Piastun smoków

Drogmir stał przed jaskinią, na szerokiej półce skalnej, z której zawsze obserwował okolicę. Zachodzące słońce rzucało na okolicę czerwono-pomarańczowe światło. Zaraz zapadnie zmierzch.

Gdyby nie znajomość przepowiedni, Drogmir napawałby się krajobrazem i błogą ciszą. Wiedział jednak, że to spokój zapowiadający ogromne zmiany lub burzę.

Mężczyzna westchnął, narzucił na ramiona swój brązowy płaszcz, a głowę ukrył w głębokim kapturze. Przecisnął się z powrotem do jaskini przez maleńkie przejście. Nareszcie zakończył zawalanie wejścia głazami i na dniach miał zaślepić także pozostawioną szparę. Zapalił pochodnię i ruszył do swojej komnaty. Zajrzał jeszcze do Pradawnej. Smoczyca wypełniała sobą sporawe wgłębienie; spała spokojnie, zwinięta w kłębek; usłyszała przez sen jego ciche kroki i zastrzygła uszami. Uchyliła lewe oko i upewniwszy się, że to Dragomir, ułożyła się wygodniej i kontynuowała drzemkę.

Mężczyzna zajrzał jeszcze do komory ze smoczymi oseskami. Trzy jednogłowe, po tyle samo dwu-, trzy- i siedmiogłowych – leżały w niewielkich zagłębieniach skalnych zasłanych trawą, małymi gałązkami i liśćmi. Ostatnie pokolenie, które przyszło na świat  w Starym Świecie. Już niedługo odejdą stąd, bu tworzyć coś nowego, od początku…

Przejście już się otwierało, jaśniejąc jasno niebieskim światłem,  zaraz za rogiem, w zagłębieniu.

 

***

– I nie pokazuj się tu więcej! – drzwi domu zamknęły się z hukiem.

Oszołomiona Elfrida usiadła na bruku. Brutalnie wypchnięta przez ojczyma, upadła na twarz. Z lewego kącika ust kapała jej krew. Nos bolał, ale był cały. Na czole wyczuła pod palcami szramę, która teraz solidnie piekła. Dziewczyna wstała z trudem i musiała oprzeć się o ścianę domu, bo zakręciło się jej w głowie.  Przykucnęła i schowała twarz w dłoniach. Chciało się jej płakać. Odkąd matka przyjęła Tomasza pod dach, wszystko drastycznie się zmieniło. Dom przestał być miejscem przyjaznym baśniom. Elfrida zdawała sobie sprawę, że wszystko się zmienia, że lada chwila nastąpi Era Człowieka, ale chciała, podobnie jak jej ojciec, walczyć w imieniu Dawnych Czasów. Nie umiała sobie wyobrazić świata bez faunów, driad, smoków, czarów i przygód. Tymczasem także Miasto w Dolinie zaczęli zalewać ludzie, którzy uważali, że należy iść z duchem czasu. Odkąd przybyli Zbłąkani ze Świata Równoległego i zaczęli opowiadać o jakiejś dziwnej, niezrozumiałej dla wielu tubylców technice i o tutejszym zacofaniu, coraz więcej potomków Starych Rodów zaczęło głośno mówić o potrzebie zmian. Dariusz, ojciec Elfridy walczył przeciwko temu ruchowi. Jeździł od miasta do miasta, tłumaczył, wzywał do kontynuacji własnej historii. W końcu padł ofiarą spisku… Matka wydawała się go zawsze popierać, ale kiedy spotkała Tomasza, zmieniła postawę niemal z dnia na dzień.

Elfrida nie wiedziała, co matka widzi w krępym, czarnowłosym mężczyźnie z czerwoną twarzą i niezgrabnej postury. Miał gadane, to fakt; przodował w nawoływaniu do zmian, do walki z przeszłością… Dziewczyna była zła, ale matka nie pozwalała na jakiekolwiek słowo sprzeciwu wobec „nowego ojca”, jak mówiła o Tomaszu. A ten za jej plecami kilkakrotnie udowadniał, że należy się go bać. W końcu zagroził, że wyrzuci Elfridę z domu, jak tylko skończy ona piętnaście lat. Dziś dotrzymał słowa. Matka była za bardzo pochłonięta opieką nad niedawno urodzonymi bliźniakami, by cokolwiek zauważyć, ale tak czy owak pewnie nie sprzeciwiłaby się mężowi.

Dziewczyna starała się uspokoić oddech; połknęła łzy, przetarła rękawem oczy, poprawiła skórzaną kurtkę – jedyne okrycie jakie jej teraz zostało – i ruszyła przed siebie.

 

***

Będziesz miał danego towarzysza podróży-

Tak mówiła przepowiednia. Drogmir czekał cierpliwie; wyglądał codziennie w przerwach między obowiązkami. W swoim życiu nauczył się kilku rzeczy: rzetelności, cierpliwości i akceptacji nieuniknionego. Oczekiwał zdarzeń, nie planując zbyt dużo za daleko do przodu.  A w swych planach pozostawiał spory margines na to, co może nadejść niespodziewanego. Nauka zabrała mu sporo czasu. A teraz oto przyszło mu iść na wygnanie, czy tez do zupełnie nowej ojczyzny, wraz ze swoim powołaniem – piastowaniem nowo narodzonych smoków.

Teraz, w tym świecie, nastawała zupełnie nowa era, w której dla wielu dotychczasowych mieszkańców nie było już miejsca.

Olbrzymy już odeszły; po prostu pewnego dnia już ich nie było. Jak to się stało, dokąd poszły i jak to się stało, że nikt tego nie zauważył, nie wiadomo. Drogmir wiedział, że ci nowi ludzie, którzy wprowadzali własne zasady, nie byli szczególnie zainteresowani tym, co stanie się z ich poprzednikami. Dla nich liczyło się, żeby cała magia znikła, nieodwołalnie i na zawsze.

Przepowiednia, która o tym mówiła, powstała chyba jeszcze dawniej, niż Świat. Mało kto próbował z nią polemizować, czy jej przeciwdziałać. Może to był i błąd, ale teraz nikt się nad tym nie zastanawiał.

Zaraz odejdą wszelkie duchy drzew i rzek, starodawni górnicy z kopalń srebra, złota i kamieni szlachetnych, duchy z nawiedzonych zamków i wszelkich innych miejsc. Ludzie zostaną sami…

***

– Jest tu kto? – głos Elfridy drżał i brzmiał bardzo słabo. Dziewczyna trzymała w ręku małą pochodnię, której światło rzucało niewiele światła.

„Czyżbym się spóźniła?” – pomyślała i zadrżała. Przeszła taki szmat drogi; brnęła w deszczach, śniegach  i walcząc z wichrami wiejącymi jej w twarz i utrudniającymi marsz.

Pierwszej nocy po opuszczeniu rodzinnego miasta, dziewczyna miała dziwny sen. Śniła się jej mała, sucha i przeraźliwie brzydka staruszka. Na początku Elfrida przestraszyła się jej. Ale kobiecina przywołała ją gestem i przez chwilę przyglądała się jej bacznie.

„Idź na daleką północ” – zaskrzeczała w końcu. – „U wejścia do Gór Nieznanych, znajdziesz Piastuna Smoków; pójdziesz z nim. Pomożesz przenieść smoki w bezpieczne miejsce”.

Tu sen się urwał.

Cóż Elfrida miała do stracenia? Było jej wszystko jedno. Chciała tylko jednego: uciec jak najdalej z miejsca, które kiedyś kochała, a które teraz kojarzyło się jej ze zdradą i bólem oraz odchodzącą w przeszłość epoką. Nie chciała żyć w świecie i czasie rządzonych przez takich ludzi, jak Tomasz.

Napisała jeszcze tylko kilka słów do matki i w następnym miasteczku nadała pocztą. Nie wiedziała, czy matka kiedykolwiek jej list dostanie, ale nie miała innego sposobu, by przynajmniej spróbować się z nią pożegnać.

A później już tylko szła, ile sił w nogach. Kładła się gdziekolwiek na kilka godzin, jadła też cokolwiek, piła wodę ze strumieni i podążała na północ, wciąż dalej i dalej. Było coraz zimniej, wiał coraz bardziej porywisty wiatr. Tu i ówdzie widziała przemykające duchy, bożki i inne postaci, znane jej z opowieści. Uciekały dokądś, ale widać było, że wiedzą, dokąd zmierzają. Niektóre pozdrawiały ją skinieniem głowy lub ręki, a dziewczyna odpowiadała tym samym.

W końcu na horyzoncie zamajaczyła jej góra zwana Smoczą Głową, bo faktycznie przypominała łeb ogromnej smoczycy. Legenda głosiła, że to tu zagnieździła się w dawnych czasach Prasmoczyca i że to stąd pochodziły wszystkie smoki znane z wszelkich opowieści.

Kiedy Elfrida dotarła na miejsce, wydało się jej, że miejsce to jest zupełnie opuszczone. Przed wejściem, zasypanym niemal w całości kamieniami, znalazła przygotowaną pochodnię i małe krzesiwo. Drżącymi z zimna i przejęcia rekami zapaliła ją i przecisnęła się przez małą szczelinę między kamieniami.

– Jest tu kto?

Tu i ówdzie, do ścian przymocowane były małe lampki, dające dziwne, zielonkawe światło. Elfrida musiała chwilę poczekać, aż oczy przywykły jej do tak skąpego oświetlenia, ale już po chwili zaczęła odróżniać coraz więcej szczegółów.

Znajdowała się w dość sporej sali. Na środku był ślad po palenisku. Tu i ówdzie widać było, że pod ścianami stały różne sprzęty, ale teraz już nic po nich nie pozostało.

Z odrętwienia wybudził Elfridę jakiś dziwny, głucho brzmiący głos:

– Spóźniłaś się…

Po drugiej stronie sali stał krępy mężczyzna w ciemnym stroju.

– Przepraszam – wymamrotała Elwira nieco onieśmielona. Od razu domyśliła się, że ma do czynienia z Piastunem. Nikt inny tu nie przebywał… O Piastunie krążyło kilka opowieści, choć ci co je powtarzali, chyba nigdy tu nie byli…

– Chodź – rzucił po prostu, obrócił się na pięcie i przeszedł do kolejnego pomieszczenia. Elfrida szybko ruszyła jego śladem.

– Spokojnie, Pradawna – usłyszała, jak mężczyzna zwraca się do kogoś z szacunkiem. – To nasza pomocnica. – Ukłoń się jej i traktuj z najwyższym respektem – nakazał Elfridzie wskazując głową odległy kąt. Dziewczyna usłuchała. Złożyła niezdarny ukłon i dopiero wtedy odważyła się spojrzeć w stronę, w którą patrzył Drogmir. W kącie leżała, zwinięta w kłębek Smoczyca. Była spora, ale nie była tak ogromna, jak się Elfrida spodziewała. Jedne legendy podawały, że była ogromna, inne, że niepozorna… Pradawna była średnich rozmiarów smokiem; jej łuska była szmaragdowo zielona, te na grzbiecie – złote. Oczy – okrągłe, czarne, czasem się przymrużały. Z nozdrzy szedł czasem dym.

– A teraz chodź, pomożesz przenosić jaja; drzwi do nowego świata są już otwarte na oścież. Młode smoki są już na miejscu pod dobrą opieką naszego drugiego nowego pomocnika.

Od tego momentu rozpoczęła się delikatna robota. Drogmir i Elfrida nosili po jednym jaju, przechodzili przez dziurę w ścianie w odległym kącie i układali we wskazanych przez Piastuna miejscach w podobnej do starej, jaskini. Tam jasnowłosy chłopak, mniej więcej w wieku Elfridy, otulał je świeżą słomą i trawą.

Na końcu Drogmir przeprowadził Prasmoczycę i w końcu, wraz z Elfridą wrócił jeszcze, by zasypać do końca wejście; rzucił jeszcze zaklęcie, które spowodowało, że kamienie połączyły się mocno ze sobą tak, aby nikt w kolejnych kilku wiekach nie mógł wejść do jaskini.

***

Elfrida i Erwin – bo tak nazywał się drugi pomocnik Drogmira – pilnie uczyli się fachu piastunów. Z rzadka wychodzili z grot, by przyjrzeć się nowemu światu, który dopiero co zaczął się tworzyć.

W niedalekim sąsiedztwie znajdował się Klasztor Magów, którego najstarsi i najbardziej szanowani mieszkańcy przychodzili czasem w gościnę do Drogmira. Ten nie przywykł do tak częstego widywania gości, ale uznał, że nowy świat rządzi się po prostu odmiennymi zasadami, niż ten stary.

Pewnego dnia Drogmir zdecydował, że kiedyś, kiedy nie będzie miał już sił, by pełnić dotychczasowe obowiązku, uda się na naukę do Klasztoru Magów. Wiedział, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że jego życie też ulegnie dużej zmianie. Tak stało się z każdym z jego poprzedników, którzy opiekowali się Prasmoczycą i jej potomstwem.