Mogiła

– Jak to, nie żyje? – kierownik był szczerze zaskoczony i w szoku. –  N a s z  pan Henio?

– Tak – Janek pokiwał głową ze smutkiem. Chłopak terminował w zakładzie, a Henryk, najstarszy pracownik, przyuczał go do zawodu. To właśnie Janek znalazł swojego opiekuna leżącego bez życia na podłodze wynajmowanego mieszkanka…

 

Nikt dokładnie nie pamiętał, jak długo pan Henryk pracował w miejscowym zakładzie pogrzebowym. Kiedyś, przed laty, przyprowadził go tu policjant.

– Panie Antoni!

– O! Pan władza… W czym mogę służyć? – kierownik odłożył czytane właśnie dokumenty i zaprosił gości gestem, by usiedli.

– Mam do pana taką prośbę. To jest pan Henryk. Sprawa jest trochę skomplikowana, gdyż na skutek wypadku stracił pamięć i tak naprawdę nie wie, kim jest. I tak już od kilku lat. Wystąpił niedawno o nadanie tożsamości, bo chce jakoś ułożyć sobie życie. I my mu w tym pomożemy. Pan Henryk ma już wyrobione nowe dokumenty, wynajęte mieszkanko i teraz potrzebuje pracy. Słyszałem, że u pana zwolniło się miejsce.

– Tak, Michał wyprowadził się do stolicy. Ale cóż – Antoni popatrzył na Henryka z pewną dozą wątpliwości. – Nie będę owijał w bawełnę… Czy pan kiedyś pracował fizycznie?

– Nie pamiętam…

– No tak. Przepraszam za nietakt. Na oko ma pan ponad 40 lat… Jak tam z krzepą? Bo widzi pan, mogę panu zaproponować tylko posadę grabarza. Czasem pracy jest sporo…

– Cóż – głos Henryka brzmiał niepewnie. – Na razie nie mam wyjścia. Zrobię, co w mojej mocy.

– Przyjmę pana na okres próbny – westchnął Antoni. Uścisnął dłoń policjantowi, który dał jeszcze dotychczasowemu podopiecznemu kilka wskazówek na początek nowego życia i wyszedł.

 

I tak Henryk rozpoczął pracę grabarza. Wykonywał ją skrupulatnie i wkrótce zaczął być dawany innym pracownikom za przykład.

Można było liczyć na niego w każdej chwili, nawet przy nagłych wezwaniach – w końcu ludzie przenoszą się na tamten świat w o każdej porze doby, bez względu na daty i dni świąteczne.

I tak mijały lata. W zakładzie pogrzebowym zmieniali się pracownicy, w końcu na emeryturę przeszedł też szef, który przyjmował Henryka. A on sam, mimo upływu lat zdawał się nie słabnąć… Zawsze wykonywał swoje obowiązki z godnością i statecznością, nawet jeśli wskazany był pośpiech w nagłej sprawie.

Na przestrzeni lat obecność Henryka  w miasteczku stała się tak oczywista, że nikt już nie pamiętał, jak to było, zanim się tu pojawił.

Także w życiu prywatnym był uczynny  i otwarty, choć z drugiej strony cichy i nie narzucający się. Sąsiedzi wiedzieli jednak, że mogą na niego liczyć. Umiał naprawić kran i drobne usterki elektryczne. Pomagał w łatwych reperacjach aut. Starszej pani Emilii, mieszkającej na tym samym piętrze, zawsze sam proponował zrobienie zakupów.

 

Nic więc dziwnego, że kiedy nadszedł dzień śmierci pana Henryka, było to dla wszystkich, którzy go znali, wydarzenie tak niesamowite i nie z tej ziemi, że po prostu w nie nie uwierzyli. Równie dobrze ktoś mógłby powiedzieć, że pobliska rzeka zaczęła nagle płynąć w drugim kierunku.

Stało się jednak…

Według dowodu osobistego, Henryk był grubo po osiemdziesiątce, choć kiedy aktualny kierownik firmy pogrzebowej zaczął grzebać w jego teczce pracowniczej, nic mu się z tym stwierdzeniem nie zgadzało. Według tego, co sam obserwował i na podstawie informacji od innych najstarszych mieszkańców miasteczka, Stanisław mógł spokojnie mieć grubo ponad setkę…

– No, tak – pan Jurek zamknął teczkę – przecież data urodzenia z dowodu była nadana przez urząd. Pan Henryk wyglądał na jakieś czterdzieści lat, kiedy wydawano mu dokumenty i tak też wpisano. A mógł mieć więcej… To niesamowite…

Próbowano znaleźć jakąś rodzinę i wielu dziwiło to, że dopiero teraz ukazało się kilka ogłoszeń w ogólnopolskich gazetach, jednak niestety, nikt się nie zgłaszał.

 

Henryka pochowano na cmentarzu, na którym pracował, pod pięknym, starym dębem…

 

Pewnego dnia, kiedy już wszyscy oswoili się z myślą, że Henryk  nie żyje, Janek wpadł jak bomba do szefa.

– Szefie! Szefie!!! To niesamowite, ja nie wiem, jak to możliwe…

– Ale co?! – Jerzy podał młodemu szklankę wody i patrzył na niego zdumiony. Janek był do tej pory spokojnym człowiekiem i nigdy nie wpadał do zakładu jak jakiś nieobyty szczeniak, pamiętając o powadze miejsca. Teraz stał zdyszany w drzwiach, spocony i czerwony na twarzy. Kiedy napił się wody, zamachał gwałtowanie rękami.

– Proszę pójść ze mną; muszę to panu pokazać, bo inaczej mi pan nie uwierzy… Błagam pana… bo i ja jeszcze moim oczom nie uwierzyłem. Chcę się upewnić, że nie zwariowałem…

– Dobrze, chłopcze – Jerzy westchnął, zamknął biuro na klucz, rzucił sekretarce: – Pani Zosiu, zaraz wrócę – poszedł za chłopakiem.

– To dokąd idziemy?

– Na grób pana Henryka.

– Byłem tam przedwczoraj, czy coś się stało? – Jerzy zaniepokoił się. – Jacyś wandale?

– Nie, skąd…

Dalej szli w milczeniu, ale im bliżej celu byli, tym większy niepokój odczuwał kierownik.

W końcu stanęli nad miejscem pochówku pana Henryka. Zamiast ziemnej mogiły, czekającej na przepisowy czas, by zostać obmurowaną, stał tu grób z kamienia. Wyglądał na dość stary, tu i ówdzie porośnięty lekko mchem. Przy tablicy stała figura anioła, a obok widniał napis: imię i nazwisko zbyt zatarte, by je odczytać oraz daty urodzenia i śmierci: 1745-1845.

 

– Kiedyś ten teren należał do Kościoła – proboszcz dreptał przed Jerzym i Janem prowadząc ich na tyły plebanii. Wkrótce znaleźli się w niewielkim pokoju, w którym znajdowały się trzy szafy ze starymi księgami, prosty stół, dwa krzesła i lampa. Ksiądz podszedł do półki przy drzwiach i sięgnął po jeden z najstarszych woluminów. Położył go delikatnie na stole i zaczął wertować.

– Tak, kiedyś w miejscu dzisiejszego cmentarza, istniał inny, używany do połowy XIX wieku. Później nasze tereny dotykały niepokoje wojenne; stary cmentarz został zniszczony, a istniejące tu miasteczko zupełnie zrównane z ziemią. Po dwudziestu latach totalnego niebytu, odbudowano je już pod inną nazwą. Na szczęście wiele ksiąg kościelnych dotyczących wcześniejszej Parafii, zachowały się dzięki uprzejmości uniwersytetu i jego pracowników, którzy ratowali, co się dało.

– Bardzo dziękujemy – Jerzy pochylił głowę w zamyśleniu. – Dlaczego jednak nic się o tym nie mówi?

– To faktycznie smutne, że dzisiaj lokalna historia nikogo nie interesuje. Porozmawiam o tym z dyrektorem tutejszego zespołu szkół. Dziękuję za poddany pomysł.

– Drobiazg – Jerzy uśmiechnął się słabo.

– To czego szukamy? – ksiądz popatrzył oczekująco na gości.

– Pochówków z 1845 roku.

– Chwileczkę… 1844… O, są, tu jest początek. Ale chwila, chwila, na tej karcie mam tylko dwa pochówki; dwie kobiety… A kolejna karta jest wyrwana… A na następnej mamy już rok 1846. Czy to panom wystarczy?

Jerzy zmarszczył czoło.

– Cóż, to zawsze jakaś informacja…

– Panowie szukacie jakiegoś konkretnego nazwiska?

– Właściwie to nie, powiedzmy, że człowieka, ale nie kobiety.

– Przykro mi – ksiądz posmutniał. – Poszukam tej brakującej kartki, może wpadła za szafę. To stare tomiska, papier w wielu łatwo się kruszy. Jeśli znajdę, dam wam znać.

 

Mężczyźni pożegnali się z księdzem i wyszli. Przez pewien czas nic nie mówili. Obaj byli zatopieni w myślach.

– Myśli pan, że ludzie zauważą? Jak zareagują?

– Nie wiem… Pozostawmy tę sprawę własnemu biegowi…