Na swoim

– A ten pokój?

– Ekhm, przepraszam – pośrednik zaczął nerwowo przeszukiwać kieszenie. – Obawiam się, że jednak nie dano mi w biurze więcej kluczy.

– Cóż – Rafał spojrzał na Danusię. – Cały dom wygląda w porządku. Chyba możemy zaryzykować kupno, nie widząc tego jedynego pomieszczenia, choć w takim przypadku liczymy na drobny rabat. A jak się wprowadzimy, to zawołamy ślusarza, prawda kochanie?

Na twarzy pośrednika odmalowała się ulga.

– W takim razie zapraszam do firmy, aby podpisać dokumenty.

 

***

 

Danusia opadła zmęczona na fotel.

– Mamy więcej rzeczy, niż myślałam – westchnęła. – Nalej mi lampkę wina… Dzięki… Chyba nasze mieszkanie nie było jednak aż tak małe, skoro zmieściło się w nim tyle tego.

– Nie martw się, damy radę. Mamy całe dwa tygodnie na wstępne uporządkowanie wszystkiego.

Świetnie. Nie cierpię mieszkać na pudełkach.

– Wiem, wiem. Ja też lubię, jak wszystko jest na swoim miejscu.

– To wygodne. Po ciemku wiem, jak trafić do konkretnej rzeczy.- Danka zamyśliła się.  – Chyba powinniśmy z samego rana wezwać ślusarza.

– Nie chcesz sobie zostawić tego pokoju na deser? – Rafał figlarnie przymknął oko.

– Wolałabym wiedzieć, jaki dokładnie metraż mamy do dyspozycji i jak ustawne jest wnętrze.

– Jak zwykle, praktyczna aż do przesady – zaśmiał się Rafał. – W porządku. Jutro załatwimy tę sprawę.

 

***

 

Rano nie było jednak czasu na zrealizowanie wczorajszych planów. Rafał odebrał telefon od matki i musiał wyjść. W międzyczasie Danusię tak pochłonęło urządzanie sypialni po nocy spędzonej na materacu, że przypomniała sobie o pierwotnych planach dopiero późnym popołudniem. W firmie ślusarskiej nikt o tej porze nie dobierał telefonu. Kobieta westchnęła; po piątej próbie dodzwonienia się dała spokój. Może faktycznie najpierw lepiej opanować sytuację we wszystkich dostępnych pomieszczeniach, a później zdać się na niespodziankę?

Rafał wrócił pod wieczór.

– Przepraszam, kochanie. Rodzicom niespodziewanie zepsuł się samochód, a mama miała kilka spraw do załatwienia.

– W porządku – Danusi wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko. – Siadaj, odgrzeję obiad.

– Jesteś aniołem.

– A wiesz, może miałeś rację z tym ślusarzem. Postanowiłam, że jednak zostawimy sobie ten ostatni pokój na zakończenie urządzania się.

– A tymczasem ja kompletnie zapomniałem, że dobry kolega ojca jest złotą rączką; kiedyś pracował między innymi jako ślusarz. Spróbuję się z nim umówić na zlecenie.

 

***

 

Dni mijały jeden za drugim.

Danusia uporała się z większością prac związanych z urządzaniem domu. Rafał pomagał, ile mógł, będąc jednocześnie na każde zawołanie rodziców, których auto wylądowało na warsztacie. Po dwóch tygodniach, które minęły nadzwyczaj szybko, mężczyzna wrócił do pracy i Danusia zaczęła spędzać dnie samotnie, kończąc drobne prace. W końcu nadeszła pora, kiedy kobieta popatrzyła z uznaniem na swoje dzieło.

Tymczasem po południu Rafał oznajmił jej:

– Kochanie, wyjeżdżam jutro w zastępstwie na delegację. Piotr się rozchorował, a tylko ja jestem w temacie, który opracowuje.

– Jak długo cię nie będzie?

–  Trzy dni. Wracam w piątek wieczorem. Aha, zamówiłem tego znajomego ojca do zamka na jutro.

– Nie mogłeś z tym poczekać do swojego powrotu? Wiesz, że nie lubię być sama, kiedy przychodzą tacy specjaliści?

– Oj tam, przecież to znajomy. – Rafał machnął ręką. – Poza tym pan Piotr wyjeżdża za kilka dni do rodziny za granicę i nie wiadomo, kiedy wróci.

– No, dobrze – Danusia wzruszyła ramionami. – Pomóc ci w przygotowaniach?

– Wyjąłem już potrzebne ciuchy, leżą na łóżku. Jutro muszę wcześnie wstać, pociąg mam przed siódmą.

 

***

– Dziwny zamek, wygląda na dość stary. Ile ten dom ma lat? – pan Piotr zmarszczył czoło z wysiłku.

– Podobno trzydzieści.

– Dziwne.

– Może ktoś, kto tu mieszkał, lubił starocie – rzuciła od niechcenia Danusia.

Minęło jeszcze kilka minut, aż w końcu pan Piotr oświadczył:

– Bardzo proszę, drzwi otwarte.

– Dziękuję. Reszty nie trzeba – kobieta podała mężczyźnie banknot i odetchnęła z ulga, kiedy wyszedł. Na szczęście spieszył się do innych zleceń, a Danusia nie miała już ochoty na towarzystwo obcych.

 

***

 

„Może poczekać na Rafała?” – Danusia stała przed drzwiami i wciąż nie mogła zdecydować się na naciśniecie klamki. – „To tylko pokój, no dalej…”

Przełknęła ślinę, wyciągnęła rękę, ale wciąż wahała się z dotknięciem drzwi. Odetchnęła głęboko i nakazując sobie w myśli zdecydowanie, ruszyła do przodu.

Drzwi otwierały się powoli, ukazując za sobą, kawałeczek po kawałeczku, nieznane Danusi wnętrze.

 

***

 

– Danusiu, już jestem! – Rafał postawił walizkę przy drzwiach i rozejrzał się po przedpokoju. Udało mu się wrócić kilka godzin wcześniej, niż pierwotnie zakładał i miał nadzieję, że zrobi żonie miłą niespodziankę.

W domu panowała głucha cisza. Pachniało kurzem, co było dość dziwne; Danusia z pasją walczyła z wciąż osadzającymi się wszędzie drobinkami. Zdawało się, że nikogo nie ma, choć drzwi zewnętrzne były zamknięte tylko na jeden zamek. To było dziwne, oboje zawsze zamykali drzwi na wszystkie zatrzaski, nawet wychodząc tylko do sklepu za rogiem.

– Już jestem! – Rafał zawołał nieco głośniej, ale znów nie doczekał się żadnej reakcji, nawet najmniejszego szmeru.

Na stole w kuchni stały dwie filiżanki po kawie z zaschniętymi plamami po napoju na dnie, jakby stały tu przynajmniej kilkanaście godzin. Znów coś niepodobnego do Danusi. Zawsze zmywała od razu swoje ukochane filiżaneczki.

– Danusiu? – mężczyzna zajrzał do salonu. Pusto. Skierował się więc na górę; jego niepokój rósł z każdą chwilą i stopniem schodów. Chciał zajrzeć do sypialni, jednak jego uwagę przykuły uchylone drzwi do zamkniętego do dnia jego wyjazdu pokoju. Rafał podszedł do niech niepewnie i pchnął lekko, robią krok do przodu.

– Kochanie, jesteś tam?

Drzwi otworzyły się na oścież.

Oczom Rafała ukazał się pokój. Po jego wystroju można się było domyśleć, że należał do dziewczynki. Na niewielkim łóżku po lewej stronie, siedziało kilka różnej wielkości lalek. Po prawej stał regalik – na jednej półce kilka książek i ozdobnych bibelotów: lusterko, obrazek przedstawiający sielski krajobraz i pięć porcelanowych figurek zwierząt. Na kolejnej półce z małych mebelków stworzono pokoik dla miniaturowych laleczek. Na drewnianej podłodze leżał beżowy, puszysty dywan.

Rafał przekroczył próg pokoju, by przyjrzeć się jeszcze stolikowi pod oknem i w tym momencie wszystko zawirowało mu przed oczami, a podłoga usunęła się spod jego nóg.

 

***

 

– Jesteś nareszcie! – głos Danusi brzmiał perliście. Śmiała się wesoło.

– Kochanie! – mąż padł w ramiona żony. – ale gdzie my jesteśmy? – spojrzał je w oczy.

– Gdzieś, gdzie będziemy szczęśliwi. Chodź, idziemy do domu.

 

***

 

– Dwoje dorosłych ludzi, mówi pani?

– Tak, mój syn i jego żona. Znikli przynajmniej dwa dni temu.

– Może wyjechali?

– Zawsze zgłaszają mi najkrótsze nawet wyjazdy. Pilnuję wtedy ich domu. Teraz nie mam z nimi kontaktu już od kilku dni, prawie od tygodnia. Nie zabrali żadnych rzeczy, nie włączyli alarmu, dom zamknęli tylko na jeden zamek. To do nich absolutnie niepodobne!

– Dobrze, kolega spisze pani zgłoszenie.

 

***

 

– Mówi pani, że gdzie mieszkali?

– Na Kwiatowej 14 L, niedawno kupili tam dom.

– Niemożliwe.

– No co pan! Jestem pewna!

– Nie ma takiego adresu.

– Ależ jest! Byłam tam już kilkakrotnie. Ostatnio tego dnia, kiedy zgłosiłam zaginięcie.

– Dobrze, przejedziemy się tam i pokaże mi pani to miejsce.

 

***

 

Matka Rafała po raz pierwszy jechała oznakowanym radiowozem i czuła się trochę nieswojo, mimo że nie jechała nim jako osoba zatrzymana. Nerwowo popatrywała przez okno lub na prowadzącego samochód funkcjonariusza.

Ulica Kwiatowa znajdowała się w starszej dzielnicy willowej. Maria zaczęła odwiedzać tę okolicę dopiero, kiedy Rafał i Danusia kupili ten dom. Byli z niego tacy dumni.

– Dojeżdżamy – głos funkcjonariusza wyrwał kobietę z nerwowego zamyślenia. Radiowóz zatrzymał się przy posesji ogrodzonej zardzewiałą, półtorametrową siatką.

– To tu?

– To chyba pani powinna to wiedzieć, skoro była tu pani kilka razy w ostatnim czasie.

– Jakieś żarty się pana trzymają. Absolutnie to nie to miejsce!

– Proszę popatrzeć na adresy sąsiednich domów; jeśli istniałby numer 14 L, to musiałby być tutaj.

– Ale wtedy stałaby tu willa kupiona przez syna i synową, a posesja byłaby otoczona skromnym, ale gustownym ogrodzeniem z kamienia i drewna. Sama to widziałam!

– Wie pani, co ja sądzę? Syn i synowa wyjechali na wakacje, a pani zapomniała, że o tym poinformowali.

– A dom? A adres?

– Może kupili faktycznie willę pod takim adresem, ale w sąsiednim mieście…

 

***

 

Maria szła powoli ulicą. Nie wiedziała, co o tym wszystkim robić i co myśleć. Policja jej nie wierzyła – powiedzieli jej, że przymkną oko na to bezzasadne wezwanie. Na prywatnego detektywa nie było jej stać.

Kiedy weszła do domu, poczuła zapach gotującego się obiadu.

Z kuchni wyjrzała Danusia.

– O, mama! Długo mamy nie było. Zaczynałam się martwić. Zaraz siadamy do stołu.

– Ale… Danusiu… Co to wszystko…

Młoda kobieta machnęła ręką.

– Niech mama da spokój, lubię gotować. Proszę umyć ręce i siadać. Blado mama wygląda, pewno zmęczona jest. A, nareszcie znaleźliśmy działkę budowlaną, na ulicy Kwiatowej, ale z niewidomych nikomu przyczyn, poprzedni właściciel zrównał go z ziemią, mimo że budynek był w wyśmienitym stanie. Mamy jego zdjęcie, leży na stole. Piękny prawda? Zbudujemy chyba podobny.

Kiedy Danusia, cały czas mówiąc, podawała obiad i poganiała Rafała, by w końcu usiadł, Maria spojrzała na wskazane zdjęcie i zrobiło się jej słabo. Usiadła więc i napiła się wody. Na zdjęciu widniał dom, który doskonale znała.

– Kochani – udało się jej w końcu zacząć mówić bez drżenia głosu. – Mam dla was inną propozycję. Przepiszę na was mój dom i to najszybciej, jak się da. Remont wyjdzie tanio, bo ojciec o wszystko dbał.

– A ty?

– Nie kupujcie tej działki; zamiast tego kupimy dla mnie garsonierę na sąsiednim osiedlu.

– Co o tym sądzisz, Rafał?

– Nie chciałbym, żeby mama była na tym wszystkim pokrzywdzona.

– Jestem sama, mam już swoje lata i zaczyna mi brakować sił, żeby dbać o cały dom. Jest dla mnie za duży. Nie chciałam go sprzedawać w obce ręce, bo mam do niego sentyment.

– Zgoda! Ale w takim razie nie wyobrażam sobie, żeby mama nie wpadała do nas codziennie na obiad!

Marii spadł kamień z serca. Śmiała się serdecznie do młodych. Dawno nie była tak szczęśliwa i nie czuła tak ogromnej ulgi.