotanie.

Przed obliczem Thomasa stanęła speszona, ale jednocześnie ciekawa pana Zamku.

Jej oczom ukazał się wysoki, bardzo szczupły mężczyzna, o siwiejących włosach, które były kiedyś najprawdopodobniej brązowe lub nawet czarne, o dużych, szarych oczach, lekkim zaroście i orlim nosie. Przez chwilę jego spojrzenie zdradzało, że krążył myślami zupełnie gdzie indziej.

– Tato, już jest… – około piętnastoletnia dziewczyna trącała go w ramię. – Tatusiu… – Miała jego oczy, ale poza tym zupełnie nie była podobna do rodzica. Wyższa od Dili o ponad głowę, wysportowana, o jasnych włosach i rumianej cerze, zupełnie odbiegała od wyobrażeń opiekunki koni o wyglądzie młodej arystokratki. Dila ze zdumieniem stwierdziła, że nie może jej określić słowem „piękna”, może co najwyżej „ładna”. W bajkach, które często słyszała na dobranoc, wszystkie księżniczki, królewny i inne im pokrewne postacie bywały zawsze niezwykłej urody.

– Tato, znów się zamyśliłeś…

– Tak, przepraszam… – Thomas westchnął lekko. – Ty jesteś zapewne Dila.

– Tak, panie.

– Ledwo przyjechałem, a już usłyszałem o tobie wiele dobrego. Cieszę się wobec tego, że tu jesteś. Kaju – zwrócił się do córki. – Od jutrzejszego ranka traktuj Dilę jak swoją… damę dworu.

– Wolałabym raczej, żeby została moją przyjaciółką. Czuję, że pod pewnymi względami jesteśmy do siebie bardzo podobne.

– Cóż, jeśli tak wolisz; ufam twojej intuicji.

– Zgadzasz się więc, tatusiu?

– Oczywiście – mężczyzna uśmiechnął się smutno. – Chcę, żebyś była szczęśliwa. – pogłaskał Kaję po głowie.

– Dziękuję! – dziewczyna przytuliła się do ojca.

– No już dobrze. Teraz obie idźcie do swoich obowiązków. Na mnie też czekają zaległości do nadrobienia. Muszę się spotkać z kilkoma osobami.

Po tych słowach Thomas wyszedł, a dziewczęta, uśmiechnąwszy się do siebie nawzajem serdecznie, także udały się – każda w swoją stronę – nie mogąc się już doczekać jutra.

 

6.

– Masz piękne konie, panienko – Dila wciąż nie mogła się napatrzeć na siwe wierzchowce.

– Mów mi po imieniu – uśmiechnęła się Kaja

– Czy to wypada?

– Uwierz mi, że tak. W końcu, co nas różni?

– Pochodzenie.

– Tego sobie nie wybierałyśmy przy urodzeniu, żadna więc w tym moja zasługa, że z pochodzenia jestem tym, kim jestem – Kaja spoważniała na chwilę, ale zaraz potem uśmiechnęła się serdecznie. Dila odwzajemniła uśmiech.

– Jak ci się podoba na Zamku? Dobrze ci tu?

– Wspaniale. Właśnie tak sobie wyobrażałam zamek z bajek opowiadanych u nas we wsi.

– Lubisz bajki?

– O, tak!  Uwielbiam słuchać różnych opowieści, tych prawdziwych i zmyślonych.

– A czytać?

– Nie umiem… – Dila zarumieniła się.

– No tak – Kaja posmutniała na chwilę. – Przepraszam; ale wyrażasz się, jakbyś mieszkała tu od zawsze i zapomniałam się.

– Dziękuję. To dla mnie komplement.

– A czytać cię nauczę, jeśli chcesz.

– Pewnie, że bym chciała.

– Zajmiemy się tym wieczorami, jak wypełnimy wszystkie nasze obowiązki, dobrze? Masz jeszcze teraz coś do zrobienia?

– Nie.

– To chodźmy do lasu. Przy okazji pokażę ci najbliższa okolicę zamku. Może ci się to kiedyś przydać.

– Czy ten strażnik musi się tak tu kręcić?

– Niestety, taka zasada – Kaja wzruszyła ramionami. – W końcu jestem córką tutejszego pana. Ale nie bój się. Przecież to Evan. Powinnaś go już znać.

– Nie wiedziałam, że jest strażnikiem.

– To pierwszy stopień służby w obronie Zamku. Nie odwracaj się na razie. Póki co, nikt nie powinien wiedzieć, że pozwalam mu ze sobą rozmawiać ot tak, jak równy z równym.

– To wy rozmawiacie ze sobą?

– Czasem – Kaja zarumieniła się lekko.

– Aha, chyba rozumiem – Dila uśmiechnęła się. – Nie martw się, nikomu nie powiem; od tego są przyjaciółki– mrugnęła porozumiewawczo.

Kiedy wyszli za bramę i zniknęli z pola widzenia, chowając się za skalnym występem, Evan zrównał się z dziewczętami.

– Witajcie – uśmiechnął się do obydwu i spojrzał na Dilę. – Jak się masz?

– Dziękuję, dobrze, a ty?

– Też, dziękuję – skinął głową. – Zastanawiałem się, jak ci leci na Zamku.

– To miło. Widywałam cię czasami na ćwiczeniach lub przy innych okazjach na dziedzińcu. Nie miałam odwagi podejść; w końcu moja ranga jest niższa od twojej…

– O, co to, to nie! – Kaja spojrzała oburzona na Dilę. – Zapomniałaś już, kim naprawdę jesteś?!

– Ale przecież nie wszyscy o tym wiedzą, a ja nie chcę ani wpakować się w jakieś kłopoty, ani musieć niepotrzebnie się tłumaczyć.

– I tu się mylisz – zaśmiał się Evan. – Pewne wiadomości roznoszą się po Zamku lotem błyskawicy.

– Nawet sekrety?

– Nie; są pewne tajemnice, których to nie dotyczy – Evan spoważniał i spojrzał porozumiewawczo na Kaję. Dila nic nie zauważyła.

Szli przez chwilę w milczeniu. W tym miejscu zbocze góry opadało bardzo łagodnie w dół i to właśnie tędy prowadził główny szlak dla koni. Drzewa były grube i wysokie, a tu i ówdzie z poszycia wystawały skały, tworzące różne formacje, w tym płytkie pieczary.

– Niedługo będzie się ściemniać. Wracajmy.

– W porządku – Zgodziła się Kaja. – Ale chodźmy wobec tego Ścieżką Tajniaków.

– A co to takiego? – Zainteresowała się Dila.

– Kiedyś, w niespokojnych czasach to właśnie tamtą ścieżką noszono sekretne wiadomości. – wyjaśniła Kaja.

– Chodźmy więc.

Poszli trochę na przełaj, aż natrafili na ledwo widoczną nitkę ścieżyny. Szlak faktycznie musiał być ostatnio rzadko uczęszczany i miał czasy świetności za sobą.

– Popatrz na tamto drzewo – Dila posłusznie popatrzyła w kierunku wskazywanym przez Evana – Jest puste w środku. Podobno kiedyś zostawiano tam tajne wiadomości, kiedy dotarcie na samą górę było niemożliwe lub zbyt niebezpieczne, na przykład kiedy goniec miał obcy pościg na karku. Kiedy sytuacja się nieco uspokajała, ktoś z Zamku schodził tu i sprawdzał skrytkę.

Znów wspinali się bez słowa, aż dotarli do ścieżki, po której lewej stronie ciągnęły się skały porosłe mchem. Dila spojrzała w górę; Zamek z tej perspektywy wydawał się niewiarygodnie wysoki.

Nagle dziewczynka ujrzała w załamaniu skalnym, podnóża budowli, okienko. Podbiegła do niego; poczuła jakąś dziwną woń. Skała wokół otworu okazała się być bardzo ciepła. Ściana była bardzo gruba – otwór okienny zwężało się ku środkowi, także po wewnętrznej stornie było znacznie mniejsze, niż od zewnątrz. Znajdowało się prawie w załamaniu i trzeba było dużej spostrzegawczości, by je dojrzeć. Kaja pokiwała głową z podziwem dla bystrych oczu Dili, która spytała, wskazując na okienko:

– Co to jest?

– Coś w rodzaju wywietrznika lochów.

– To Zamek ma lochy?

– O tak! I to bardzo rozległe, a co myślałaś? – uśmiechnęła się Kaja. – Część służy w razie potrzeby jako więzienia, inna jako skład zapasów.

– I faktycznie trzyma się tam więźniów?

– Czasem. Albo jeńców, ale dawno nie było wojen, ani wypraw nastawionych przeciwko jakiemukolwiek krajowi lub niebezpiecznym ludziom. Ostatnimi czasy nie dochodzi także do spisków; ludzie mają chyba ostatnio inne sprawy na głowie… – Kaja zamilkła nieoczekiwanie i zamyśliła się.

– Byłaś kiedyś tam, na dole?

– Słucham?

– Czy tam kiedyś byłaś?

– Chciałam, ale ojciec stanowczo zabronił.

– Chyba to cię nie dziwi? – zaśmiał się Evan. – W lochach niezwykle łatwo zabłądzić, nawet z planem korytarzy.

– Wracajmy już – Dila otuliła się płaszczem. – Robi się chłodno.

 

7.

Wieczorem Dila wzięła pierwszą lekcję czytania i pisania. Od razu zasmakowała w zdobywaniu tych umiejętności i ku zaskoczeniu Kaji, szybko zaczęła robić znaczące postępy. Zupełnie jakby jedynie przypominała sobie tylko posiadaną już niegdyś sztukę.

Dni mijały; dziewczynki bardzo się ze sobą zaprzyjaźniły.

Dila wykonywała swoje obowiązki sprawnie starannie i szybko. Każda wolną chwilę spędzała z Kają, na poznawaniu Zamku, okolicy lub na nauce i czytaniu.

Pewnego dnia zastała Kasję smutną i zamyśloną. Zdumiało ją to, gdyż przyjaciółka nigdy  nie okazywała przy niej przygnębienia.

– Co się stało? – zapytała zaniepokojona.

– Tęsknię za mamą.

– Co się z nią stało? Umarła?

Kaja zacisnęła usta i odwróciła się do okna.

– Przepraszam – Dila poczuła się nieswojo. – To było nie na miejscu.

– Nie szkodzi. – Kaja spojrzała na nią jakoś dziwnie. – Widzisz, chodzi nie tylko o tęsknotę, ale też o zadanie, jakie będę musiała wykonać. Boję się, ale żeby znów ujrzeć mamę i naprawić kilka rzeczy, nie mam wyjścia; muszę się tego podjąć.

– Nie rozumiem.

– Nadszedł chyba czas poznania. Muszę wyjawić ci całą prawdę.  Posłuchaj…

 

 

 

CZĘŚĆ DRUGA – HISTORIA ZAMKU GRANICZNEGO

 

Zamek Graniczny jest starszy, niż wszelkie warownie i wiele innych wielkich budowli w Igotynie. To tu państwo ma swoje początki. Zarówno pod względem geograficznym, jak i historycznym oraz militarnym.

Pierwsza Era była czasem dosyć niespokojnym. Formowały się wtedy granice Igotynu. To naprawdę mroczne i okrutne czasy. Najważniejsze i najlepsze, co po nich zostało, to geograficzny kształt naszego kraju.

Druga Era to z kolei okres baśni i czarów, najczęściej tych dobrych. Zło udawało się stłumić w zarodku. Nastał wtedy pokój i Igotyn zaczęły zamieszkiwać przeróżne istoty – od mikroskopijnych Mikrolitów, po potężnych budową wojów.

W tych czasach zaczęto nawet tu i ówdzie widywać smoki. Większość z nich tylko przelatywała nad naszym terytorium lub nocowała w odludnych zakątkach. Czasem wprawdzie porywały hodowlane zwierzęta, ale to zdarzało się naprawdę rzadko.

To właśnie obrońcy Zamku Granicznego zajmowali się przeganianiem smoków.

W roku 157. Drugiej Ery zaczął Igotyn nawiedzać Kharmazagint – smok o wiele większy od wszystkich innych, niezwykle agresywny, atakujący przede wszystkim ludzi, niszcząc ich dobytki albo wręcz na nich polując.

Walkę z potworem rozpoczął mój prapradziadek, Edward Potężny. Ataki jego ludzi stawały się dla Kharmazaginta coraz dokuczliwsze, co tylko rozdrażniło go i sprawiło, że stawał się coraz bardziej agresywny. Siał coraz większe zniszczenia, choć czujność obrońców zamku Granicznego sprawiała, że atakował jednak nieco rzadziej.

Później w ślady Edwarda poszedł jego syn – Grzegorz Szarowłosy. Obmyślił on zasadzkę, która okazała się bardzo skuteczna – Kharmazagint został złapany i uwięziony w zamkowym lochu. Śpi tam kamiennym snem do dziś. Wiadomo, że podano mu do wąchania specjalną wodę z Gór Wiekopomnych i to właśnie  ona powoduje jego długoletni sen. Nie wiadomo jednak, jak smoka zgładzić. W każdym razie, schodząc do tej części podziemi, trzeba otworzyć pięcioro drzwi, z których każde są zamknięte na ogromny zamek. Klucze znajdują się w tajnych skrytkach, a z kolei te ukryte są w sekretnych miejscach, znanych jedynie mojemu ojcu i dwóm jego najbardziej zaufanym rycerzom.

Okazało się jednak, że Kharmazagint był sługą pięknej, ale okrutnej czarownicy – Chalenidy. Poprzysięgła zemstę mojej rodzinie i na jakiś czas znikła.

Grzegorz miał tylko jednego syna: Thomasa i – pamiętając groźbę wiedźmy – strzegł go jak oka w głowie.  W międzyczasie na Zamek przybywały rzesze magów przychylnych ojcu i w ogóle całemu naszemu krajowi. Tkali oni niewidzialne osłony z zaklęć nad Zamkiem i jego mieszkańcami. Potem rozjeżdżali się i krążyli po Igotynie, by swoje dobre działania jak najbardziej rozszerzyć.

Tymczasem Thomas dorósł i przyszedł dzień jego ślubu z moją matką – księżniczką
Aldoną. Przedsięwzięto przy tej okazji nadzwyczajne środki ostrożności. Jednak dzień minął spokojnie, odbyło się weselisko i wszyscy dobrze się bawili, zapomniawszy o możliwym niebezpieczeństwie.

A później przyszłam na świat ja. Rodzice byli bardzo szczęśliwi. Po trzech latach mama spodziewała się kolejnego dziecka. I wtedy Chalenida znów dała o sobie znać. Kiedy urodziła się dziewczynka, czarownica porwała ją po niespełna miesiącu i oddała je w ręce obcych ludzi  na wychowanie, a mamę zamknęła na najwyższej zamkowej wieży. Dostępu do niej strzeże pięcioro drzwi zamkniętych na ogromne klucze, które Chalenida rozrzuciła po kraju. Powiedziała, że każdy klucz do wieży wart jest jeden klucz do lochów.

 Pierwszy klucz do wieży znajduje się podobno w mieście, w którym wiedźma porzuciła moją siostrę. Chrystian wyruszył niedawno z tajną misją: miał odszukać młodszą córkę mojego ojca. I znalazł ją – w Przypustyniu. Dilo, to ty jesteś moją siostrą.

 Teraz mamy ważną misję do spełnienia: do nas należy znaleźć pięć kluczy i uwolnić naszą matkę z wieży i spod czaru Chalenidy, pod wpływem którego śpi już tyle lat, będąc w zupełnym osamotnieniu.

 

 

 

 

CZĘŚĆ TRZECIA – WYPRAWY

 

1.

– Więc to już? – Thomas popatrzył smutno na Kaję.

– Tak, ojcze. Dila to twoja druga córka, a moja siostra. Właśnie się o tym dowiedziała. A ja wierzę w przeczucie Chrystiana, że się w tej sprawie nie pomylił. Jest w końcu kuzynem mamy, dalekim, ale jednak. I waszym przyjacielem, ojcze. – Dziewczyna umilkła; z trudem przełknęła ślinę. – Nie rozumiem, skąd u ciebie z kolei tyle wątpliwości.

– Nie dane mi było poznać mojego drugiego dziecka. Czarownica wiedziała, co robi, zostawiając mnie bez żony i w takiej niepewności co do córki. Wiem jedno; jeśli Dila nie byłaby twoją siostrą, to cała misja na nic, a ty sama możesz stracić życie. Ja wtedy…

– Tato, Dila jest moją siostrą.

– Jednak ryzykujesz takim stwierdzeniem. Brak dowodów…

– Nie ma już czasu, tatusiu; doskonale o tym wiesz. A ja wierzę i czuję, że to nasza krew. – Kaja zamilkła na chwilę. – Proszę, daj mi pierwszy klucz. – Jej głos zadrżał, ale błysk w oczach zdradzał, że mimo strachu, podjęła już decyzję.

Thomas westchnął ciężko.

– Wszystko przygotowane do drogi?

– Tak.

– Przyjdź po klucz jutro przed wschodem słońca. Przyjdźcie obie. Udzielę wam mojego błogosławieństwa.

 

– O co chodzi z tymi siostrami i niepowodzeniem? – Dila wyraźnie nie zrozumiała wymiany zdań miedzy Thomasem a Kają.

– Tylko siostry mogą pokonać czar Chalenidy wspólnymi wyprawami. Po klucze może się ze mną wybrać każdy, ale tylko z rodzoną siostrą mogę uwolnić mamę z wieży i zrzucić czar z Zamku i ojca. Jeśli zabraknie mojej siostry podczas wykonywania zadań, mogę nawet zginąć, a już na pewno zaprzepaściłoby to szanse na ratunek dla naszej rodziny.

– To straszne – Dila zbladła. – A jeśli ja nie jestem jednak twoją siostra? Ojciec, zdaje się, nie jest w ogóle co do tego przekonany.

– Wiele przeszedł, w wielu sprawach jest zrezygnowany. Mało komu wierzy. To wszystko także jest wynikiem rzuconego czaru.

– Wiedział, że mogę być jego córką, kiedy tu przybyłam?

– Przecież ci – mówiłam, że Chrystian wyruszył z misją, żeby cię odnaleźć. I to wyłącznie na rozkaz ojca.

– To dlaczego zgodził się, żebym była… służącą?

– Widzisz, to z kolei była część przepowiedni, która musi się wypełnić,  żebyśmy miały szansę na powodzenie misji. Ale powiedz, czy podczas służby dotknęła cię jakaś krzywda, przykrość lub niesprawiedliwość?

– Nie – Dila mocno pokręciła głową. – Ale i tak uważam, że to nie w porządku.

-Wiem, że  to wszystko jest trudne. – Kaja posmutniała. – Mi też nie jest łatwo, siostrzyczko.

Dziewczęta stały przez chwilę w milczeniu, patrząc przez okno na las w dole.

– Chodźmy już – Kaja położyła rękę na ramieniu Dili. – Trzeba iść spać. Jutro czeka nas wczesna pobudka i pracowity dzień, który nie wiadomo kiedy się skończy.

 

2.

 

Obie spały bardzo nerwowo, budząc się co jakiś czas. W efekcie na nogach były na długo przed momentem stawienia się przed obliczem ojca. Ubierały się i jadły w milczeniu, po czym podążyły do komnaty Thomasa. Także on sam wydawał się, jakby niewiele spał od wczorajszego wieczora

Patrzył przez chwilę na dziewczęta badawczo, a szczególnie na Dilę. Po raz pierwszy patrzyła mu prosto w oczy, jakby chciała udowodnić, że ma swój honor, który ucierpiał w efekcie wątpliwości pana Zamku. W końcu mężczyzna westchną i spuścił wzrok. Ucałował Kaję i Dilę w czoła i wręczył im ogromny klucz.

– Pilnujcie go jak w oka w głowie, bo tylko z nim wasza misja może w ogóle się zacząć.

Wyszły z komnaty nie oglądając się za siebie, choć Dila była pewna, że starsza siostra chętnie by to zrobiła, by jeszcze raz popatrzeć na ojca.

 

Na dziedzińcu, obok wierzchowców dziewcząt, stał Evan.

– Co tu robisz? – Dila nie kryła zaskoczenia.  Sądziła, że ich misja jest tajna.

– Jadę z wami – chłopak uśmiechnął się wesoło.

– Czy to możliwe?

– Tak – Kaja uspokoiła siostrę – Przepowiednia mówi: „dwie siostry i ich przewodnik, obrońca i przyjaciel”.

Dila przyjęła wiadomość z widoczną ulga; zrobiła przy tym tak zabawną minę, że towarzysze wyprawy wybuchli śmiechem.

– No już dobrze, siostrzyczko – Kaja widząc smutek dziewczynki, chciała ją od razu udobruchać i pocieszyć. – Nie złość się za nasz śmiech. Ruszamy! Jak nazywało się to miasto, w którym znalazł cię Artur?

– Igotyn.

– To oznacza, że tym razem nie jedziemy daleko. Musimy jednak ominąć Przypustynie – Kaja wyprzedziła pytanie siostry. – Wiem, że tęsknisz, ale niestety…

– Ale liczy się czas? – domyśliła się Dila.

– To też. Ale przede wszystkim chodzi o tajność misji. Chalenida prędzej czy później może się dowiedzieć, że czas już nadszedł.

– Co wtedy się stanie?

– Wiedźma nie może nas zabić, ani uwięzić. Tak mówi wielka Księga Praw.

– To co może zrobić?

– Utrudniać i opóźniać. Wie, że zależy nam na czasie.

Dziewczęta zamilkły na chwilę.

– Nie znałam matki – Dila zamyśliła się. – Ale zawsze chciałam mieć pełną rodzinę. Mam już siostrę i ojca, choć, jeśli o niego chodzi, muszę zburzyć jeszcze kilka niewidzialnych murów… Teraz jeszcze chciałabym móc powiedzieć do kogoś „mamo”… Jaka ona jest?

– Bardzo dobra. I mądra. Właściwie to dobrze, że nie było jej dane rozpaczać, kiedy ciebie porwano. Właśnie wtedy ojciec zaczął być taki nieprzystępny. Byłam wtedy mała, ale pamiętam, że przestał mnie przytulać i posmutniał. Kiedyś był inny; lubił się śmiać i był bardzo serdeczny. Kiedy na horyzoncie pojawiał się problem, po prostu myślał, jak go rozwiązać, zamiast się zamartwiać. Dużo rozmawiał z ludźmi. Teraz robi to tylko, kiedy jest to konieczne.

Kaja zamilkła i przez jakiś czas jechali w ciszy.

– Myślisz, że po zakończeniu misji wszystko będzie, jak kiedyś?

– Nie, będzie zupełnie inaczej, ale na pewno normalniej: z radością, miłością i wreszcie całą rodzina razem – Kaja wyraźnie poweselała na chwilę. Uśmiechnęła się serdecznie do siostry, która po raz pierwszy naprawdę poczuła, że ktoś ją chyba kocha.

 

3.

Krótko po tym, jak zaczęło dnieć, w Igotynie zaczęło budzić się życie, jak w każdy dzień targowy.

Handlarze jechali na bazary lub na jeden z trzech głównych rynków, żeby rozstawić stragany i wyłożyć na nich swoje towary. Sklepikarze przyjmowali większe, niż zwykle dostawy, a w jadłodajniach kucharze zaczynali przygotowywać większe, niż w dzień nie targowy ilości potraw.

Kiedy słońce wzniosło się nad horyzont, wraz z całym tłumem główną bramę przekroczyło troje wędrowców na białym i dwóch gniadych koniach. Z całej trójki dwie osoby były młodymi dziewczętami.

W Igotynie rzadko widywano kobiety na koniach, czy jakichkolwiek innych wierzchowcach, podróżnicy spotykali się więc często z ciekawymi lub podejrzliwymi spojrzeniami miejscowych. Podróżnikom udało się jednak spokojnie dojechać do zajazdu, w którym było także miejsce dla koni.

Pozostawiwszy szlachetne zwierzęta pod dobrą opieką, Kaja, Dila i Evan weszli do zajazdu. Płacąc z góry, poprosili o dwa pokoje. Gospodarz natychmiast spełnił ich prośbę; wskazał drogę na piętro i od razu przysłał służącą z gorącą strawą.

– Co teraz? – spytała Dila, kiedy zostali sami w pokoju dziewcząt.

– Cóż, musimy iść dalej twoim tropem w Igotynie. Tylko tyle przychodzi mi do głowy. – Evan przełknął pierwszą łyżkę zupy. – Gdzie znalazł cię Artur?

– Podobno na największym tutejszym rynku, zwanym Placem Środkowym.

– Czyli mogłaś mieszkać w pobliżu.

– Albo mógł mnie tam przyprowadzić ktoś z innej dzielnicy, idąc na zakupy.

– Mógł to być zwykły mieszkaniec lub ktoś, kto także pracował na Rynku jako sprzedawca.

– Też racja.

– A w co byłaś ubrana?

– W szarą, płócienną sukienkę i zwykłe, proste chodaki.

– Musimy poobserwować, kto w Igotynie właśnie tak ubiera dzieci.

Mimo zmęczenia i tęsknoty za wygodnym łóżkiem oraz snem, zaraz po posiłku cała trójka wyruszyła do miasta.

Evan pierwszy zauważył pewne prawidłowości i zasady obowiązujące w mieście.

Ludzie nie różnili się w mieście znacznie stanem posiadania. Nie było tu bogaczy, ani nędzarzy. Wszyscy ubierali się skromnie. Wkrótce okazało się, że to dzielnice miały wpływ na kolor przeważający w ubiorach. Ludzie z obrzeży ubierali się w różne odcienie zieleni. W dzielnicy, w której znajdowały się wszystkie główne urzędy, ludzie ubierali się w brązy, wpadające czasem w beże. Mieszkańcy dzielnicy szkolnej chodzili w granatach i jasnych odcieniach błękitu. Wreszcie szarości dominowały w części rzemieślniczej, związanej z wyrobami ze skór.

– Co teraz? – zaczęła zastanawiać się Kaja. – Chyba nie będziemy chodzić od domu do domu i pytać, kto trzynaście lat temu przygarnął noworodka, albo kto zgubił dekadę temu dziecko?

– Nie wiemy tak naprawdę, co się tutaj ze mną działo – przypomniała Dila. – Artur szukał przecież rodziny, której mogłam się zgubić, wypytywał o informacje, bez skutku. Zostawił w ratuszu wiadomość, że mnie zabiera pod opiekę swoich krewnych, jednak przez te wszystkie lata, nikt nie przybył z Igotynu do Przypustynia i nie pytał o mnie.

– Chodźmy, porozglądamy się po dzielnicy.

Ulice nie były tu szerokie, ale utrzymane w czystości. Po obu ich stronach mieściły się zakłady rzemieślnicze – krawców, szewców, garncarzy, stolarzy i wielu innych, a także różnorodne sklepy. Tu i ówdzie znajdowały się także bary i karczmy.

Jeden budynek stał zupełnie opuszczony, z pozabijanymi deskami drzwiami i oknami. Było to dość nietypowe, jak na tę okolicę.

– „Pod Krzywym Zwierciadłem” – Kaja z trudem odczytała nazwę na wyblakłym szyldzie, którego do tej pory nie zdjęto. Wisiał już ledwo na jednym łańcuchu i każdy powiew wiatru   kołysał go we wszystkie strony.

– Jeśli chcecie państwo coś zjeść, zapraszam „Pod Cztery Srebrne Gołębie”; to tu, naprzeciwko. – Dziewczęta i Evan obejrzeli się w stronę, skąd dochodził głos. Za nimi stał niski, grubawy mężczyzna i usłużnym gestem wskazywał bar po drugiej stronie ulicy.

– Właściwie to…

– Właściwie to chętnie – Evan uprzedził Kaję w odpowiedzi. – Chodźcie, może się czegoś dowiemy – szepnął do dziewcząt.

Poszli więc, usiedli w środku i zamówili dania, a Evan zapłacił z góry. Właściciel patrzył na nich zaciekawiony; rzadko ostatnio miewał gości spoza Igotynu. W końcu Evan kiwną na niego ręką.

– Co pana w nas aż tak ciekawi?

– Cóż, tego… – mężczyzna na chwilę stracił pewność siebie. – Rzadko jadają u mnie przyjezdni i to tak młodzi, którzy w dodatku płaca bez gadania z góry.

– Cóż, dziećmi już nie jesteśmy – obruszyła się Kaja.

– A jaki jest cel waszej podróży, jeśli wolno spytać?

– Ach, takie tam – Evan machnął od niechcenia dłonią. – Powiedzmy, żeby lubimy zwiedzać różne strony kraju. Właśnie wracamy do domu, a tu jesteśmy przypadkowo.

– Jest tu coś ciekawego do zobaczenia? – Dila podchwyciła trop podjęty przez Evana.

Barman wzruszył ramionami, niepocieszony, że nie otrzymał konkretnej odpowiedzi na swoje pytanie. Ci młodzi byli dobrze ubrani, a tacy raczej nie jeżdżą po kraju bez konkretnego celu.

– A co to za budynek na przeciwko? Jakaś karczma?

– Ta zabita na cztery spusty?

– Aha…

– Karczmę „Pod Krzywym Zwierciadłem” prowadziła ta sama rodzina od  dobrych kilku pokoleń. To jeden z najstarszych tego typu lokali w mieście. Ostatnim właścicielem był Oliver Miłosz. Miał żonę i czworo dzieci, w tym jedno, najmłodszą dziewczynkę, adoptowaną. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie i nagle, rodzinka zapakowała cały swój dobytek na wóz i wyjechała, nie tłumacząc się nikomu. Zabili okna i drzwi deskami w wielkim pośpiechu, jakby o życie chodziło. To wszystko, co o nich wiem.

– A co się stało z tą adoptowaną córką?

Właściciel baru podrapał się po łysej głowie.

– Nie mam pojęcia; prawdopodobnie zabrali ją ze sobą, choć mój kuzyn, który pracował wtedy w ratuszu, twierdził, że jakiś obcy spoza miasta mówił, że znalazł na ulicy jakieś trzyletnie dziecko, błąkające się bez opieki w szarej sukienczynie. Zresztą kogo to obchodzi? Tu luzie uczciwi i w razie biedy nie dadzą nikomu umrzeć z głodu, ani skrzywdzić, tym bardziej dziecka.

Evan spojrzał na swoje towarzyszki. Byli trochę zawiedzeni, ale barman faktycznie chyba nic już więcej nie wiedział.

– Pójdziemy już – Kaja pierwsza wstała od stołu. – Dziękujemy.

– Gdyby państwo jeszcze czegoś potrzebowali, zapraszam.

Kiedy wyszli, budynki rzucały już dość długie cienie.

– Myślicie, że zostawili mnie tu specjalnie, czy po prostu przeoczyli, że się od nich odłączyłam? I co musiało być powodem ich wyjazdu, że na to nie zwrócili uwagi?

– Tak, czy owak pisane ci było, żeby znalazł cię Artur. To nie wina tych ludzi, a już tym bardziej twoja. Musiała się wypełnić przepowiednia i to, co było ci pisane.

Dila zamyśliła się. Z tamtych czasów nie pamiętała kompletnie nic, jakby ktoś odjął jej pamięć. Zapomniała nawet, jak wyglądali jej opiekunowie i ich dzieci. Przez całe lata nie zastanawiała się nad tym i nie myślała o nich.

– A co z kluczem? Gdzie go szukać?

– Ja bym zaczął od tej zamkniętej karczmy – Evan zmarszczył czoło, myśląc usilnie.

– Ale jest zamknięta na cztery spusty. Musielibyśmy się włamać.

– Być może nie będziemy mieli innego wyjścia. Skoro idziemy niejako tropem Dili, to właśnie od tego miejsca powinniśmy zacząć. A na początek przyjrzymy się budynkowi od strony podwórza. Chodźmy zobaczyć, jak możemy się tam dostać.

Obeszli przecznicę, starając się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Mieli szczęście. Po drugiej stronie, między dwoma budynkami, znaleźli wąziutkie przejście.

– Zorientuję się w sytuacji – Dila wślizgnęła się między domy. Po drugiej stronie przesmyku znajdowało się niewielkie prostokątne podwórko, chyba rzadko lub wcale ostatnio nie uczęszczane, bo porosłe wysoką trawą.

Dila podeszła do tylnej ściany karczmy. Były tu wąskie drzwi i dwa niewielkie okna, zapewne należące do zaplecza i kuchni. Nie zdążyła przyjrzeć się wszystkiemu lepiej, bo usłyszała, że Kaja ją woła. Wróciła więc do towarzyszy i zdała im relację.

– W porządku; teraz wracamy do zajazdu i odpoczywamy; wrócimy tu po zapadnięciu zmroku.

 

4.

Nikły blask kaganka ledwo rozświetlał drogę. Na podwórko nie docierał jeszcze blask wschodzącego księżyca, więc wydawało się, że jest tu jeszcze ciemniej, niż na ulicy.

– Od czego zaczynamy?

– Musimy sprawdzić, czy wszystkie gwoździe trzymają nadal bardzo mocno. Może któraś deska spróchniała i da się ruszyć.

Zabrali się do pracy. Ciemności nie ułatwiały poszukiwań, a dodatkowo musieli zachowywać się bardzo cicho.

W pewnym momencie dało się słyszeć sykniecie Dili.

– Co się stało? – szepnął zaniepokojony Evan.

– Potknęłam się w tej trawie. Nie wiedziałam, że jest tu jakaś nierówność, coś jak podwyższenie przed drzwiami.

Uklękła i zaczęła na oślep macać rękami w miejscu, w którym się potknęła. Natrafiła na obluzowany kamień.

– Evan, podejdź tu. Podważ ten głaz.

Chłopak uczynił to z trudem. Dopiero trzecia próba zakończyła się powodzeniem.

– No, nareszcie! Kaja, poświeć kagankiem; zdaje się, że coś tu jest.

– Klucz!

– Co teraz?

– Musimy podmienić oba klucze. Kaja, wyjmij ten, który dał ci ojciec. A teraz szybko, przetaczamy z powrotem kamień.

– Chyba ktoś się zbliża… Szybko, zgaś lampkę!

Przywarli do ściany w kącie podwórka. Przez przesmyk między domami ktoś szedł; trzymał w ręku dużą latarnię. Dila, Kaja i Evan wstrzymali oddech. Zobaczyli strażnika, który widocznie pełnił nocną służbę i pilnował spokoju akurat w tej dzielnicy. Był już blisko; zaraz krąg światka rzucany przez latarnię zbliży się na niebezpieczną odległość do całej trójki. W ostatniej chwili z ulicy dobiegło wołanie:

– Tytus?!

– Co? – strażnik zatrzymał się i odwrócił w stronę przesmyku,

– Chodź tu! Mam awanturującego się pijaczynę. Ten sam, co i wczoraj. Bierzemy go do aresztu. Nasze przestrogi nie dały mu nic do myślenia.

Tytus zaklął; najwidoczniej wysiłek nie był po jego myśli tej nocy.  Odwrócił się na pięcie i wyszedł z podwórka.

– Uff – Kaja aż usiadła na ziemi. Nogi się pod nią trzęsły. Evan zaśmiał się cicho i zapalił na nowo kaganek.

– Było blisko.

– Ale nam się udało.

– Mogło być nieciekawie.

– Chodźcie, idziemy do zajazdu. Dila, co z twoją nogą?

– Lepiej, niż z nerwami.

Droga powrotna zajęła im więcej czasu, niż w tamtą stronę; teraz wiedzieli, że muszą uważać na strażników, żeby niepotrzebnie nie wzbudzać podejrzeń.

 

– Opuszczacie nas tak szybko, znienacka. Czy coś się stało? – właściciel zajazdu wydawał się być szczerze zmartwiony.

– Nie; załatwiliśmy nasze interesy szybciej, niż z początku zakładaliśmy – wyjaśnił Evan z czarującym uśmiechem. Spojrzał na Dilę i Kaję. – Pospieszcie się, moje drogie. W południe musimy być już w drodze, przynajmniej przy Błękitnej Kipieli.

– Dlaczego mamy aż tak gnać?

– Czekają na nas – Evan nachylił się ku Dili i szepnął: – Właściciel zajazdu wydaje się być dosyć wścibski. Widział nas, kiedy wróciliśmy w środku nocy. Dziś przy śniadaniu cały czas nam się przyglądał.

Kiedy wsiedli już na konie, Evan zdecydował:

– Wyjedziemy Bramą Zachodnią. Pokluczymy trochę Lasem Szumiących Dębów i wrócimy obrzeżami Wydm Ośmiu Pustelników. Tak będzie bezpieczniej.

 

Droga powrotna do Zamku minęła jednak spokojnie. Nikt ich nie śledził. Mijali innych wędrowców, podróżujących samodzielnie lub w mniejszych grupkach, przeważnie konno, rzadko pieszo, prowadząc zwierzęta juczne.

Do Zamku wkroczyli po dwóch dniach podróży.

 

Thomas bez słowa wziął klucz z rąk Kaji. Nie pytał o nic: ani o przebieg wyprawy, ani o ewentualne kłopoty, jakby nie interesowały go własne dzieci i ich bezpieczeństwo. Zdziwiło to trochę Dilę; zrobiło jej się przykro.

– Nie martw się – pocieszała ją Kaja. – To przez czar Chalenidy. I tęsknotę za naszą mamą. Chyba dodatkowo zaczął tracić nadzieję, że to wszystko się kiedyś skończy i wrócą dawne, dobre czasy, bez strachu.

 

5.

– Wyruszamy znowu za tydzień.

– Dokąd tym razem?

– Dowiemy się na dzień przed opuszczeniem Zamku. Wtedy też otrzymamy kolejny klucz.

Nastały spokojne dni, Dila jednak nie mogła przestać myśleć o kolejnej wyprawie.

Zdawała sobie sprawę, że bardzo mało wie o swojej rodzinie; czuła się tu nieswojo. Ale może Kaja ma rację – może dziwne, niezrozumiałe sytuacja były wynikiem czaru Chalenidy?

Dila unikała Kaji i Evana przez cały tydzień, a oni nie narzucali się.

 

***

 

– Jutro mamy stawić się u ojca – Kaja wydawała się być zaniepokojona, choć starała się to ukryć.

– W porządku – Dila odwróciła się twarzą do ściany i okryła szczelnie kocem. – Zgaś już świecę i postaraj się zasnąć.

Także tego wieczoru nie miała ochoty na rozmowę. Lubiła Kaję, ale traktowała ją jeszcze raczej jak przyjaciółkę, niż jak siostrę. Czy dziewczyna to czuła?

W pokoju zrobiło się ciemno.

– Dila?

– Hmmm?

– Gniewasz się na mnie?

– Za co?

– Nie wiem.

– Dlaczego pytasz?

– Bo mam wrażenie, że mnie ostatnio unikasz, a to jut trochę trwa.

– Musiałam sobie poukładać i przemyśleć to i owo.

– Co takiego?

– Ach, takie tam – Dila zamilkła na chwilę. – Chodzi o naszą rodzinę. Nie gniewaj się na mnie. Wierzę, że wszystko się ułoży i wyjaśni.

– Ale nie jesteś zła?

– Nie, głuptasie – głos Dilii zabrzmiał niemal wesoło. – Dobranoc.

Zamilkły, ale obie nie mogły jeszcze długo zasnąć, rozmyślając o nowym wyzwaniu.

 

***

 

– Czerwone Miasto? – Kaja wydała się być lekko przestraszona, ale tylko przez chwilę. Przełknęła głośno ślinę i oblizała spierzchnięte wargi. – Tak, oczywiście.

Wzięła z rąk ojca klucz, ukryła za pazuchą, odwróciła się i szybkim krokiem wyszła z komnaty, a Dila za nią.

 

– Ciężka sprawa – Evan wydawał się zmartwiony, kiedy usłyszał, dokąd tym razem się udają. – To daleko, w Górach Purpurowych. Ruszajmy.

Dosiedli koni i udali się na południe.

– Kaju, mogę cię o coś zapytać?

– Oczywiście.

– Kiedy ojciec wskazał Czerwone Miasto jako nasz nowy cel, wydałaś mi się przestraszona. Dlaczego?

– Nie znasz legendy o tym miejscu? – wtrącił się Evan.

– Nie – Dila wzruszyła ramionami. – Niby skąd?

– No tak, oczywiście, przepraszam.

– Czerwone Miasto jest jednym z najstarszych miast w Naxenii – wyjaśniła Kaja. – Najpierw była to niewielka, drewniana osada. Pewnego dnia dwóch myśliwych zapuściło się w Góry Purpurowe i tu natrafili na wzgórze, zwane później Kopalnianym. Przez przypadek odkryli, że zbudowane jest ono z czerwonego kamienia, świetnie nadającego się do obórki i budowy. Osadnicy zaczęli go wydobywać i wykorzystywać w życiu codziennym. To był początek Czerwonego Miasta, które zaczęło się rozrastać, mieć coraz więcej mieszkańców, aż stało się ważnym punktem na międzypaństwowym szlaku handlowym.

Wydobywanie kamienia nie ustawało; w rezultacie Wzgórze zaczęło przypominać ser, poprzecinany wydrążonymi korytarzami.

Pewnego dnia kopalnia zapadła się w dużej części. Górnicy bali się wchodzić do środka, mieszkańcy Czerwonego Miasta nie otrzymywali więc już dostaw kamienia. Nie budowano nowych domów, a starych nie remontowano, zaczęły więc powoli się sypać.

Handlarze coraz rzadziej zatrzymywali się na tutejszym rynku, czy chociażby na nocleg. Luzie zaczęli się wyprowadzać, aż w końcu Miasto opustoszało i stało się widmem.

Co do zasypanej kopalni, mówi się, że straszą tam duchy górników, przywiązanych do miejsca swojej pracy. Trzech zginęło podczas tej katastrofy. Mówi się, że znaleźli tam coś więcej, niż kamień, ale to już tajemnica tego miejsca.

– To straszne – Dila zadrżała. – Aż mi się zimno zrobiło. Mam nadzieję, że dojedziemy tam przed zapadnięciem zmierzchu.

– Moja już w tym głowa – zaśmiał się Evan., ale Dila wiedziała, że był to śmiech wymuszony.

Nie, Evan się nie bał, ale zdawał sobie sprawę, że był odpowiedzialny za swoje towarzyszki. Nie mógł okazać niepokoju. Nie wierzył w duchy, ale w przekleństwo miejsca, i owszem. Siła natury upomniała się w kopalni o swoje – nie można było brać czegoś bezkarnie, wciąż, bez końca, pozostawiając po sobie jedynie pustkę. Górnicy o tym zapomnieli, a razem  z nimi pozostali mieszkańcy Czerwonego Miasta . Właśnie dlatego upadło ich bogactwo.

Tę noc spędzili w Lesie Jodłowym, w szałasach zbudowanych z gałęzi.

 

***

 

– Ale cisza. Nawet ptaki nie śpiewają – Dili wydawało się to dziwne w lesie.

– Zbliżamy się do ruin Czerwonego Miasta – wyjaśnił Evan.

Faktycznie, las zaczął rzednąć, a między drzewami pojawiły się pozostałości pierwszych zabudowań. Przygnębiająco to wyglądało: ruina obok ruiny, wszystko porosłe trawą, tu ówdzie zaczęło wyrastać drzewo, czasem pośrodku niegdysiejszej ulicy.

– Brrr… Nie chciałabym, żeby zastała nas tu noc.

– Niestety, ale zastanie przynajmniej jedna – Evan zatrzymał konia, zsiadł i dał znać, by dziewczęta zrobiły to samo. – Rozbijmy obóz.

– Tutaj?!

– Tak. Patrzcie, tam jest studnia, jesteśmy osłonięci od wiatru tą ścianą i mamy wokół mnóstwo drewna na ognisko.

Evan miał rację. Rozbili wiec obóz, rozpalili ognisko i zjedli coś z zapasów na drogę.

Zapadł zmierzch. Światło ogniska sprawiało, że dookoła tańczyły cienie. Do życia budziły się nocne zwierzęta.

Kaja, Dila i Evan położyli się spać wcześnie, chcieli bowiem wyruszyć do starej kopalni z samego rana. To tam spodziewali się znaleźć klucz.

Kolejny dzień rozpoczęli zgodnie z planem; kiedy pierwsze promienie słoneczne padły na wierzchołki drzew, dojeżdżali już do celu.

Zostawili konie w pobliżu, na wszelki wypadek, gdyby musieli opuszczać to miejsce w pośpiechu. Wierzchowce doskonale wiedziały, co mają robić – były stworzone do wypraw, w których liczyły się odwaga, wierność, spryt i prędkość.

Wejście do kopalni było niemal całkiem zasypane. Tylko wchodząc wąskim przesmykiem wolnym od zawaliska, będą mogli się przekonać, jak daleko da się zajść i czy to wystarczy, by znaleźć choć wskazówki dotyczące poszukiwanego klucza.

– Idę pierwszy – Evan ruszył przodem.

Nie odzywali się więcej do siebie. Tu niezbędne okazało się maksymalne skupienie. Jeden niewłaściwy ruch i zginą pod skalami albo zostaną uwięzieni z marnymi szansami na ratunek. Tak czy owak marny byłby ich los.

Trasę pokonywali bardzo powoli. Nieśli ze sobą małe kaganki, które rzucały jednak wystarczająco dużo światła. Od pewnego momentu z każdym krokiem robiło się coraz goręcej i bardziej duszno.

Wąziutkie przejście miało kanciaste, powybrzuszane ściany, sufit oraz chodnik.

Kaja, Dila i Evan zaczęli tracić poczucie czasu – nie wiedzieli jak długo już tak idą, ani jak głęboko dotarli. Nawet chłopak czuł się nieswojo. Odważny i wyćwiczony w bojach i marszu, niewiele do tej pory przebywał w miejscach, jak to.

– Chyba schodzimy poniżej poziomu powierzchni ziemi – głos Dili był cichy i niepewny.

– Też mi się tak wydaje  – Kaja zatrzymała się. – Chyba zrobiliśmy niemądrze, że weszliśmy tu wszyscy na raz.

– Słusznie. Jedna z was powinna zawrócić. Nie możecie obie się tak narażać. To dopiero druga wyprawa – stwierdził Evan.

– Dila, zawrócisz i poczekasz na nas przed wejściem – głos Kaji był stanowczy.

– Ale…

– Siostrzyczko, nie ma żadnego „ale”. Wyjdziesz i przeniesiesz obóz przed kopalnię. Poczekasz na nas dwa dni. Jeśli do tego czasu żadne z nas nie wróci…

– Nawet tak nie mów!

– Ciszej! Każdy hałas może spowodować nieszczęście – upomniał je Evan.

– Idź już –ponaglała Dilę Kaja. – Po dwóch dniach, jeśli nie wrócimy, udasz się do ojca; on powie ci, co masz dalej robić. Idź już, proszę.

– Nie mogę. Nie jestem tchórzem – Dila poczuła złość. Kaja traktowała ją najwyraźniej jak małe dziecko, które trzeba koniecznie chronić.

– Wiem, siostrzyczko. Ale przyznaj, że to byłoby nierozsądne, gdybyśmy zginęli tu wszyscy.

– To dlaczego ty nie wrócisz?

Twarz Kaji spochmurniała.

– Dilo, jestem twoją starszą siostrą. Moim zadaniem jest chronić cię, jak długo się da.

– Nie jestem już małym dzieckiem – syknęła Dila, mając łzy wściekłości i bezsilności w oczach. Była wdzięczna losowi, że w tym świetle tego nie widać.

– Idź już, siostrzyczko – głos Kaji złagodniał. – I uważaj na siebie.

Dila westchnęła, zrozumiawszy, że już nic nie wskóra. Nie mogła znaleźć słów pożegnania, skinęła więc im głową, odwróciła się i ruszyła w powrotną drogę. Słyszała, że i oni natychmiast wznowili marsz. Wkrótce w korytarzu znów zapanowała cisza; Dila słyszała tylko własne kroki. Poczuła się samotna, jak nigdy przedtem. Nie była już zła, ale rozgoryczona. Zaczęła się bać, ale nie o siebie. Co powie ojciec, jeśli Kaja nie wróci? A może on już dawno wie, co im jest pisane? Czy zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie im grozi? Zgodził się ot tak na ich misję, jakby mu na nich nie zależało. A może nie miał po prostu innego wyjścia? Przepowiednia, czar…

Rozmyślania sprawiły, że Dili wydało się, że droga powrotna na powierzchnię trwałą krócej, niż w tamtą stronę. Sądząc po wysokości pozycji słońca, musiało niedawno minąć południe.

Las stał pogrążony w ciszy, nie drgnął najmniejszy listek, nie odzywał się żaden ptak. Konie pasły się nieopodal, koło małego źródełka.

Dila dopiero teraz zdała sobie sprawę, że chciało się jej pić. Zapas napoju w jej podróżnej butelce dawno się skończył, pozostało jej więc tylko jedno.

– Skoro konie stąd piły, to i ja mogę – podeszła do źródełka i zaczerpnęła obiema dłońmi nieco wody. W tym momencie na dnie naturalnej misy coś zabłyszczało. Dila odgarnęła kamyki i jej oczom ukazał się klucz!

– A niech mnie… Co teraz?

Wiedziała, że musi od razu podmienić oba klucze. A tamten miała ze sobą Kaja, chociaż nie… Dila spojrzała na wierzchowca siostry i zbladła. Kaja przytroczyła do siodła płaszcz, w wewnętrznej kieszeni którego schowała klucz! Czyli ich wejście do kopalni było, tak czy owak bezsensowne! Dziewczyna nie miała dużo czasu na myślenie; podbiegła do płaszcza, wyjęła klucz i zamieniła go z tym ze źródełka. Teraz pozostało jej już tylko czekanie.

Przeniosła obóz z poprzedniego miejsca w okolice kopalni. Zapadał zmierzch. Dili udało się rozpalić małe ognisko – nie na tyle duże, by dawało ciepło, ale żeby rozjaśnić zapadające ciemności. Z większym ogniem dziewczyna wolała nie ryzykować ze względu na pobliskie drzewa.

Drzemała lekko, oparta plecami o wielki głaz, ale nad ranem musiała zasnąć mocniej.

Obudziła się nagle, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Było chłodno; niebo zaczynało się powoli rozjaśniać.

Nadal było bardzo cicho; ani jeden listek nie drżał. Mimo to, a może właśnie dlatego, Dila czuła duży niepokój. Coś musiało się wydarzyć, kiedy spała.

Konie stały blisko siebie, potrząsając od czasu do czasu łbami.

Dila rozpaliła jeszcze raz ogień, żeby ogrzać chociaż ręce.

Kiedy rozjaśniło się na tyle, że dziewczyna widziała wyraźnie grunt pod nogami, zaczęła się przechadzać.

Kaja i Evan niepotrzebnie narażali zdrowie. A może nawet życie; w każdej chwili mogli zginąć, podczas gdy od samego początku nie mieli ze sobą klucza, a zadanie zostało wykonane na zewnątrz.

Dila podeszła do wylotu kopalni i zaczęła nasłuchiwać. W tym momencie usłyszała kroki i głosy z lewej strony. Zamarła na króciutką chwilę i przyczaiła się za głazem. Na początku nie była pewna, ale nadchodzący zbliżyli się, uradowaną dziewczynę opuściły wszelkie wątpliwości: to Kaja i Evan!!!

Wyszli zza skały; byli zakurzeni, a chłopak kulał na lewa nogę i musiał się podpierać kijem. Posykiwał z bólu, a jego twarz co i rusz wykrzywiał grymas cierpienia; musiało go bardzo boleć. Oboje wyglądali bardziej na złych i zrezygnowanych, niż zmęczonych.

– Och, jesteście nareszcie! – szczerze uradowana Dila podbiegła do przybyłych.

– Cóż z tego? – obruszyła się Kaja. – Nie dość, że nic nie znaleźliśmy, to jeszcze zabłądziliśmy, a Evan skręcił nogę i jeszcze się w nią zranił. Tylko szczęściem wyszliśmy na zewnątrz jakimś bocznym chodnikiem, którego nie zasypało. Musimy wrócić do Czerwonego miasta; może tam znajdziemy chociaż wskazówki.

– Cóż. I tak nie zabrałaś klucza z płaszcza więc…

– Czyli i tak nasze wejście do tego strasznego miejsca było daremne – Kaja miała w oczach łzy bezsilności. – Zmarnowaliśmy tylko czas.

– Ale jest i dobra wiadomość – Dila przerwała siostrze; nie chciała już dłużej trzymać w tajemnicy pomyślnych wieści, widząc przykry stan siostry i Evana. Uniosła zamieniony klucz do góry. – Był w źródełku. Gdybyśmy nie weszli do kopalni, a ty byś mnie nie odesłała, prawdopodobnie nikt z nas by w ogóle nie szukał w tym miejscu.

Evan osunął się z ulgą na kolana, na jego twarz wrócił lekki rumieniec, jednak nie miał już siły. Ze zmęczenia nie mógł nawet mówić, ale wyraz jego twarzy wyraził to, co w tej chwili poczuł.

– Nie zawiedliśmy więc – Kaja także zapomniała o smutku.

Tej nocy Dila czuwała nad śpiącymi. Byli wykończeni i spali twardo aż do rana.

 

6.

– Świątynia Przeznaczenia na Górze Losu?

– Tak, to nasz kolejny cel. I niestety tym razem jesteśmy zdane tylko na siebie – Kaja z niepokojem myślała o czekającej ją i Dilę wyprawie. – Noga Evana jest jednak zbyt poważnie kontuzjowana i potrzeba trochę więcej czasu, żeby doszedł do siebie.

– Lubisz go, prawda?

– A ty nie?

– Wiesz, że nie o zwykłej sympatii mówię. – Dila wydała się nieco zmieszana.

Kaja wzruszyła ramionami. Fakt, Evan podobał jej się i to chyba ze wzajemnością. Czasem oboje zapominali, że są kuzynami. Jednak zirytowało ją, że Dila zauważyła jej uczucia do syna dowódcy straży.

– Nie czas teraz o tym rozmawiać – Kaja zmarszczyła czoło, pokazując swoje niezadowolenie. – Musimy ruszać. Pasmo Marszowych wierchów jest o trzy dni wytężonego marszu stąd, a jeszcze czeka nas wspinaczka.

 

Jechały w milczeniu; obydwu brakowało Evana jako towarzysza podróży; zawsze potrafił zagaić rozmowę i nie dopuszczał tym samym do niezręcznej ciszy, czy do nudy.

Kaja myślała o pytaniu Dili; siostra zasiała w niej niepokój. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że Evan może być jednak dla niej kimś szczególnym, kimś więcej, niż przewodnikiem, towarzyszem, przyjacielem, czy kuzynem. Jak mogła do tego dopuścić? Przecież i tak nie mogliby zostać parą.

Dila obserwowała bacznie siostrę. Po raz pierwszy były sam na sam poza domem. Kaja była zamyślona, jak nigdy przedtem. I wydawała się być zatroskana, ale nie o misję. Może chodziło o ich ostatnią rozmowę? Czyżby jednak ona i Evan…? Cóż, może to martwi Kaję. A może jest zła?

Droga do Pasma Marszowych Wierchów minęła dziewczętom bez przygód, ale w ciężkiej, milczącej atmosferze. Robiło się coraz chłodniej. Kiedy dojechały do Miasta Zaspowców, zaczął prószyć śnieg.

– To dziwne, mamy przecież lato – Dila była zaskoczona pogoda.

– Tu zawsze panuje lokalna zima – powiedziała Kaja i najwyraźniej nie zamierzała ciągnąć rozmowy.

Dila rzadko widywała śnieg. W Przypustyniu zimy bywały dotkliwie zimne, z wiatrami, ale przeważnie bezśnieżne. O śniegu dziewczyna słyszała tylko z opowieści przejezdnych i tych nielicznych mieszkańców wsi, którym zdarzało się odbywać dalsze podróże. Przypatrywała się wiec teraz płatkom opadającym powoli na ziemię, drzewa, wszystko dookoła i na nią samą

Wjechały do Miasta Zaspowców przy zapadającym zmroku. Zatrzymały się w niewielkiej gospodzie. Kaja z góry zostawiła hojna zapłatę, by zajęto się końmi podczas wyprawy sióstr w góry

Nazajutrz dziewczęta kompletowały wyposażenie niezbędne do górskiej wędrówki tak, by mogły spędzić na szlakach kilka nocy.

– Wyśpij się – rzuciła zdawkowo Kaja. – Musimy wstać w środku nocy.

– Dlaczego, skoro i tak…

– Zanim dojdziemy na szlak, będzie południe.

 

Dila obudziła się nagle. Światło księżyca wpadało przez okno i niemal zupełnie cicho. Tylko z łóżka Kaji, spod koca, dobiegało łkanie. Dziewczyna wstała i usiadła na brzegu sąsiedniego łóżka. Położyła rękę na pledzie okrywającym postać jej siostry. Łkanie ustało, a spod pościeli wyjrzała twarz.

– Czego chcesz?

– Usłyszałam, że płaczesz; martwię się o ciebie.

– Niepotrzebnie – burknęła Kaja.

– Daj spokój – żachnęła się Dila. – Nie jestem ślepa, ani głucha. Coś cię dręczy i to nie od dziś, a może jeszcze dawniej, tylko umiałaś do kiedyś ukryć.

Milczały przez chwilę. W końcu Kaja westchnęła.

– Widzisz, – zaczęła już spokojniej – tak naprawdę nikt nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. To wszystko zaczyna mnie już przerastać. Nie mam w nikim oparcia. – oparła czoło o zgięcie łokcia.

– Jak to?! – Dila poczuła się dotknięta. – A ja? A Evan?

– Mówię o dorosłych, bardziej doświadczonych, o rodzicach. Ojciec nie jest sobą od czasu rzucenia czaru. Mama sama potrzebuje pomocy…

– Mi też nie jest łatwo. Dopiero co dowiedziałam się, kim naprawdę jestem. Biorę udział w ratowaniu rodziny, której tak naprawdę nie znam. Próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. Czy nie możemy sobie jakoś wzajemni pomóc jako siostry?

– Wiesz dobrze, że to nie to samo, co mieć oparcie w rodzicach.

– Chyba nie zamierzasz się teraz załamać?

– Nie mam już skąd czerpać sił.

– A wiesz, co mi się zdaje? – Dila zrobiła efektowną przerwę. – Że ty zakochałaś się w Evanie i teraz trapią cię dwie rzeczy: że go z nami nie ma i że niestety i tak nie ma szans na wasz związek.

– Jak śmiesz?!

– Śmiem, bo to prawda. Gdybym nie ośmieliła się powiedzieć ci tego prosto w oczy, to musiałabyś udać się po pozostałe klucze sama, bo ja byłabym zbyt ogromnym tchórzem.

Dila zamilkła i pochyliła głowę. Kaja patrzyła na nią przez chwilę. Odetchnęła i starała się uspokoić.

– Dajmy już temu spokój – machnęła od niechcenia ręką. – Czeka nas ciężki dzień. Kolejne też  lekkie nie będą.

Dila z trudem powstrzymała się od dalszej dyskusji. Wolałaby mieć już tę sprawę zamkniętą, bo nie lubiła takich niejasności.

Nie kładły się już; i tak musiałyby zaraz wstawać. Poczyniły ostatnie przygotowania do drogi bez słowa. Wyruszyły tuż przed świtem. Zaraz potem na horyzoncie zamajaczyły łańcuchy górskie.

Dila zadrżała; po raz pierwszy zwątpiła swoje możliwości, poczuła się maleńka w porównaniu z potęgą i ogromem przyrody.

Siostry maszerowały wytrwale aż do południa, kiedy to znalazły się na początku górskiej ścieżki. Pozwoliły sobie na krótki odpoczynek. Było chłodno. Powietrze było tu ostre, utrudniało oddychanie i otumaniało. To zaczęło spowalniać ich marsz, kiedy ruszyły w dalszą drogę. Starały się jednak utrzymać w miarę rozsądne tempo.

Pod wieczór rozbiły obóz na pokrytej cienką warstwą zlodowaciałego śniegu polance.- za mało go do budowy igloo lub jakiejś osłony – westchnęła Kaja. – Musimy się starannie okryć i trzymać straż.

To była długa noc, spędzona w niewygodnej, siedzącej pozycji. Rano dziewczęta potrzebowały dłuższej chwili, żeby przywołać ręce i nogi do porządku.

 

Pięły się uparcie w górę.

Pod koniec drugiego dnia dotarły do skał, porośniętych bardzo skromną warstwą prymitywnej roślinności wyglądającej spod śniegu.

– Spójrz – Kaja wskazała na górę, która piętrzyła się wyniośle nad nimi, a zakończoną nie szczytem, a płaskowyżem. – Świątynia Przeznaczenia  stoi właśnie tam. Stąd jej nie dojrzymy nawet za dnia. Teraz rozłożymy obóz, prześpimy się trochę, a jutro o tej porze powinnyśmy być już na miejscu.

Tym razem mogły wykopać jamę w śniegu, w której ułożyły się do snu, osłonięte od wiatru i ukryte przed nadciągającym nocnym mrozem.

 

Na samą górę prowadziła wąska, stroma ścieżyna. Wiał lodowaty wiatr, który dodatkowo utrudniał wspinaczkę.

Na płaskowyż dotarły na godzinę przed zapadnięciem szarości, która dosyć szybko przeistaczała się później w kompletny mrok

Siostry były wycieńczone i głodne, ale jednocześnie zdeterminowane i tak ciekawe Świątyni, że dotarły do niej ostatkiem sił.

 

Z początku Dila była trochę zawiedziona; Świątynia Przeznaczenia wyglądała z zewnątrz bardzo niepozornie: jak dwukondygnacyjna, kamienna chata z kilkoma wielkimi oknami wychodzącymi na wszystkie główne strony świata. Jednoskrzydłowe, proste drzwi były zrobione z ciemnego drewna i sprawiały wrażenie bardzo ciężkich, jednak łatwo ustąpiły, gdy Kaja nacisnęła żelazną klamkę.

Kiedy dziewczęta weszły do środka, ich zachwytom nie było końca. Świątynia wydawała się z tej perspektywy większa, niż od zewnątrz. Z góry spływało delikatne światło, tęczowo zmieniające barwy. Ściany i podłoga pokryte były baśniowymi i mitycznymi mozaikami oraz motywami roślinnymi. Okna wypełniały witraże, których od zewnątrz nie było widać. Sufit ginął w półmroku.

Trudno było stwierdzić, skąd dochodziło falujące barwami światło, ale prawie na pewno nie z samej góry.

Po środku Świątyni stał duży, lecz prosty kamienny ołtarz.

Milczenie przerwała Kaja.

– Nie mam już dzisiaj siły. Prześpimy się w kącie, a rano poszukamy klucza lub wskazówek, jak go znaleźć.

– Nie, poczekaj – Dila podeszła do ołtarza i obejrzała go dokładnie z każdej strony.

– Rób, jak chcesz, ja idę się położyć.

Dila nie odpowiedziała. Szukała wytrwale, mimo że ledwo trzymała się na nogach.

– Chodź tu na chwilę.

– Daj mi spokój!

– Masz dłuższe ręce, ja nie sięgnę.

Złość i irytacja Kaji ustąpiły miejsca zainteresowaniu. Obeszła ołtarz dookoła i przyklękła przy Dili, która wpatrywała się w niewielki otwór wydrążony w kamieniu, tuż nad podłogą.

– Zobacz, klucz jest w środku. Świeci delikatnie na niebiesko.

Kaja bez słowa dokonała zamiany. W tym momencie tęczowe światło przestało falować i pociemniało. Dziewczęta niewiele myśląc, rozłożyły posłanie w kącie. Mimo zmęczenia, spały płytko, przebudzając się co jakiś czas. Nie otwierały jednak oczu. Zasnęły na dobre nad ranem, a kiedy się obudziły, ze zdumieniem stwierdziły, że znajdują się w szałasie zrobionym z gałęzi, tuż przy wejściu na górski szlak.

 

Im bliżej Zamku Granicznego były, tym weselsza wydawała się Kaja.

– Siostrzyczko, wybaczysz mi moje humory? – zapytała w końcu.

Dila wzruszyła ramionami. Była gotowa nie wracać do wydarzeń z ostatniej wyprawy, ale jednak osoba Kaji zaczęła ją coraz bardziej zastanawiać i niepokoić.

– Nie wracajmy już do tego – uśmiechnęła się słabo. – Może kiedyś zdecydujesz się ze mną szczerze porozmawiać o tym, co cię trapi i o uczuciach.

 

– Dziesięć dni?! – zaśmiał się Evan. – Nie było was trzy tygodnie. Zaczynałem się już naprawdę martwić, ale lekarz zabronił mi jeszcze wyjeżdżać na dalsze wyprawy i to w góry.

– Jak to?

– To normalne – chłopak spoważniał. – Nikt was nie uprzedził? Czas w Świątyni Przeznaczenia rządzi się odmiennymi prawami. Dla jednych przemija szybciej, dla innych wolniej.

– Dlaczego to ty nas nie uprzedziłeś?

Evan wzruszył ramionami.

– Mam wrażenie, że rozmyślnie was do mnie nie wpuszczono, kiedy byłem w szpitalu. Może miałyście nie znać szczegółów. A teraz opowiadajcie mi o Świątyni!

 

7.

Labirynt Magów leżał za Lasem Niepewnych Nadziei, zwanym także Pradawnym Lasem.

Dila z ulgą przyjęła do wiadomości informację, że Evan już może, a nawet musi ze względów bezpieczeństwa z nimi jechać. Nie było bowiem lepszego leśnego przewodnika, nawet jeśli chodzi o tak wielką knieję, którą będą musieli przebyć. Niebezpieczeństwo tego miejsca polegało na tym, że łatwo tam było zabłądzić. Poza tym nie czaiły się żadne inne niebezpieczeństwa, na przykład w postaci dzikich zwierząt czy zbójców.

 

Przez dwa dni jechali brzegiem Bagnisk Cmentarnych. To tutaj wiele pobliskich plemion grzebało swoich zmarłych.

Żywi bali się zapuszczać na te tereny w innym, niż pochówek bliskich celu, a dokonawszy posługi, szybko się stąd oddalali.

Kaja, Evan i Dila spali bardzo mało; chcieli jak najszybciej opuścić tak bliskie sąsiedztwo Bagien. Wiało od nich chłodem.

– Chyba nie wierzycie w duchy? – drażnił się z dziewczętami Evan.

– W straszenie? Oczywiście, że nie – obruszyła się Kaja. Ale w błąkające się zjawy, i owszem. Wiesz przecież, że to się zdarza.

– Gadanie starszyzny – znów zaśmiał się Evan.

– Nie byłabym taka pewna, że to tylko gadanina – wtrąciła się Dila.

Evan machnął ręką.

– Widzę, że i tak was nie przegadam.

Rozpalili ognisko i usmażyli placki; z dżemem truskawkowym były pyszne i wspaniale syciły głód na wiele godzin.

Tej nocy Dila miała dziwny sen. Śniła jej się piękna kobieta o kasztanowych włosach i zielonych oczach, które dziwnie świeciły. Patrzyła na dziewczynę jakiś czas; w końcu skinęła głową i znikła.

 

Rano była mgła.

–  Musimy przeczekać – stanowczo stwierdził Evan, marszcząc czoło. – To mi wygląda na błędną mgłę.

– Co to takiego? – zaciekawiła się Dila.

– To specjalny rodzaj mgły – wyjaśnił chłopak. – Sprowadza podróżnych na manowce. Czasem bywa to niebezpieczne.

– To co robimy?

– Nic. Najlepiej się nie ruszać, bo później możemy się długo szukać, albo, co gorsza, zabłądzić na Bagnach. To Chalenida mogła zesłać tę mgłę.

– Żeby nas zatrzymać?

– Tylko opóźnić nasz marsz. Mgła nigdy nie utrzymuje się dłużej, niż dwa dni.

– Coś knuje?

– Być może, ale póki trzymamy się razem…

– Tak czy owak musimy bardzo teraz uważać.

Dila pomyślała przez chwilę i coś wpadło jej do głowy.

– Czy Chalenida może później zebrać te wszystkie klucze  i uwolnić smoka?

– Musiałaby znów podłożyć jakieś pasujące w zamian. Klucze od wieży zostaną zniszczone, więc na pewno ich nie użyje w tym celu. Jednak ona jest nieobliczalna i może coś wymyślić, żeby uwolnić swojego sługę, jeśli będzie jej zależało.

– Czyli i tak może nam dalej zagrażać, nawet jeśli misja się powiedzie.

– Chyba, żeby ktoś ją…

– Zabił? – spytała niepewnie Dila i zadrżała.

– Nie wiem ,czy to możliwe. Ale unieszkodliwić chyba ją jakoś można.

Dila zamyśliła się. Wróciła pamięcią do Przypustynia. Zamek i jego otoczenie oraz ludzie, mieli tyle tajemnic, ale i ona miała swoją.

Artur miał dwóch synów. Starszy – Marcus – uczył się w Wielkiej Szkole Rycerskiej między innymi sztuk walki. Kontuzja nie pozwoliła mu zdać ostatniego egzaminu przed wyjazdem Dili. Póki co pełnił funkcję starszego giermka, tylko czasami przyjeżdżając na jakiś czas do domu, by pobyć z rodziną.

Mimo skutków kontuzji, ale i dzięki właściwej rekonwalescencji, walczył świetnie i później zaczął uczyć tej umiejętności młodszego brata, Piotra, a później chłopak uczył Dilę. A Marcus opowiadał im legendy, które podobno miały coś z prawdy.

Jedna z nich poświęcona była czarownicom, szczególnie tym potężnym, pięknym, pochodzącym z tzw. Wysokich Rodów. Kodeks nakazywał im przyjmować wyzwania do walki na miecze, bez użycia z ich strony magii, jeśli miały do czynienia z kimś, kto miał prawo do tak zwanej zemsty otwartej lub obrony swojego honoru.

– Szkoda, ze nie mam miecza  – westchnęła Dila cicho.

Evan miał broń, ale nigdy jej nikomu nie użyczał, a co tu mówić o oddaniu na stałe. Żadne tłumaczenia by nie pomogły, był przecież obrońcą i szkolił się na rycerza. Nawet gdyby zdradziła swoją tajemnicę i zamiary, nie zmieniłby zdania.

Koło wieczora mgła podniosła się, ale nikt z całej trójki nie zamierzał kontynuować marszu w ciemnościach nocy.

– Czy mogę jako pierwsza trzymać straż? – poprosiła Dila, która była pewna, że nie zaśnie przed północą.

– Jeśli tylko chcesz.

– Dziękuję!

Evan i Kaja zasnęli szybko i mocno. Dila dołożyła drew do ognia, żeby lepiej widzieć najbliższe otoczenie. Mimo to Bagna tonęły w nieprzeniknionej czerni.

Nagle, tuż przy grubym, spróchniałym drzewie, coś zamigotało na zielono tuż przy ziemi. Małe światełko mrugało w stronę Dili. Dziewczyna odpaliła od ogniska pochodnie i poszła w tamtym kierunku.

Tuz przy ziemi, w drzewie, była niewielka dziupla. To z niej migotało światełko.

Dila schyliła się i poświeciła pochodnią, żeby lepiej widzieć. W dziupli leżał miecz z zielonym, świecącym kamieniem w rękojeści. Dziewczyna sięgnęła po niego. Był nadzwyczaj lekki, jednak starannie wykonany. Metal sprawiał wrażenie rzadko spotykanego i szlachetnego. Rękojeść bogato zdobiona, leżała doskonale w ręce Dili, jakby broń została wykonana specjalnie dla niej.

– A więc jesteś – zza drugiego drzewa wyszła piękna kobieta, którą Dila widziała w swoim śnie. Nie była jednak miła i ciepła, choć taką się wtedy wydawała. – Jestem Chalenida.

 

8.

Stały naprzeciwko siebie i patrzyły sobie wzajemnie w oczy.

– Więc tak teraz wyglądasz – czarownica uśmiechnęła się lodowato. – Cóż, urodą to ty nie grzeszysz.

– Uroda to nie wszystko, bo przemija i łatwo ją przedwcześnie odebrać.

Chalenida zaśmiała się szyderczo.

– Nie zawsze. Popatrz na mnie. Jestem starsza od twojej babki, uwierzysz?

Dila patrzyła w zimne oczy czarownicy i w pewnej chwili olśniło ją.

Marcus mówił, że każda wiedźma ma słaby punkt, w który trzeba trafić, by ją zabić lub przynajmniej unieszkodliwić. Chalenidzie wystarczało zniszczyć urodę.

Czarownica przestała się śmiać, a przez jej twarz przemknął lotem błyskawicy wyraz zaniepokojenia.

– Wyzywam cię na pojedynek! – krzyknęła Dila.

– Ty?! – wiedźma znów roześmiała się szyderczo, a jej śmiech poniósł się echem, hen daleko, nad pogrążonymi w ciemnościach Bagnami.

– Tak! Wiesz dobrze, że mam takie prawo.

Chalenida zamilkła, widząc ogniki w oczach dziewczyny. Kamień w rękojeści jej miecza jarzył się tak, że dookoła zrobiło się jasno. Pochodnia upadła na ziemię i ledwo się paliła.

– Znasz Kodeks, wiedźmo, lepiej niż ja.

– Tak…

– Dobądź więc broń i walcz ze mną. – jak chcesz. Pożegnałaś się z rodziną?

– Nie ociągaj się!

Chalenida ze straszliwym wrzaskiem dobyła długi miecz, do tej pory ukryty między połami jej szaty.

Rozpoczął się bój, broń szczękała o siebie wzajemnie, sypały się iskry. Chalenida była wyższa i silniejsza od swojej przeciwniczki i zapewne bardziej doświadczona w bojach, jednak Dili nie brakowało sprytu i zwinności. Wiedźma, odrzucając czary, nie mogła przewidzieć kolejnych ruchów dziewczyny, co jednak zrównywało niemal szanse obu stron.

Pojedynek wydawał się trwać w nieskończoność. Dila zaczęła odczuwać zmęczenie, wiedziała jednak, że nie może okazać słabości i musi doprowadzić walkę do końca, inaczej będzie zgubiona, a z nią razem Kaja i Evan.

Musiała trafić czarownicę w twarz, najlepiej w piękne, wysokie czoło lub oko.. Teraz… Już…

Czarownica – najwyraźniej także już odczuwając znużenie – spóźniła się z odpowiedzią na cios i zachwiała się lekko; to jednak wystarczyło. Dila błyskawicznie podskoczyła i ostrym końcem miecza dźgnęła nad lewe oko przeciwniczki. Zobaczyła tryskającą krew, a jednocześnie poczuła przejmujący ból w lewym ramieniu.

Jeszcze przez chwilę widziała zalaną czerwienią twarz czarownicy, a później już tylko ciemność.

 

9.

 

Poczuła ból w ramieniu. Głowa ćmiła ją tępo, w skroniach pulsowało.. Dila uniosła powoli powieki. Ukazał jej się rozmazany obraz, jakieś wnętrze. Leżała jednak w półcieniu i mało co mogła zobaczyć.

Wraz z biegiem czasu, docierało do niej coraz więcej bodźców, na podstawie których mogła rozeznać się w swoim otoczeniu.

Oczy Dili powoli przywykły do skąpego oświetlenia. Znajdowała się w skromnej izbie; leżała na wyłożonym skórami legowisku. Po lewej stronie musiał być piec z otwartym paleniskiem. Dziewczyna nie dała rady obrócić głowy w tę stronę, ale słyszała buzujący ogień i trzask palących się gałązek.

– Chyba się obudziła – od strony, gdzie musiało znajdować się wejście dobiegł Dilę cichy szept. Drzwi były uchylone; do wnętrza wpadło świeże powietrze.

– Dila?

Dziewczyna otworzyła szerzej oczy.

– Nie podnoś się. Jesteś ranna. Leki dopiero zaczynają działać – Kaja mówiła cicho,  żeby nie spowodować u siostry dodatkowego dyskomfortu. – Nie mów nic, zaraz ci wszystko opowiem. – Zwilżyła Dili wargi i usiadła obok łóżka. – Walczyłaś z Chalenidą i unieszkodliwiłaś ją, a sama zostałaś ranna. Nie, nie zabiłaś jej, tylko unieszkodliwiłaś – widząc pytający wzrok siostry, Kaja szybko dodała: – Trafiłaś w jej czułe miejsce. Teraz jest zwykłą śmiertelniczką bez żadnych czarodziejskich mocy i czas zacznie dla niej mijać, jak dla każdego z nas. Została przekazana w ręce Strażników Twierdzy Lochów, żeby odpokutować całe uczynione zło.

Spaliśmy, kiedy się oddaliłaś, ale obudziły nas odgłosy walki. Zerwaliśmy się natychmiast i pobiegliśmy na miejsce, ale było już po wszystkim.

Przestraszyłam się widząc, że strasznie krwawisz,  ale Evan szybko opatrzył ci ranę na tyle, ze można było spokojnie pobiec po pomoc, nie ryzykując już twojego życia. Przygarnęli nas ludzie z pobliskiej wsi o nazwie Kamienne Chatki – Magnus i Helena.

Byłaś nieprzytomna przez pięć dni; lekarz opatrzył cię starannie i kazał przypilnować, żebyś za wcześnie nie wstała po powrocie do przytomności. Śpij teraz, to ci na pewno pomoże. Nie martw się, bez ciebie nie wyruszymy razem.

Dila zasnęła, ale tym snem, który niesie ze sobą ozdrowienie.

Kiedy obudziła się kolejnego dnia, mogła już mówić. Lekarz zmienił znowu opatrunek i zaaplikował na ramieniu maść leczącą i łagodzącą ból.

– Tracimy przeze mnie czas – denerwowała się Dila.- Co ty opowiadasz?! – irytowała się z kolei Kaja. – Dokonałaś niezwykle ważnej rzeczy, wymagającej wiele odwagi i prawie przypłaciłaś to życiem!

W tym samym czasie Evan badał okolicę, a popołudniami i wieczorami opowiadał, co udało mu się zbadać.

Do Labiryntu Magów był tylko dzień drogi, jednak chłopak przewidywał, że będą jechać o pół dnia, ze względu na osłabienie Dili.

Lekarz upierał się, że dziewczyna powinna odpoczywać jeszcze przynajmniej przez dwa tygodnie. Dila robiła jednak wszystko, by skrócić ten czas. Zaczęła wstawać, słaniała się na nogach, ale małymi kroczkami chodziła po domu i w końcu zaczęła wychodzić na zewnątrz.

– Ale z ciebie uparciuch! – denerwowała się Kaja. – nNic cię nie obchodzi, że się o ciebie martwię.

– Nie potrafię siedzieć bezczynnie – upierała się Dila. – Zwłaszcza, kiedy wiem, że mam coś ważnego do zrobienia.

Evan śmiał się z tego siostrzanego przekomarzania. Od kiedy Dila pokonała Chalenidę, zaczął ją szanować bardziej, niż dotychczas. Nie sądził, że jest taka odważna i oddana sprawie, a o tym, że w ogóle umie walczyć, nie wiedział; zresztą nikt się tego nie spodziewał.

– Kto cię nauczył władać bronią? – zapytał dziewczynę któregoś dnia.

– Syn Artura. On też opowiadał mi o czarownicach i ich słabych punktach. Ale sam był chyba przekonany, że to tylko podania ludowe.

– W każdym podaniu jest coś z prawdy.

– Teraz to wiem. – Dila zamilkła na chwilę, jakby coś rozważała. – Evanie, powiedz mi, tylko nie gniewaj się za to pytanie; czy jest coś miedzy tobą a Kają?

– Wiesz przecież, że jestem waszym dalekim kuzynem – uśmiechnął się.

– Wiesz, o co pytam. Podczas ostatniej misji Kaja nie była w najlepszej formie, a kiedy cię znowu zobaczyła, poprawiło się jej, jak ręką odjął.

– Jestem jej młodzieńczą miłością – zachichotał Evan, ale zaraz spoważniał. – Pokrewieństwo nie pozwala nam na związek.

– Czy ona o tym wie?

– Tak.

– A mimo to nadal cię kocha w ten sposób… – zamilkła.

– A może szuka po prostu męskiego wsparcia i opieki. Nie macie starszego brata; sir Thomas zmienił się zupełnie po rzuceniu czaru przez Chalenidę. Może to oto chodzi.

– Czy ty… masz wobec Kaji uczciwe zamiary? Nie zranisz jej?

– Nie zamierzam! Spokojnie. Poza tym wierzę, że wszystko się zmieni, kiedy wypełnimy misję.

– Oby. To prawdopodobne. Ale do tego czasu miej na nią oko. Ja sobie poradzę.

– Wiem, kuzynko. Jesteś twarda i moim zdaniem masz w sobie sporo z rycerza. A teraz wracajmy już. Musisz odpocząć.

 

10.

Brama prowadząca do Labiryntu Magów była zrobiona z pospolitego metalu. Nie zdobiły jej żadne ornamenty; nawet klamka była najprostsza w wykonaniu.

– Trzymamy się razem. Tylko grupa nie ma problemu z obraniem właściwej drogi tam i z powrotem. To tajemnica tego miejsca – wyjaśnił dziewczętom Evan.

– Ojciec powiedział, że klucz znajdziemy w Mniejszej Komnacie Centralnej.

– Cóż, wchodzimy. Dila, dobrze się czujesz?

– Trochę zmęczona, ale ogólnie w porządku; dam radę.

– W razie czego nie zostawaj w tyle, żeby się nie zgubić. Nie dopuść do tego, by stracić nas z oczu choćby na chwileczkę. Powiedz, jeśli siły cię opuszczą, pomogę ci.

Dila skinęła głową. Doskonale rozumiała, że w tym miejscu dopiero we trójkę stanowią jedność, które ma cień szansy na powodzenie.

Klamka z lekkim oporem ustąpiła pod naciskiem ręki Kaji.. Drzwi zaskrzypiały, ustępując i uchylając się tylko na tyle, żeby mogli przecisnąć się do środka. Ich oczom ukazał się wąski korytarz; tylko dwie osoby mogły nim iść obok siebie. Ściany i podłoga były gładkie, wykonane z kamiennych płyt, bez żadnych ozdób. Co jakiś czas, tuż pod sufitem świeciły różnokolorowe lampki, dające wystarczająco dużo światła, by iść bezpiecznie i widzieć rozgałęzienia chodnika.

– Skąd wiesz, jak iść i gdzie skręcić? – Kaja niepewnie popatrzyła na Evana.

– To akurat żadna tajemnica; przy drzwiach po lewej, jeszcze na zewnątrz był wyryty plan. Niebezpieczeństwo i tajemnica Labiryntu polega na tym, o czym już wspomniałem: w pojedynkę nie dość, że nic dobrego tu nie zdziałasz, to jeszcze możesz się zgubić na dobre i błądzić; jesteś wtedy zdana na łaskę lub niełaskę opiekujących się tym miejscem Magów.

– Trzeba się ich bać?

– Hmmm… Ja bym to ujął inaczej; trzeba czuć przed nimi respekt.

– A co ma zrobić nieszczęśnik, który się tu zgubi?

– Mało kto o tym wie. Podobno należy być cierpliwym, konsekwentnym i absolutnie nie można złorzeczyć, czy w jakikolwiek inny sposób okazywać irytację lub złość, czy załamanie. Podobno najdłużej błąkał się tu człowiek z Niskodrzewia, prawie dziesięć dni.

– Chyba dotarliśmy na miejsce – Kaja wskazała przejście po lewej stronie. Dobiegało stamtąd zielonkawe światło.

– Faktycznie, na rozkładzie nasz cel był zaznaczony na zielono.

W sali, do której weszli, nie było żadnych sprzętów. Jednak tutaj – w odróżnieniu od korytarzy, ściany zdobiły różne wzory.

– Jest tam! – Evan wskazał miejsce na lewo od wejścia. Ten fragment ściany zdobiły wizerunki przedmiotów codziennego użytku, a pośród nich był także klucz.

Kaja podmieniła go błyskawicznie, jakby nagle zaczęło się jej bardzo spieszyć.

– Chodźmy stąd! Szybko!

– Kaja! Zaczekaj!

Dziewczyna wybiegła z komnaty nie oglądając się za siebie. Evan złapał Dilę za rękę i ruszyli biegiem za jej starsza siostrą.

-Kaja! Oszalałaś?! Zaczekaj!

Biegli, ile sił w nogach. Nie było to proste. Dili jeszcze dużo brakowało do osiągnięcia formy sprzed walki z Chalenidą, a Kaja okazała się być niezłą biegaczką.

– Wytrzymaj! – powtarzał wciąż Evan, nie oglądając się za siebie, by nie spuścić z oczu Kaji. – Zaraz będzie po wszystkim.

Dila zaciskała lewą pięść; oblewał ją zimny pot i zaczynało się jej robić ciemno przed oczami. Zranione ramię zaczynało boleć.

I w chwili, kiedy myślała, że już nie da rady, że zaraz osunie się na ziemię i zostanie sama w Labiryncie lub skaże na to swoją siostrę, poczuła na twarzy powiew świeżego powietrza. Byli n zewnątrz; udało się.

 

Dila siedziała na trawie, oparta plecami o ścianę Labiryntu. Odpoczywała sącząc wodę przyniesioną przez Evana z pobliskiego źródełka.

– Co cię napadło, Kaju?! – chłopak był wściekły. Po raz pierwszy siostry widziały go w takim stanie. – Co się z tobą stało, dziewczyno?!

– Nie wiem! – Kaja drżała na całym ciele, głos jej się łamał. – Po prostu nagle poczułam, że musze się stamtąd wydostać i to natychmiast, jakby chodziło o życie.

– To niedorzeczne. Wiesz przecież, w jakim stanie jest twoja siostra. Czy nie powtarzałem, co by się stało, gdybyśmy się pogubili? – Evan był czerwony na twarzy.

Kaja nie odpowiedziała. Patrzyła w ziemię, wciąż drżąc.

– Przepraszam. Ja naprawdę nie wiem…

Evan podniósł kamień i rzucił nim z całej siły w mur.

– Następne przeklęte miejsce. Wracamy po konie na Złotą Polanę. Jak tam Dilo? Dasz już radę iść?

– Potrzebuje chyba pomocy. Jestem wykończona, nogi mi jeszcze drżą z wysiłku.

Evan wziął kuzynkę pod ramię i ruszyli w drogę. Kja cały czas milczała i szła z pochyloną glową, pozostając nieco z tyłu, mimo że jej towarzysze szli dość.

 

– Kiedy zdecydujesz się ze mną szczerze porozmawiać? – Dila patrzyła na starszą siostrę badawczo. – Mam wrażenie, ze jest coś… Jakaś tajemnica.

Kaja milczała; jej koń ledwo się ruszał, a ona go nie popędzała; wodze trzymała luźno, jakby jej było wszystko jedno, dokąd lub czy w ogóle jedzie.

– Wiem, ze się boisz – Dila znów próbowała zagaić rozmowę. – Zostało już tylko jedno zadanie, a później…

– Później może się zdarzyć wszystko, ale nie o to chodzi. Jestem przygotowana na każdą opcję; miałam czas, żeby je wszystkie przemyśleć.

– To o co chodzi? – w głosie Dili dała się rozpoznać nuta zniecierpliwienia.

Zapadło niezręczne milczenie.

– Pojadę przodem – Evan spojrzał porozumiewawczo na Dilę i popędził wierzchowca.

– Czy chodzi o Evana?

– Poniekąd, choć nie tylko. Kocham go nie jak kuzyna, nie jak starszego brata. A nie będziemy nigdy razem.

– Wiedziałaś, że jest twoim, to znaczy naszym kuzynem. Ukrywałaś to przede mną do chwili, kiedy opowiedziałaś mi historię Zamku i klątwy. Dlaczego?

Kaja wzruszyła ramionami.

– Na wszystko przychodzi właściwy czas, a o pewnych rzeczach nie mówi się ot tak; to wpajano mi od zawsze.

– I to wszystko? Tylko z powodu Evana zachowujesz się tak dziwnie?

– Nie. Jest coś jeszcze. To Evan przejmie władzę na Zamku po naszym ojcu, Tradycja nakazuje przejmować dowództwo nad całością najbliższemu krewnemu płci męskiej dotychczasowego zwierzchnika.

– Zazdrościsz mu z tego powodu?

– Jestem po prostu zła. To my: ty i ja, tak naprawdę się narażamy dla naszej rodziny i Zamku, a i tak w przyszłości wszystkie splendory przypadną jemu.

– Dziwne; tyle sprzecznych uczuć wobec jednej osoby. A z drugiej strony twoje życie zaczęło się i kończy na Zamku. A przecież świat jest ogromny. Jest tyle miejsc, gdzie można znaleźć coś dla siebie.

– Nic nie rozumiesz! Chodzi o ród, o dziedzictwo, o naszą krew! Nasze miejsce jest na Zamku. To coś więcej, niż nasz dom.

– Na pewno masz sporo racji; ja o tak wielu sprawach nie wiem.

Zamilkły na chwilę.

– Pewnych tradycji nie zmienisz, ale inne można w miarę swoich możliwości modyfikować.

– Co masz na myśli?

-O co jesteś zła? Że Evan będzie kiedyś panem Zamku, że będziemy mu z tego powodu podlegać?

Kaja zacisnęła usta. Dila rozgryzła ją, dotknęła sedna sprawy. Ale jak?

– Nie wiem, o czym mówisz. Moje miejsce jest na Zamku, czy to się komukolwiek podoba, czy nie.

Dila westchnęła. Czyżby straciła w siostrze przyjaciółkę i oparcie? Z kim o tym porozmawiać? Z Evanem raczej nie. Ojciec? Nie, nie teraz, nie kiedy jest w tym stanie. Pozostało jej tylko czekać. Jeszcze jedno zdanie pozostało w całej misji, a później pozostanie mieć już tylko nadzieję, że wszystko się ułoży jak najlepiej dla wszystkich.

 

11.

 

Kiedy Kaja odpoczęła, poczuła się lepiej. Wyciszona i spokojniejsza, często chodziła zamyślona.

Dila odważyła się porozmawiać z Evanem, który potwierdził informacje dotyczące tradycji przejmowania władzy na Zamku. Ona sama nie przejmowała się, że to nie ona z siostrą odziedzicza zwierzchność nad zamkiem, ale Kaja była tym rozgoryczona. Dla niej to Zamek był całym światem. Kochała Evana, ale jednocześnie, im bliżej było zakończenia misji, tym bardziej od niego stroniła, jakby czuła do niego jakąś niechęć.

Ojciec w dalszym ciągu zachowywał się tak, jakby nic nie zauważał; nadal wszelkie inne sprawy były ważniejsze, niż ojcowska rozmowa z córkami i okazanie im rodzicielskiego uczucia. Nawet wtedy, gdy dowiedział się, że Dila unieszkodliwiła Chalenidę, zareagował tak, jakby go to w ogóle nie poruszyło, nie ucieszyło, w przeciwieństwie do innych mieszkańców Zamku, którzy świętowali teraz co wieczór przez cały tydzień. Pozdrawiali Dilę serdecznie i z szacunkiem.

 

Dopiero po trzech tygodniach Thomas wezwał Kaję, Dilę i Evana celem przekazania piątego klucza do wymiany.

– Czeka was ostatnie zadanie. Tym razem udacie się do Grot Zielonego Cienia.

– Są ogromne, nikt nie pamięta, kiedy ktoś po raz ostatni z nich wyszedł – zauważyła
Kaja.

– Tak, ale wy macie misję, którą trzeba zakończyć – w głosie Thomasa nie było słychać smutku, a co najwyżej melancholię.

Patrzył przez chwilę na młodych; ucałował córki w czoła, Evana poklepał po ramieniu.

– Wierzę w was. Ruszajcie!

 

– Jesteś wyjątkowo wesoły, jak na kogoś, kto może już nigdy nie wrócić do domu i nie zobaczyć bliskich – syknęła Kaja, widząc uśmiech Evana.

– Cóż; wierzę, że musi się udać. Jesteśmy następcami Zamku, prawda?

– Jedno z nas.

– Ruszajmy już  Teraz siły są nam potrzebne na dotarcie do celu i wykonanie zadania. Pozostałe sprawy zostawmy na później.

 

Góry Zielonego Cienia znajdowały się w Masywie Wielkiego Początku. Według legendy, to tutaj zaczęła się Pierwsza Era. Były to przedwieczne góry, w które nikt bez uzasadnionej potrzeby się nie zapuszczał.

Za nimi leżał Kraj cieni. Jego mieszkańcy nie zapuszczali się do Naxenii. Podobno wyglądali jak zjawy, choć byli istotami materialnymi. Nigdy nie szukali z nikim zwady i nie mieszali się w żadne spory.

 

W drogę ruszyli tym razem piechotą. Maszerowali wytrwale, pozwalając sobie jedynie na minimum odpoczynku. Im dalej na Północ szli, tym chłodniej się robiło. Słońce coraz częściej zachodziło za chmury. Wkrótce przestali jednak odczuwać chłód; pogrążeni  w myślach, wszystko wykonywali mechanicznie: jedli, szli, rozbijali i zwijali obozy; prawie nie rozmawiali.

Po drodze trafili do Miasta Samotników. Niskie, przysadziste, kamienne domki patrzyły na nich ciemnymi okienkami.

Niewtajemniczonym miejsce to mogło na pierwszy rzut oka wydawać się opuszczone. Nic bardziej mylnego. W każdym domku mieszkał jeden Samotnik.

Samotnicy pochodzili z różnych stron Naxenii. Unikali swoich pobratymców, ale jednocześnie nie chcieli mieszkać z dala od jakiejś społeczności. Przywędrowywali więc tutaj, gdzie mieszkały istoty im podobne.

Z domów wychodzili rzadko, ale nigdy nie pozostawiali bez pomocy sąsiadów, którzy jej potrzebowali. Nie mówili wiele, starając się ubrać sedno w jak najmniejszą liczbę słów.

– Chyba musimy znaleźć nocleg.

– Pójdziemy do przywódcy; z tego, co wiem, mieszka przy Rynku.

– Nic nam nie grozi ze strony miejscowych? Chyba niespecjalnie lubią, kiedy mąci się ich spokój?

– Nigdy żadnego z Samotników nie spotkałem osobiście, ale nigdy nie słyszałam, żeby byli agresywni wobec kogoś, kto grzecznie prosił ich o nocleg. Zresztą nie zabawimy tu dłużej, niż na jedną noc.

Dom przywódcy był tylko troszkę większy od pozostałych. Godność tę piastował dożywotnio wybrany przez wszystkich członek społeczności. Obecnie był nim niski, okrąglutki człowieczek , sądząc po ubiorze, pochodzący z centralnej Naxenii.

– Witamy – Evan, Kaja i Dila pokłonili mu się grzecznie, a on odwzajemnił przywitanie. – Czy możemy przenocować w mieście jedną noc?

Mężczyzna skinął głową i gestem nakazałam iść za sobą. Wskazał im małą chatę przyj jednej z bocznych uliczek.

– Dziękujemy.

Mężczyzna znów skinął głową i odszedł. Dila, Kaja i Evan weszli do środka. Stały tu trzy łóżka, stół, piec, a na ścianie wisiały dwie półki, na których umieszczono trochę kuchennego wyposażenia. Przybyli przygotowali sobie skromną kolację i poszli spać, nie zamieniwszy ze sobą ani słowa.

Rankiem znów byli w drodze, by dotrzeć w Góry Zielonego Cienia późnym popołudniem. Wkrótce zaczął padać śnieg i wraz z biegiem czasu było go coraz więcej. Marsz stawał się z tego powodu trudniejszy. Mimo to nie zrobili sobie dodatkowej przerwy na odpoczynek.

Góry Zielonego cienia pojawiły się przed nimi nagle; szara mgła nagle ustąpiła. Wędrowcy przystanęli i popatrzyli na szczyty.

– Jesteśmy prawie na miejscu – stwierdził Evan. – Tak wiec wygląda jedna z największych niewiadomych Naxenii.

– Chodźmy więc i zakończmy to wszystko. – powiedziała cicho Kaja.

Dila milczała. I ona chciała mieć za sobą tę misję, ale niepokój o to, co będzie później, stawał się coraz silniejszy.

Między górami biegła dolina, zwana Tajemnicą Cienistości. To właśnie tędy należało iść, by dotrzeć do Grot Zielonego Cienia.

Ściemniało się, jednak stoki górskie lśniły zielonym blaskiem. Z tego powodu wędrowcy czuli się bardzo nieswojo. Szli przed siebie ze wzrokiem utkwionym hen daleko, gdzieś przed nimi.

– To tam – wskazał Evan, kiedy zrobili chwilowy przestój. Dziewczęta popatrzyły w tę stronę.

Nieco wyżej, na stoku góry po prawej stornie, w jednym miejscu zielona łuna była nieco bardziej intensywna.

– Zielony był kiedyś jednym z moich ulubionych kolorów – westchnęła Kaja. – Ale teraz, jak na to patrzę, to myślę, że przestanę go darzyć taką sympatią, przynajmniej przez jakiś czas.

– Podobno zieleń to kolor nadziei.

– Czy my mamy na coś nadzieję?

– Nie zaczynaj teraz, proszę.

– Dziewczęta, ruszamy. Nie powinniście pogłębiać ran i nieporozumień, a już na pewno nie w takiej chwili. Może na pewne rozmowy nastąpi lepszy moment, jak już uporamy się z całą misją.

Kaja i Dila zamilkły i posłusznie podążyły za Evanem.

Cel okazał się być bliżej, niż to się wydawało z miejsca ostatniego postoju. Wejście do groty było niewielkie, a ze środka sączyło się jasnozielone światło.

Wędrowcy weszli do środka, a wejście nagle zarosło skałą. Nie było już odwrotu. Korytarz, który teraz ukazał się ich oczom, był wystarczająco szeroki, by mogli iść całą trójką ramię w ramię.

Na chwilę zapomnieli o swoich problemach i obawach oraz strachu. Otaczały ich bajkowe formacje skalne, które sprawiały, że coraz śmielej szli na przód, ciekawi, co ukaże się za kolejnym zakrętem.

W p[pewnym momencie droga rozdwoiła się.

– Spokojnie, obydwa korytarze  prowadzą w to samo miejsce, nigdy jednak nie wiadomo, która z tych dróg jest wygodniejsza, a dłuższa lub krótsza, a bardziej wymagająca, kręta i stroma.

– Po prawej stronie światło jest łagodniejsze. Chodźmy wiec tędy – zaproponowała Dila.

– Wybór i uzasadnienie dobre jak każde inne w tym przypadku – uśmiechnął się Evan i kiwnął głową.

Korytarz to piął się w górę, to opadał ku dołowi, raz łagodnie, a zaraz stromo. Czasem pojawiały się formacje skalne przypominające schody. Nagle ścieżka skończyła się, a przed piechurami otwarła się bezdenna przepaść.

– Co teraz?

– Może zawrócimy i pójdziemy tym drugim korytarzem? – zapytała niepewnie Kaja.

– Nie możemy zawrócić; za nami wyrosła ściana – zauważył Evan.

– Ta grota do jakaś okropna, beznadziejna pułapka – w oczach Kaji pojawiły się niespodziewanie łzy. – Wszystko na marne…

– Nie wolno ci tak mówić! To nieprawda – zbeształ ją Evan.

– A masz wobec tego jakieś sensowne wyjście z tej sytuacji?

– Przejdziemy po ścianie. Zobacz, są na niej wypustki, na których można oprzeć nogi i ręce. Nie jest daleko, więc to jakieś rozwiązanie, prawda?

– Sama nie wiem, czy ja…

– Damy radę. Musimy. Idę pierwszy; Kaja, ty za mną, a Dila ostatnia.

– Wolałabym to ja iść jako trzecia – burknęła Kaja.

– Nie ma mowy – zirytował się lekko Evan. – Żadnych pytań i żadnych ale! Ruszamy.

Evan powoli rozpoczął mozolne przedostawanie się nad przepaścią na drugi jej brzeg, a dziewczęta obserwowały go uważnie, starając się zapamiętać każdy jego ruch i wybór. Było widać, że chłopak znał się na rzeczy. W końcu dotarł na miejsce, odwrócił się i pomachał  do swoich towarzyszek.

– Dalej, Kaja! Ostrożnie, ale do przodu. Nie patrz w dół, tylko na ścianę i na mnie. Nie spiesz się; bądź ostrożna.

Dziewczyna ruszyła, a Evan na bieżąco dawał jej rady i podtrzymywał na duchu, nie pozwalając się jej poddać, choć momentami zdawało się, że dziewczyna jest tego bliska. Wszyscy odetchnęli z ulga, kiedy dotarła na drugi brzeg i stanęła obok Evana.

– Teraz ty, Dila!

Ruszyła ostrożnie. Nigdy nie miała do czynienia ze wspinaczkami. Evan i Kaja czasem bawili się na skałach przy Zamku i dzięki temu tutaj mieli nieco ułatwione zadanie. Dila była wprawdzie silna i zwinna, jednak ten typ przemieszczania się okazał się niezbyt dla niej wygodny. Wiedziała, że na pewno tego nie polubi. W dodatku zranione nie tak dawno temu ramię  zaczynało boleć. Dawało o sobie znać tym mocniej, im głębiej w grocie się znajdowali.

– Dila, wszystko w porządku?

– Tak – jej głos zabrzmiał cicho i niepewnie.

– Zbladłaś.

– Nic mi nie jest.

Kiedy stanęła obok Kaji i Evana, wciąż była blada, zlana potem i najbardziej z całej trójki zmęczona. Evan chyba domyślił się, o co chodzi; patrzył na kuzynkę z troską.

– Dasz radę iść dalej od razu?

– Tak – starała się uśmiechnąć.

– Cel nie powinien być już daleko.

– Skąd wiesz? – Kaja zaczęła się irytować i niecierpliwić.

– Bo idziemy już dość długo – przymknął figlarnie oko. – Chodźmy.

Dziewczęta ruszyły posłusznie za chłopakiem. Wkrótce korytarz zaczął się zwężać do tego stopnia, że musieli iść gęsiego. Światło także zaczęło jakby przygasać.

Nagle Evan zatrzymał się.

– Koniec drogi. Przed nami już tylko skały.

– Może trzeba nacisnąć jakiś ukryty przycisk albo wypowiedzieć czarodziejską formułę – zaczęła zastanawiać się Dila.

– Nie. I najlepiej nie dotykajcie niczego.

– Dlaczego?

– Tak będzie lepiej. Tak naprawdę nie wiadomo dlaczego ściany emitują światło. To może w jakiś sposób oddziaływać na ludzi pod wpływem dotyku.

– Albo i nie. A my musimy coś zrobić, żeby iść dalej i wykonać zadanie.

– Iść dalej… A może jednak niekoniecznie. Spójrzcie, co się dzieje.

Faktycznie, coś zaczęło się wokół nich zmieniać. Zaczęła się kształtować okrągła komnata, na środku której wyrósł stół, na którym z kolei stała szkatułka. Kiedy korytarz przemienił się całkowicie, skrzyneczka sama się otworzyła. W środku leżał klucz.

– Szybko! – zerwała się Dila. – Musimy dokonać zamiany, bo zaraz wszystko znowu może się zmienić.

Kaja stała jak w letargu. Była blada, jej oczy były nieruchomo utkwione w stole.

Dila porwała klucz z kieszeni siostry i wymieniła go na ten ze skrzynki.

W tym momencie zrobiło się ciemno.

 

12.

Dila zerwała się nagle na równe nogi. Coś wyrwało ją ze snu bez marzeń, głębokiego, niczym ocean. Przez chwilę łapała gwałtownie powietrze, jakby faktycznie dopiero co wyłoniła się spod powierzchni wody.

Nie wiedziała, gdzie jest, ani co się stało po tym, jak zamieniła ostatnie klucze. Kiedy to zrobiła, wszystko po prostu znikło; tak się jej wydawało. Zawisła w gęstej ciemności, która otuliła ją, niczym koc. Nie było to niemiłe – ciemność wydawała się być ciepła i przytulna. A teraz Dilę coś z niej wyrwało.

Dziewczyna przetarła oczy, ale jeszcze na chwilę musiała je zmrużyć – tu, gdzie się znajdowała, było bardzo jasno. Zamrugała po raz ostatni powiekami i zobaczyła, że znajduje się w jakiejś komnacie. Przez duże okno wpadały promienie słońca i rześki wietrzyk.

Za drzwiami dał się słyszeć szmer i jakieś szepty.

– Chyba się obudziła.

– Wejdź do niej, mamo.

W drzwiach pojawiła się kobieta. Dila od razu zauważyła podobieństwo pomiędzy przybyłą, a Kają. Czyżby się udało i zły czar prysł?

– Jak się masz, córeczko? – matka podeszła do dziewczyny bezceremonialnie, zupełnie jakby ich długa rozłąka nigdy nie miała miejsca.

– Mamo? Mamo…- usta Dili zaczęły drgać w kącikach, poczuła dziwne, nieznane sobie do tej pory ciepło w sercu. Przytuliła się mocno do matki i przestała powstrzymywać łzy.

– Córeczko, co się dzieje? Jeszcze cię boli?

Dila przez chwilę nie mogła się uspokoić. Matka delikatnie oswobodziła się z jej ramion, podała kubek wody i obmyła jej twarz.

– Co się właściwie stało?

– Nie pamiętasz? Spadłaś z konia.

– Ja? Z konia? – dziewczynka osłupiała – Kiedy? Co z misją, Kają, Evanem? Jak się tu znalazłam? Przecież byliśmy w Grotach Zielonego Cienia.

– Albo ci się coś śniło albo będę musiała posłać po medyka. Gorączki chyba już nie masz… – kobieta z troską przyłożyła dłoń do spoconego czoła dziewczynki

– Ja… Ale…

– Masz, wypij to – matka podała dziewczynie kubek z jakąś cieczą, którą nalała z niewielkiego dzbanka wniesionego właśnie przez służącą.

– Co to?

– Zioła na uspokojenie.

– Jestem spokojna.

– Pij! – matka przytknęła Dili kubek do ust i dziewczyna zrozumiała, że opór nie ma sensu; pociągnęła dwa duże łyki i matka ustąpiła. Napar musiał być naprawdę mocny, bo dziewczynka opadła po chwili na łóżko i znów zasnęła.

 

Obudziła się po południu z lekkim bólem głowy. Przypomniała sobie rozmowę z matką. Co się właściwie stało? Czyżby wypełnienie misji sprowadziło na zamek nie tylko wybawienie, ale i ogólną amnezję? Czy warto o coś wypytywać? Trzeba będzie się na spokojnie zorientować w sytuacji, a w międzyczasie udawać grzeczną dziewczynkę.

Dila wstała i ubrała się. Drzwi na szczęście były otwarte.

W korytarzu wpadła na matkę.

– Lepiej się już czujesz, córeczko?

– Tak, choć jeszcze trochę boli mnie głowa. Świeże powietrze i dobry obiad powinny załatwić sprawę

– Grzeczna dziewczynka. Chodź, dopilnuję, żeby cię porządnie nakarmiono.

 

Nikt na Zamku nie zwracał na Dilę szczególnej uwagi, zupełnie jakby nie narażała nigdy życia celem uratowania rodziny i wszystkich współmieszkańców.

Okazało się, że naprawiono kładkę do Westyxany i akurat w tym czasie ojciec udał się tam z Kają.

– Mamo, a co stało się z Evanem?

– Kaja do niego za bardzo wzdychała; zdecydowaliśmy z jego ojcem, że chłopak obejmie Zamek Na Skarpie i tam go wysłaliśmy.

– A nasz?

– Co masz na myśli?

– Kto obejmie nasz Zamek?

– Ojciec jest zdrowym, silnym mężczyzną. – zaśmiała się matka. – Ale w najgorszym razie, władza przejdzie na was, dopóki któraś z was nie doczeka się męskiego potomka.

 

Minęło kilka dni. Dila przyglądała się życiu na Zamku.

Po kilku dniach wróciła ojciec z Kają, która była bardzo zawiedziona, że nie zastała na miejscu Evana. Thomas przywitał się serdecznie ze swoją młodszą córką. Wyglądał o wiele młodziej, niż zapamiętała go Dila. Był pełen życia, okazywał rodzinie dużo uczucia oraz zainteresowania i tryskał dobrym humorem.

 

Z biegiem czasu robiło się jednak Dili coraz ciężej. Nie miała z kim porozmawiać o swojej tajemnicy i wciąż czuła się na Zamku obco, mimo serdeczności rodziny. Pewnego dnia podjęła decyzję.

– Mamo, chcę wyruszyć w świat.

– A to dlaczego?

– Chcę znaleźć odpowiedzi na kilka pytań i jestem po prostu ciekawa, jak wyglądają inne miejsca – nie mogła przecież powiedzieć matce o prawdziwych powodach swojej decyzji.

– Porozmawiaj z ojcem; jeśli on się zgodzi, masz i moją zgodę.

Z ojcem poszło jej łatwo, ku jej wielkiemu zdumieniu. Thomas zupełnie jakby spodziewał się, że coś takiego kiedyś nastąpi.

– Melduj się tylko co jakiś czas w którymś z zamków – poprosił tylko i udzielił córce błogosławieństwa na drogę.

 

***

Dziesięć lat później Dila przejeżdżał niedaleko Zamku Granicznego. Z tego, co się dowiedziała, Kaja była szczęśliwie zaręczona i przygotowywała się do nauki rządzenia Zamkiem.

Dila patrzyła z daleka na budowlę nad brzegiem przepaści przez którąś przerzucono most już na stałe. Nikt z domu nigdy jej nie szukał; to oznaczało, że uszanowano jej wolę – chciała być kimś w rodzaju błędnego rycerza. Jeździła po kraju, ratowała ludzi z opresji, na przykład z rąk zbójców, obserwowała i słuchała, czego brakuje ludziom i dawała o tym znać do zamków.

Do tej pory nie znalazła jeszcze zadowalających ją odpowiedzi na żadne z niepokojących ją pytań. W Przypustyniu okazało się, że istniała legenda o małej dziewczynce, przyprowadzonej z miasta przez jednego z mieszkańców, ale podobno zdarzyło się to pięć pokoleń wcześniej i już nikt nie pamiętał, co się z ową dziewczynką stało, ani nawet jak miała na imię,

Ktoś doradził Dili, by po odpowiedzi wyruszyła do Wyroczni Pięciu Wzgórz; to daleko, bardzo daleko – niektórym dotarcie tam zajmowało całe życie, jednak dziewczyna wiedziała, że nie ma wyjścia: musi poznać tajemnicę swojej istoty i życia.

 

Otuliła się staranniej płaszczem, popędziła konia i ruszyła ku wschodzącemu słońcu, ku przeznaczeniu.