Piąte piętro

Duże, stosunkowo nowe budynki, które powstawały, począwszy od późnych lat 40-tych XX wieku nie kojarzą się zazwyczaj z niezwykłymi historiami. Te ponad 100-letnie, często mające w dodatku bogatą historię, obfitującą w tajemnice rodzinne, o wiele częściej stają się miejscem niezwykłych zdarzeń rodem z innego – duchowego – wymiaru.

Bynajmniej budynek, w którym pracowałam zeszłego roku nie należał do tej drugiej grupy. Czteropiętrowy, z długimi jasnymi korytarzami i szeregami drzwi po obu stronach każdego z nich, urządzony w prosty, ale i praktyczny sposób, był typowym biurowcem, jakie budowano po wojnie. Z główną klatką schodową sąsiadowały dwie windy, z których wiosną jedną już wymieniono na nową. Latem druga nadal pozostawała wyłączona z użytkowania, czekając na modernizację.
Był sierpień. 80% ludzi na urlopie; ja należałam do tych „szczęśliwców”, którzy musieli zadowolić się sezonem ogórkowym w pracy. Dzień był słoneczny i niezwykle upalny jak na sierpień – przypominał raczej lipiec. Na szczęście w środku panował miły chłód. Minęła raptem połowa dnia.

Jako że zrobiłam już wszystko, co miałam w planach, a nie spodziewałam się kolejnych obowiązków, postanowiłam przejść się po cichych korytarzach. Schodziłam już z powrotem na pierwsze piętro, kiedy przy windach spostrzegłam 10-, może 11-letniego chłopca. Jego widok nieco mnie zdziwił. Nie codziennie dzieci szwendają się same po korytarzach naszej szacownej instytucji. Po chwili chłopiec spostrzegł, że mu się przyglądam.
– Cześć – powiedział, ale zrobił to w taki sposób, że nie umiałam się pogniewać za tę poufałość – Nie ma dziś dużo do roboty… – zagaił rozmowę ni to stwierdzeniem, ni pytaniem.
– Raczej nie – przyznałam.
– To może przejedziesz się ze mną pobuszować po piątym piętrze?
– Co ty mówisz? Przecież ten budynek ma tylko cztery piętra…
– Może od zewnątrz. Od wewnątrz ma na pewno pięć. Zresztą sama możesz się przekonać. Nie, nie tą windą – zatrzymał mnie, kiedy chciałam przywołać tę nową, odremontowaną. – Ta faktycznie kończy kurs na czwartym.
Dzieciak ku mojemu zaskoczeniu najwyraźniej zamierzał skorzystać z windy wyłączonej z użytku. Już miałam mu na to zwrócić uwagę, kiedy z zaskoczeniem spostrzegłam, że w z pozoru pustym szybie pojawia się dźwig.
Kiedy otworzyłam drzwi, moim oczom ukazała się winda z serii tych najstarszych, które dwadzieścia lat wcześniej spotykało się już w bardzo nielicznych leciwych kamienicach. Jeździły zwykle niemiłosiernie wolno, trzeszcząc, jakby z wysiłku, zamykane dodatkowo drucianą siatką.
Chłopiec widząc moją zaskoczoną minę zachichotał.
– No chodź wreszcie – pociągnął mnie za rękę. Poczułam, że jego dłoń jest okropnie zimna, wręcz zdumiewająco jak na tę porę roku i panująca temperaturę.
W windzie, na tablicy rozdzielczej widniały tylko dwa guziki – z cyfrą 1 i 5. Zaniepokoił mnie brak alarmu i informacji z telefonami do pogotowia dźwigowego. Uczucie to nasiliło się, kiedy winda ruszyła powolutku, ale okropnie skrzypiąc.
– Nie bój się; wbrew pozorom ta jest o wiele bezpieczniejsza od tej nowoczesnej.
– Uhm… – mruknęłam bez przekonania.
Jechaliśmy i jechaliśmy. Miałam dziwne wrażenie, jakby czas przestał płynąć… I wtedy nagle winda się zatrzymała, tyle że niewiele z niej już zostało – zaledwie kilka desek w podłodze, między którymi czaiła się czeluść głębokiego tunelu.
Rozejrzałam się. Byliśmy na zakurzonym i zagraconym poddaszu. Ze stropu zwisały ogromne pajęczyny. Wszędzie pełno było pak i pudeł różnej wielkości – niektóre drewniane, inne z grubej tektury. Największe najmowały pół przejścia, najmniejsze z łatwością mieściły się w dłoni. Kiedy moje oczy w zupełności przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia, spostrzegłam, że sufit opada po skosie na obie strony – zabawne, byłam przekonana, że budynek ma płaski dach. Co kilka metrów widać było niewielkie okna w dachu – strasznie brudne, jakby od wieków nie myte – przepuszczały więc niewiele światła.
Odwróciłam się do chłopca, ale ten uprzedził mój kolejny ruch i przycisnął palec wskazujący do ust nakazując ciszę. Zdawał się nasłuchiwać. Ostrożnie rozglądał się dookoła, jakby spodziewając się dojrzeć tu coś niezwykłego.
Widząc moją coraz bardziej zdziwioną i zaniepokojoną minę, zaczął mówić ledwo słyszalnym szeptem, urywkami zdań.
– Zawsze przychodzą… Dziś może się boją… Nikt oprócz mnie ostatnio tu się nie zjawiał… Do mnie po prostu już przywykli…
– Kto?
– Wojtek i jego młodsza siostra…
– O kim mówisz?
– To dzieci… To znaczy duchy dzieci. Spójrz…
Popatrzyłam we wskazanym kierunku. W półmroku, tuż przy ogromnej drewnianej pace stało dziecko: 8-, może 9–letni chłopiec, ubrany w stylu, jaki panował na początku XX wieku. Przyglądał się nam z zainteresowaniem.
– Jak na ducha grzecznego dziecka jest dosyć śmiały, ale zupełnie niegroźny.– usłyszałam szept mojego towarzysza.
– Jego siostrę widziałem może 3 razy – zawsze stoi dalej; ona z kolei jest bardzo bojaźliwa.
Nie odrywałam oczu od Wojtka. W końcu odwrócił się powoli i zniknął między rupieciami.
Zrobiłam krok w tamtą stronę, jednak chłopiec mnie powstrzymał. Staliśmy tak przez chwilę, jakby oczekując na coś szczególnego. Po chwili w ciemnym kącie za paką coś mignęło. Znów ujrzeliśmy Wojtka, a nieco za nim, blada dziewczęcą twarzyczkę. Dziewczynka wyglądała na jakieś 6 lat, jasne włosy spływały jej na ramiona. Wydawała się czymś zatroskana i zmęczona.
Mój towarzysz patrzył na drugiego chłopca jak w transie.
– Słyszysz go? – zapytał w końcu. Pokręciłam wolno głową.
– Mówi, że nie zostaną tu już długo. Jego siostra ma na imię Alina… Podobno mają się spotkać ze swoją mamą i już na zawsze z nią zostać…
Po chwili chłopiec jakby przebudził się z krótkiego, ale głębokiego snu. Spojrzał na mnie półprzytomnie.
– Czas już na nas…
Niechętnie podeszliśmy do kilku desek, które pozostały z windy.
– Wiesz, kiedy się boję tam zjeżdżać, proszę Wojtka, żeby mnie na tych kilka pierwszych sekund jazdy wziął za rękę.
– Teraz też się boisz?
– Nie. W końcu przyjechałem dziś z tobą. I wiem, że jestem tu po raz ostatni… Nie chcę, żeby mnie zapamiętali jako mięczaka…
Delikatnie weszliśmy na trzeszczące deski…
Nie pamiętam jazdy w dół. Nagle jakbym się ocknęła ze snu. Wpatrywałam się w drzwi starego szybu.
Remont starej windy rozpoczął się na drugi dzień. Kiedy go ukończono, okazało się, że jej trasa kończy się na czwartym piętrze. Tylko nieliczni usłyszeli historię o przeraźliwym znalezisku na dnie starego szybu – o szkielecie 11-letniego chłopca. Podobno określono, że zginął w przybliżeniu 70 lat wcześniej, kiedy stała tu jeszcze poprzednia kamienica, zniszczona podczas wojny. Znajomy pasjonat historii lokalnej dotarł do dokumentów poświadczających, że nie była to wtedy spokojna dzielnica. Odnotowano tu zaginięcie chłopca w latach 30-tych XX wieku i nieszczęśliwą śmierć dwojga dzieci jeszcze trzydzieści lat wcześniej – pozostawione na chwilę same przez matkę, zostały uprowadzone przesz ojca.
20 lat po zaginięciu znaleziono na strychu dwa małe szkielety. Strych był wtedy piątą kondygnacją budynku.