Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo skąd

Teraz, kiedy wspominam moje dzieciństwo, posiadając już pewną wiedzę i świadomość, zastanawiam się, jak to możliwe, że mieliśmy elektryczność i nie było to niezgodne z naszymi przekonaniami. Dlaczego wydaje mi się, że to takie zamierzchłe czasy, choć minęło zaledwie dwanaście lat od opuszczenia przez nas miasta?

 

Najwięcej do powiedzenia mieli najstarsi.

Mieszkaliśmy – podobnie jak kilkuset pozostałych mieszkańców miasteczka – w domu wielopokoleniowym.

Właściwie jedynym elementem łączącym nasze miasteczko ze światem były telewizory.

Ja i moje siostry, jak inne dzieci i młodzież – nie oglądałyśmy telewizji. Nieograniczony dostęp do niej mieli tylko dziadkowie, którzy decydowali, kiedy przed telewizorem mogą zasiąść rodzice. Później, po wspólnym seansie, rozmawiali do późna; babcia i dziadek tłumaczyli coś rodzicom z ogromnym zaangażowaniem.

W naszym miasteczku dzieci uczyły się w domu czytania, pisania, liczenia i rysunku oraz różnych prac: począwszy od robótek krawieckich, po wykonywanie różnych przedmiotów z drewna, a czasem także gry na jakimś instrumencie.  Wieku trzynastu lat zaczynały zazwyczaj naukę zawodu.

Miasteczko było pod każdym niemal względem samowystarczalne. W szpitalu przyjmowali specjaliści, wykształceni także w naszym małym uniwersytecie. Jeśli ktoś umierał, wszyscy byli pewni, że tak miało być, że zostało już dla niego zrobione wszystko, co możliwe i po prostu nie było już dla niego szans. Godzili się z tym ze smutkiem, ale bez sprzeciwu.

Czymś naturalnym było dla mnie to, że praktycznie nikt nigdy nie wyjeżdżał, a już tym bardziej, nie widywało się u nas przejezdnych. My, dzieciaki, myślałyśmy, że miasto i jego najbliższe otoczenie to cały świat, czy też, że cały świat wygląda i żyje dokładnie tak samo jak my. Nie byliśmy więc ciekawi innych stron.

Nie mieliśmy samochodów; jeździło się konno, wozami, rowerami lub – rzadziej – prostymi skuterami na prąd.

Uczyliśmy się trochę o przyrodzie, głównie o opadach, następstwach pór roku, uprawach i o tyle, o ile o okolicznej faunie i florze.

Pewne tematy były jednak zakazane aż do uzyskania pełnoletności. Już na sam dźwięk słowa „małżeństwo”, nastolatki rumieniły się, choć nie do końca wiedziały dlaczego tak się dzieje.

W pewnych sprawach wszystkie dzieci uczono skromności.

Nawet dorośli liczyli się bardzo ze zdaniem starszego pokolenia.

My, dzieciaki, nie znaliśmy innego życia i zasad, dlatego nikt się nie buntował przeciwko temu, co znał i czemu był podporządkowany na co dzień z własnego doświadczenia od zawsze.

Pewnego dnia nastąpiła jednak drastyczna zmiana w życiu nas wszystkich. Nie wiadomo skąd i jak pojawiła się w mieście zaraza. Ludzie ciężko chorowali. Kiedy zaczęli masowo umierać, ktoś zdecydował się wezwać pomoc z zewnątrz.

Na szczęście nikt z mojej najbliższej rodziny nie zachorował, ale baliśmy się bardzo; nie byliśmy już pod żadnym względem pewni jutra.

Pewnego dnia przyjechali obcy ludzie – wojsko, lekarze i pielęgniarki. Oddzielili chorych od zdrowych. Ci ostatni zostali poddani starannej obserwacji i odseparowani od pozostałych.

Spisano nasze dane, ubrano w zupełnie nowe rzeczy i zakazano brać czegokolwiek z domu, nawet dokumentów. Obiecano nam wyrobić nowe, kiedy już wywiozą nas z miasta.

Dziadkowie byli twardymi ludźmi, jednak całe to zamieszanie przerosło ich zupełnie.
pewnie też i wiek zrobił swoje. Starali się ukrywać łzy, ale ja je widziałam; było mi ich bardzo żal. Rodzice byli po prostu smutni. Moje starsze siostry bały się nieznanego, bo tak naprawdę nikt z nas nie znał tego świata, do którego mieliśmy jechać. Słyszałam, jak mama mówi, że co innego widzieć wszystko na małym szklanym ekranie, a co innego doświadczać czegoś na własnej skórze.

A ja? Byłam kłębkiem tych wszystkich uczuć i reakcji. Bałam się, ale jednocześnie byłam ciekawa nowości. Miałam wtedy tylko dwanaście lat.

My, dzieciaki i nastolatki nie wiedzieliśmy podstawowych rzeczy, na przykład skąd się biorą dzieci, co to jest wojna, polityka, kryzys, jak to jest, że można budować domy wyższe, niż kilkukondygnacyjne.

Babcia pokazała mi kiedyś autobus na obrazku; był czerwony, ładny i czysty. Te, do których kazano nam wsiadać, różniły się od niego. Wyjaśniono nam, że należą do wojska i są dostosowane do jazdy po różnych nawierzchniach, a przecież bezpośrednio za miastem nie było żadnych dróg asfaltowych jeszcze przez wiele kilometrów.

Siedziałam z Agnieszką, jedną z moich sióstr, a reszta rodziny za nami.

Z początku trudno mi było znieść warkot autobusu choć, kiedy ruszył, moja uwagę od tej uciążliwości odwróciła szybkość jazdy. Musiałam przez chwilę wyglądać na przerażoną, bo jedna z naszych opiekunek zaczęła mnie uspokajać:

– Kochanie, nie bój się. Mamy świetnego kierowcę, a jedziemy na razie tylko sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Jesteście bezpieczni.

Nie zrozumiałam, co miała na myśli z tymi kilometrami na godzinę. Chciałam o to spytać, ale kobieta podała mi jakąś tabletkę i kazała wziąć pod język. Skrzywiłam się, ale pastylka okazała się mieć miły miętowy smak. Mama chciała zaprotestować, ale kobieta powiedziała, że to na uspokojenie i że mi nie zaszkodzi. Faktycznie, już po chwili poczułam się rozluźniona i po prostu zaczęłam obserwować to, co się wokół mnie działo.

Za oknem migały pola i lasy, czyli krajobraz, który znałam, ale z biegiem czasu zaczął się on zmieniać. Pojawiły się niewielkie domki, które tworzyły wsie.

Musiałam zasnąć, znużona jazdą, wrażeniami i nerwami. Nie wiem, jak długo spałam. Kiedy się ocknęłam, jechaliśmy dosyć powoli. Obok nas oraz za i przed nami jechało dużo mniejszych i większych pojazdów. Nad nami górowały ogromne budowle, a przynajmniej takie mi się wydawały, bo nie przywykłą do budynków wyższych niż czteropiętrowe. W tych tutaj było mnóstwo okien; czasem wydawało się, że niektóre są zbudowane głównie ze szkła.

Wszędzie światła, ludzie, pojazdy, ruch i hałas – cieszyłam się, że siedzę w autobusie; na zewnątrz wydawało mi się tak nieprzyjaźnie.

W pewnym momencie skręciliśmy w boczną uliczkę i zatrzymaliśmy się przed jakimś budynkiem.

– Proszę spokojnie wysiadać i wchodzić tą dużą bramą. Tam poczekamy na doktora Toma.

Byliśmy trochę zdezorientowani. Tylko nasz autobus tutaj dojechał i nie zanosiło się, żebyśmy mieli czekać na kolejne. Baliśmy się jednak pytać o innych mieszkańców naszego miasta.

W środku zaczęto nas badać, pobrano nam krew, podano jakiś specyfik do wypicia i umieszczono wszystkich w pokojach, w których mieliśmy czekać na wyniki i przejść kwarantannę.

A po kilku dniach zaczęto nas przesłuchiwać; oni nazywali to rozmowami rozpoznawczymi. Pytali o nasze dotychczasowe życie, o zasady panujące w mieście i rodzinach, o naukę, opiekę zdrowotną, dosłownie o każdy możliwy aspekt. W końcu aż mi się zakręciło w głowie od tego wszystkiego.

Kiedy przesłuchano całą grupę, znów nastąpiło kilka spokojnych dni.

Po raz pierwszy mogłam obejrzeć telewizję. Rodzice i dziadkowie chyba nawet o tym nie wiedzieli, bo wtedy na pewno by protestowali.

Nie wytrzymałam jednak długo przez szklanym ekranem. Byłam w szoku. Powiedzieli mi, że to serial dla nastolatek, gonili niemal nadzy i całowali się ze sobą.

Wyszłam ze świetlicy. Byłam zawiedziona. Jeśli tak miała wyglądać jedna z najpopularniejszych rozrywek, to nie obiecywałam sobie zbyt wiele po innych.

Później przyszła do mnie jakaś pani i znów zaczęła zadawać pytania, na przykład o to, co wiem o relacjach damsko – męskich, zwłaszcza jeśli chodzi o pierwsze zakochanie. Tym razem to ona była zszokowana, kiedy powiedziałam jej, że u nas w mieście byłoby czymś nie do pomyślenia całować się z mężczyzną poza małżeństwem i to w dodatku przed osiemnastym rokiem życia.

A później zrobiono nam, najmłodszym, testy; mnie oceniono na poziom drugiej klasy szkoły podstawowej; według panujących tu norm byłam opóźniona o jakieś cztery lata.

Jeszcze gorzej wypadły moje siostry. Były starsze ode mnie o dwa i trzy i półmroku, a ich stan wiedzy był mniej więcej na moim poziomie, tyle że obie uczyły się już zawodu. Jednak tutaj wymagano znacznie więcej wiedzy ogólnej od nastolatek w ich wieku.

Po kilku kolejnych dniach przyszli mnie zabrać. Kazano mi się pożegnać ze wszystkimi, bo miała być umieszczona w rodzinie zastępczej. Agnieszkę i Martynę też zabierali. Wszyscy byliśmy w szoku. Ani rodzice i dziadkowie, ani my, nie rozumiałyśmy, dlaczego to wszystko się dzieje.

Słyszałam nieraz urywki rozmów naszych opiekunów; mówili coś o zacofaniu, sekcie, życiu z dala od cywilizacji i że to nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. Zawsze podsumowywali wszystko stwierdzeniem, że trzeba nas – młodych  – ratować, a wszystkich przystosować, cokolwiek to znaczyło. Czułam ,ze są nastawieni wrogo do naszego dotychczasowego stylu życia. Nie rozumiałam tego. Nikomu nie wadziliśmy, nie znaliśmy wojen, sporów prawnych,  czy przestępczości. Żyliśmy prosto, ale z zachowaniem wszelkich norm etycznych. Tymczasem tutejsi ludzie też mówią coś o etyce, ale mam wrażenie, że pod tym terminem rozumieją coś zupełnie innego, niż my.

Każda z nas umieścili w innej rodzinie, podobno dla naszego dobra. Mogłyśmy raz na jakiś czas porozmawiać ze sobą przez telefon, ale nie spotykałyśmy się. Mieszkałyśmy w różnych częściach miasta, które było ogromnie i ruchliwe i póki co żadna z nas nie wyobrażała sobie dalszych samodzielnych wycieczek po jego ulicach.

Rodzina, do której trafiłam, składała się z rodziców po czterdziestce i ich dziesięcioletnich córek, bliźniaczek. Dziewczynki miały czas zorganizowany od rana do wieczora i tylko kilka godzin wolnych od wszelkich zajęć  w weekendy. Jednak bynajmniej nie chodziło o nadmiar zajęć domowych. Nauka pływania, gry na instrumentach, języków obcych, czy kursy komputerowe. Kilka z tych rzeczy było dla mnie zupełnie niezrozumiałych, ale matka bliźniaczek powiedziała, że z czasem wszystko mi wytłumaczy.

Przez kilka pierwszych miesięcy miałam zapewniony tak zwany indywidualny tok nauczania, żeby nadrobić zaległości. Bliźniaczki czasem ze mnie kpiły, że nie wiem tylu oczywistych rzeczy, o których one dowiedziały się poza szkołą, na przykład z filmów. Z kolei na nich nie robiło żadnego wrażenia, że umiem wyszywać, a nawet skroić i uczyć sukienkę lub inną część garderoby.

– Po co się tak męczyć, jeśli można wybierać i przebierać w sklepach- obruszały się dziewczynki, kiedy chwaliłam się moimi umiejętnościami.

Matka starała się mnie pocieszać, ale miałam wrażenie, że robi to na odczepnego i nie przejmuje się za bardzo całą sytuacją.

Moje siostry dość szybko przestały do mnie dzwonić, a kiedy to ja chciałam się z nimi skontaktować, prawie nigdy nie było ich w domu. Martyna wygadał się w końcu, że podoba się jej to nowe życie. Najmniej gustowała w nauce, ale stwierdziła, że „od biedy wszystko da się znieść” przy tylu innych plusach.. Ku mojemu zgorszeniu, nie kryła się zupełnie z tym, że obie z Agnieszką całowały się już z chłopakami i zaczęły kosztować alkoholu. Chodziły do tak zwanych klubów i w weekendy mogły wracać późno wieczorem. Raz słuchałam muzyki, puszczanej w tych dziwnych miejscach. Agnieszka stwierdziła, że w klubach puszczają ją na cały regulator. Tym bardziej dziwiło mnie to, że można tam wytrzymać dłużej, niż minutę.

Rodzicom był trochę łatwiej, bo oglądali wcześniej telewizję, wiec znali już niektóre zwyczaje tej cywilizacji. Trudno im się było pogodzić z pewnymi rzeczami, doświadczanymi na własnej skórze, ale na część nich byli już przygotowani. Po prostu znaleźli się w bajce, która niespecjalnie im się podobała.

 

Moim siostrom wiele rzeczy przyszło łatwiej, niż mnie. Szybko wyzbyły się przywiązania do wszelkich wpajanych nam do tej pory zasad. Zupełnie nie wiem, dlaczego tak się stało. Ja byłam zupełnie zagubiona.

Miałam wrażenie, ze ktoś kontroluje moje rozmowy z rodzicami, a im chyba powiedziano, co mogą mi mówić i jak. Byli tak samo powściągliwi, jak kiedyś, jeśli chodzi o okazywanie uczuć, ale jednak rozmawiali ze mną zupełni inaczej, niż kiedyś.

Dziadkowie bali się rozmawiać przez telefon, wiec pisałam do nich co jakiś czas. Odpowiedzieli tylko na dwa listy. Rodzice nie chcieli mi powiedzieć, co się z nimi stało.

 

Przez cały czas, który upłynął do osiągnięcia przeze mnie pełnoletności, zmagałam się nie tylko z nauką, ale i z rozdarciem pomiędzy moim poprzednim i obecnym życiem. Wciąż nie ośmielałam się korzystać z ogromu wolności, jaki mi tu według mnie przysługiwał.

Począwszy od kolejnego roku szkolnego, poszłam do normalnej szkoły. Tłum dzieciaków w różnym wieku, rozmowy, śmiechy, paczki przyjaciół, czarne charaktery, o których przewinieniach nie śmiałam nawet snuć domysłów – trochę mnie to przerażało. Starałam się trzymać na uboczu, o ile to było możliwe. Wiele dziewcząt w moim wieku ubierało się według mnie zbyt odważnie, wręcz wyzywająco. Chłopcy podrywali je na całego. Co do mnie, szybko zorientowali się, że nie mają czego szukać. Na randki nie chodziłam, z obrzydzeniem i pogarda przyjmowałam zaczepki, nie dawałam odpisywać zadań… Według większości byłam nieszkodliwym dziwakiem. Nawet prymuski i kujonki dawały im się czasem wyciągnąć do kina albo podrzuciły ściągi na testach. Dali mi w końcu spokój.

Kiedy trzy lata później, już w liceum, dwie dziewczyny zaszły w ciążę, byłam w szoku, choć koleżanka powiedziała mi, że to i wcześniej się zdarzało, tyle że w pierwszej klasie lepiej to ukryli. Nie mieściło mi się to w głowie.

To nie był mój świat; chciałam się od niego odgrodzić, wręcz uciec. Uczyłam się bez opamiętania; po pierwsze, żeby mieć spokój, a po drugie, żeby czas mi szybciej leciał. Tak dotrwałam do moich osiemnastych urodzin i zdałam maturę.

Powiedziano mi wtedy, że dziadkowie umarli niedługo po drugim napisanym do mnie liście. Chciałam odszukać moje siostry i rodziców – tylko oni mi wtedy zostali. Nikt już nie mógł mi tego zabronić, ale tez nikt nie chciał mi w tym pomóc.

 

Pewnego dnia spakowałam trochę rzeczy do podręcznej torby i bez słowa pożegnania wyszłam z domu. Nikt mnie nie zauważył. Chciałam odnaleźć dom, w którym się wychowałam; żywiłam nadzieję, że reszta mojej rodziny zrobiła to samo i dlatego nikt nie chciał mi powiedzieć, gdzie mam jej szukać.

Szybko okazało się, że nikt nie słyszał o moim mieście, nikt nie słyszał nawet jego nazwy i nie potrafił wskazać choć w przybliżeniu miejsca jego położenia.

Ruszyłam więc na chybił-trafił; kiedyś znajdę to miejsce… Na pewno…