Stworzeni dla siebie

W ogólnej opinii

 

– Jesteście dla siebie stworzeni; piękna z was para – ekscytowała się babcia. Jola zarumieniła się, jednak nie ze wstydu, a ze złości. Wzięła głębszy oddech i policzyła do dziesięciu.

– Babciu, Rafał to tylko mój kolega. W dodatku lubił mi kiedyś dokuczać.

– Bo mu się podobałaś; wyrostki nie potrafią zwykle okazać zainteresowania dziewczynie w romantyczny sposób – zachichotała starsza pani. – Znacie się już tyle czasu…

– Chodzimy razem do klasy, to wszystko – dziewczyna, mimo starań, traciła jednak cierpliwość. Zdawała sobie sprawę, że Rafał podoba się zarówno jej rówieśnicom, jak i jej rodzinie. Trudno mu było odmówić, że był przystojny. Wysoki, niebieskooki blondyn, dobrze zbudowany, zadbany, z filuternym błyskiem w oku, szarmancki… Marzenie wielu dziewczyn. Jola wiedziała o tym. Widziała też jednak, że mimo, że dziewczęta wodzą za nim oczami, od żadną się nie interesuje w sposób inny niż na koleżeńskiej stopie. Od gimnazjum kręcił się tylko wokół niej. Na początku przezwał ją „mysi ogonek”, bo na bal przebierańców przyszła przebrana za uczennicę z przeszłości, z włosami zaplecionymi w dwa cieniutkie warkoczyki. Bardzo ją to denerwowało. Po miesiącu odzywał się do niej pojednawczo, dawał ściągać na matematyce, choć ona była zbyt dumna, żeby z tego korzystać. Później jednak często bywali razem w grupie, jeśli nauczyciel zadawał im jakieś zadania grupowe. Trzeba przyznać, że Rafał bardzo dobrze wywiązywał się z wyznaczonych mu zadań. Kiedy poszli razem do tego samego liceum, Jolkę zaczęła trochę drażnić jego obecność; coraz wyraźniej widziała, że podoba się Rafałowi. Czy ona coś do niego czuła? Czasem się nad tym zastanawiała. Przyznała się przed sobą sama, że podoba się jej jako chłopak.

W końcu zaczęła słyszeć coraz częściej, że są z Rafałem ładną parą. Kategorycznie temu zaprzeczała, ale i tak wiedziała, że rówieśnicy uważają ich za parę. A teraz jeszcze babcia. Wystarczyło, że Rafał odniósł jej książkę do historii, a babcia wyobraża sobie Bóg wie co.

– Nie denerwuj się na mnie – uśmiechnęła się babcia. – Ale ten twój Rafał… Jak wy to mówicie…? Aha, to niezłe ciacho.

– Oj, babciu… Jak chcesz to poproszę Rafała, żeby poszedł z tobą do kina albo na lody – zażartowała dla rozluźnienia sytuacji i mrugnęła prawym okiem.

– Tak, babcia z wnuczkiem w kinie – zaśmiała się kobieta. – Ciekawe na czym. Filmów, które mi się podobają, już dawno nie grają. – Machnęła ręką, wzięła ze stołu kolorowe czasopismo, wyszła do ogródka i usiadła na leżaku w cieniu dębu.

 

– No i co? Zdecydowałaś się, co chcesz robić po maturze? – Rafał patrzył na nią wyczekująco. Jola przypuszczała, że chłopak zdecyduje się albo na ten same kierunek albo na pokrewny, żeby móc się z nią widywać na uczelni.

– Nie – stwierdziła stanowczo, choć miała już pewne plany. Chciała jechać do stolicy, choć i w jej mieście było kilka ciekawych uczelni. Pragnęła jednak zmian. Tutaj zaczynała się dusić. Została już zaszufladkowana jako przyszła pani pedagog, dziewczyna, a może nawet przyszła żona Rafała. To ją bardzo denerwowało. Tylko dlatego, że on się do niej przykleił jak rzep psiego ogona. Nie chciała robić awantur, bo powiedziałby, że przecież nic złego nie robi. Fakt, nie wystawał pod jej domem, kiedy odmawiała wspólnego pójścia do kina, nie namawiał jej na to usilnie, nie wydzwaniał, a kiedy już dzwonił, to zawsze pod pretekstem spraw szkolnych. Wciąż jednak był obok. A społeczność szkolna był podatna na plotki. Łatwo się tu szufladkowało ludzi i nie było siły, żeby się temu przeciwstawić – inni i tak wiedzieli swoje. Nawet nauczyciele patrzyli na nią i Rafała jak na chodzących ze sobą młodych ludzi; jakby nikt tutaj nie wierzył w przyjaźń damsko-męską. Ba, tylko czy to była przyjaźń? Nie zwierzali się sobie ze zmartwień i najbardziej prywatnych myśli. I Jolka nie zamierzała bynajmniej zaczynać tego robić. Rafał czasami robił wrażenie, jakby chciał porozmawiać na jakieś poważne tematy, inne niż nauka. Czasem nawet jak rozmawiali o literaturze, etyce, czy filozofii, próbował przemycić coś między wierszami, coś bardziej osobistego, ale Jola specjalnie nie zwracała na to uwagi, choć doskonale rozumiała pewne aluzje i półsłówka. Teraz zdała sobie sprawę, że wie o nim całkiem sporo. A on o niej? Tylko tyle, gdzie mieszka, że ma starszą siostrę i dużo młodszego brata, że mieszkają z nimi dziadkowie i ze ma psa oraz dwa koty. Nigdy nie zdradziła się przed nim nawet tym, jakiej muzyki słucha. Jeśli wiedział o niej coś więcej, to może któraś koleżanka coś chlapnęła. Anka i Sandra były w porządku, zawsze mogła na nie liczyć, ale i one były przekonane, że Jolka i Rafał są dla siebie stworzeni. Podziwiały to, w jaki sposób chłopak ją adorował. Raz nawet Sandra powiedziała jej z lekka nutką zazdrości w głosie: „ ty to masz szczęście; trafił ci się książę z bajki. Jest taki delikatny, a zarazem męski”.

 

– Rafał z tobą nie jedzie? – zdziwiła się matka.

– Nie. A dlaczego miałby jechać? – żachnęła się Jola.

– Może byłoby bezpieczniej.

– Mamo, daj spokój. Do Warszawy jedzie się dwie godziny, może nawet ciut mniej. Jeździłam już sama pociągiem i to na dalszych trasach. Dwa lata temu byłam przecież u cioci Basi, pamiętasz?

– To trochę co innego – westchnęła mama. – A co chce studiować Rafał?

– Coś na politechnice. Wspominał tez ewentualnie o informatyce na uniwerku.

– A ty nie mogłabyś też tutaj coś wybrać?

– Oj, mamo! Nie zrozum mnie źle. Chcę się usamodzielnić. Po to pracowałam w ostatnie wakacje, żeby sobie podczas pierwszego roku studiów móc opłacić akademik lub choć częściowo jakąś stancję. Chcę być samodzielna, jak Jagoda.

– Tak, wszystkie kobiety w tej rodzinie są bardzo samodzielne – ojciec wyszczerzył zęby w uśmiechu, patrząc znacząco na żonę, córki i teściową. – Emilko, daj spokój. Dwie godziny pociągiem to nic strasznego. Jola była już w Warszawie; świetnie umie się poruszać po mieście, zwłaszcza mając plan. To bardzo przydatne, jeśli będzie chciała zrobić prawo jazdy.

– Wiem – mama uśmiechnęła się słabo. – Nie mam nic przeciwko, żeby nasze dzieci same decydowały, co chcą robić w życiu i jak to osiągną, jeśli tylko wybiorą rozsądne rozwiązanie.

– Ale?

– Ale co z Rafałem?

– A co ma być? – Jola zmarszczyła czoło.

– Nie szkoda ci się z nim rozstawać?

– Mamo! – Jola zmusiła się do śmiechu. – Znajomych można mieć wszędzie. Na studiach na pewno poznam nowych ludzi. A Rafał ma mój numer, maila, jesteśmy znajomymi w portalach społecznościowych, zawsze może do mnie zagadać. A i ja zamierzam przyjeżdżać przynajmniej raz na miesiąc do domu, a chciałabym i częściej, jeśli czas i ilość nauki pozwolą. Może wtedy mnie odwiedzić.

– I co? Wystarczy ci to?

– Co masz na myśli?!

– Przecież jesteście parą.

Twarz Joli przybrała twardy wyraz.

– Oświadczam wszystkim tu obecnym, że nigdy nie uważałam się za dziewczynę Rafała, ani jego za mojego chłopaka. Wiem, że i w szkole tak o nas myślano i szanowna rodzinka też, choć nie było ku temu podstaw. Czy ja kiedykolwiek zachowywałam się jak zakochana nastolatka?

– Prawdę mówiąc, nie – przyznała mama. – A szkoda. Naprawdę wydajecie się być…

– .. .dla siebie stworzeni. – dokończyła Jola. – A to ciekawe, czemu? Wszyscy tak mówią, a nikt nigdy nie uzasadnił tego twierdzenia.

– Ładnie razem wyglądacie. Nigdy się nie kłóciliście…

– No, jeśli to mają być główne powody, dla których miałabym z konkretnym chłopakiem chodzić, to muszę powiedzieć, że dla mnie są niewystarczające. Rafał jest ładnym chłopcem, może nawet podoba mi się jako mężczyzna, ale nie jako mój partner życiowy.

– Dajcie już spokój – odezwała się babcia. Sprzątnijcie ze stołu, zaraz przyniosę deser. Upiekłam sernik.

– Mniam, mniam – jedenastoletni Tomek rzucił się do zbierania pustych talerzy ze stołu. Uwielbiał ciasta babci. Zresztą podobnie, jak cała rodzina.

 

Kiedy peron zniknął z oczu Joli, usiadła na swoim miejscu i odetchnęła. Miała łzy w oczach. Decyzja o wyjeździe była dla niej bardzo ważna, ale tęskniła już za domem i rodziną. I za Rafałem chyba też. Dopiero przed tygodniem powiedziała mu, że jedzie studiować do stolicy. Specjalnie wybrała kierunek związany z ekonomią – wiedziała, że co jak co, ale czegoś takiego lub pokrewnego Rafał nigdy nie będzie chciał studiować, więc nawet jeśli przyjdzie mu do głowy głupi pomysł przeniesienia się na politechnikę w stolicy, to nie będą się uczyć na tej samej uczelni. Poza tym w Warszawie nie było kierunku, który  Rafał wybrał na uczelni w mieście rodzinnym, a on bardzo się na niego nakręcił.

Teraz dopiero Jola zdała sobie sprawę z tego, że coś do Rafała czuje. Nie czuła jednak motylków w brzuchu, jak kilka jej koleżanek, które zdążyły się zakochać jeszcze w liceum. Nie miała ochoty, by o Rafale świergotać, nosić w portfelu jego zdjęcie i ciągle z nim rozmawiać. Jednak czuła coś…

– Przywiązanie – wymamrotała. – To tylko przywiązanie. – wtuliła głowę w wiatrówkę wiszącą na haczyku przy oknie. Musiała umiejętnie osuszyć oczy. Było jej wstyd, że płacze w miejscu publicznym. Na szczęście kobieta siedząca naprzeciwko czytała książkę, a obok nikt nie siedział.

 

Trzy lata minęły bardzo szybko. Jola co miesiąc odwiedzała dom, przyjeżdżała na święta i przynajmniej cześć wakacji. Poza tym pracowała, zwiedzała i zawierała nowe znajomości. Zdecydowała się zrobić jeszcze magistra, także w stolicy.

Rafał na początku dzwonił, pisał, zaczepiał na komunikatorze. Ale kiedy coraz częściej słyszał, że Jola się uczy i nie ma czasu, powoli zaczął odpuszczać. Po roku dziewczyna z mieszanymi uczuciami zauważyła, że od niemal miesiąca się nie odezwał. Zapytała go SMSem, czy wszystko w porządku; zdawkowo odpisał, że tak.

Kiedy Jola obroniła licencjata i miała pewność, że z tak zdanym egzaminem bez problemu znajdzie się na liście studiów magisterskich, pojechała odpocząć do domu. Wysiadając z pociągu marzyła już tylko o kąpieli i spaniu. Niespodziewanie zobaczyła na peronie Sandrę.

– Cześć! – rzuciły się sobie w ramiona.

– Pogratuluj mi; zaliczyłam licencjat z drugim najlepszym wynikiem na roku, a byliśmy wszyscy naprawdę dobrzy!

– Pewnie, że gratuluję! – Sandra uściskała koleżankę raz jeszcze, ale spoważniała.

– Co się stało?

– Nic nie wiesz?

– O czym?

– Chodźmy stąd; masz siłę na dużą porcję lodów w naszym starym miejscu?

– Oczywiście; zadzwonię tylko do domu, że jestem cała i zdrowa.

 

Jola słuchała tego, co mówiła jej Sandra z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami.

– Wiesz, Adam, mój brat bliźniak, poszedł na te same studia, co Rafał. Miałam więc o nim informacje z zaufanego źródła. Rafał zwierzył się Tomkowi, że zawsze był w tobie zakochany, ale nie chciał ci się narzucać. Wierzył, że dzięki temu uda mu się ciebie zdobyć. Był jednocześnie blisko, a jednak tylko był. To było dla niego trudne. A później, kiedy w ostatniej chwili powiedziałaś mu, że wyjeżdżasz na studia i to takie, których on by nie wybrał… Wtedy chodził posępny przez miesiąc. Mówił, że gdybyś wybrała pedagogikę, poświeciłby się dla ciebie i też wybrał ten kierunek, ale ekonomia? Nigdy w życiu, przecież wiesz! Poradziłby sobie na wszystkim, znasz go; jest wszechstronnie uzdolniony. Fajnie mieć kogoś takiego przy sobie – westchnęła Sandra.

– A co potem?

– Przez pierwszy rok jeszcze o tobie wspominał; mówił, co u ciebie słychać, ale skarżył się, że nie masz dla niego czasu. Nie wierzył do końca, że to z powodu nauki. Sądził, że kogoś poznałaś bliżej, no, wiesz…

– Nie miałam na to czasu – zaśmiała się Jola.

– Tak, wiem. Moja kuzynka studiowała ten sam kierunek, co ty; non stop siedziała w książkach. Ale do rzeczy. Po zdanej sesji, koledzy wyciągnęli Tomka i Rafała do klubu. Wrócili obaj nieco podchmieleni, a po dwóch miesiącach do Rafała przyszła jakaś laska i powiedziała, że jest z nim w ciąży, bo byli razem w ustronnym miejscu, jak to określiła, podczas tamtej dyskoteki. Rafał pamiętał ją, ale nie przypominał sobie, żeby uprawiał z nią seks. Ona się jednak uparła. Rafał zaczął popadać w depresję. Wciąż cię kochał, a dowiedział się, że mógł zrobić coś takiego po pijaku. Kiedy przyszedł na świat chłopak, ojciec Rafała załatwił szybkie badania genetyczne; wykluczyły one ojcostwo Rafała. Wtedy postanowił iść do zakonu i to najlepiej zamkniętego dla świata. Był tam przez rok, po czym wrócił. Stwierdził, że nie ma  powołania, ale doszedł tam emocjonalnie do siebie.

– A gdzie jest teraz?

– Wyjechał do Stanów. Był przekonany, że kogoś masz.

– Nie, nie miałam. Ale powiem ci szczerze, wraz z biegiem czasu myślałam o Rafale coraz mniej. Przyznaję, byłam do niego przywiązana, ale zupełnie nie rozumiem przeświadczenia wszystkich, że byliśmy dla siebie stworzeni. Zupełnie jak w jakimś tanim filmie romantycznym.

– Wszystkie dziewczyny zazdrościły ci, że taki chłopak się w tobie zabujał.

– Wiem, ale doskonale wiesz, że nie przywiązałam go do siebie; każda zakochana mogła próbować go zdobyć.

– Pewno co któraś próbowała.

– A ta dziunia, która próbowała go wrobić w dziecko?

– Nikt z naszych znajomych jej nie zna; przeprowadziłam prywatne śledztwo. Musi być z innej dzielnicy albo niedawno się tu osiedliła. Czasem ją widuję z wózkiem i jakimś chłopakiem.

– Czyli może się jej ułożyło. A co z Rafałem?

– Nie wiem. Tomek próbował do niego dzwonić, ale chyba zmienił numer. Na komunikatorze też go nie ma; nie odpisuje na maile; ostatnio nawet wiadomości do niego nie dochodzą; albo ma przepełnioną skrzynkę albo dawno jej nie otwierał i operator ją zawiesił.

 

– Mamo! Już jestem!

– Nareszcie!

– Spotkałam Sandrę i musiałyśmy pogadać; opowiadała mi o Rafale.

– Czyli wszystko już wiesz. I co teraz?

– Co, co teraz?

– Nie jesteś zawiedziona?

– Nie, mamo. Po prostu, wbrew oczekiwaniom ogółu, nie byliśmy dla siebie stworzeni.

 

 

 

 

Wybranka

 

Weronika stała na peronie i machała sylwetce wychylającej się z przedostatniego wagonu, która stawała się coraz bardziej niewyraźna. Młoda kobieta z trudem powstrzymywała się, by nie rozpłakać się w głos. Niesforne łzy zalewały jej oczy i chusteczka powoli przestawała odgrywać swoją rolę. Kolejną wyjęła z torebki dopiero, kiedy pociąg całkowicie zniknął w oddali. Weronika powoli odwróciła się i skierowała ku schodom. Nie mogła uwierzyć: Darek wybrał karierę naukowca, nie zaczekał na nią, wyjechał już teraz, mimo tylu zapewnień o swojej miłości. Poświeciła dla niego tyle, własną karierę, wybory życiowe, a teraz w rezultacie została sama. Nie była już taka pewna, czy dołączy do ukochanego za półtora roku, kiedy jej kontrakt się skończy i będzie mogła poszukać pracy za granicą.

W ostatnim roku Darek właściwie mówił przede wszystkim o szansie, jaka się przed nim otworzyła. Miał głowę pełną pomysłów związanych z nowymi innowacjami, a teraz zachodnia uczelnia zainteresowała się jego planami. Naukowcy i inwestorzy widzieli przyszłość w jego pomysłach, które tam okazały się możliwe do realizacji. Mógł zostać tutaj, kierować wszystkim na miejscu, ale on zapalił się do wyjazdu. Uśmiechając się, mówił do ukochanej: „Będąc tam, na miejscu, mogę więcej”.

 

 

Weronika poznała Darka w klubie studenckim, kiedy oboje byli na pierwszym roku. Ona studiowała prawo, on miał zostać inżynierem. Chciał też studiować coś związanego z biologią lub medycyną, chcąc połączyć te dziedziny nauki. Zawsze miał szczytne cele; chciał, jednocześnie robiąc karierę i rozwijając się intelektualnie, pomagać ludziom i to w jak najszerszym aspekcie.

Później zaczęli spotykać się coraz częściej; najpierw przypadkowo, a później zaczęli się umawiać.

 

– Naprawdę, fajny chłopak – uśmiechnęła się Zofia do córki. – Macie jakieś poważne zamiary?

– Co do czego?

– No, przecież wiesz, co do waszej wspólnej przyszłości.

– Najpierw oboje chcemy skończyć studia i jakoś się urządzić – wyjaśniła Weronika. – A później się zobaczy. – Dziewczyna bała się jeszcze nawet przed samą sobą przyznać, że jest po uszy zakochana w Darku. Poza tym wiedziała, ile dla niego znaczy nauka i późniejsza praca. Dla niej samej nauka także była ważna.

 

– Zamieszkajmy razem – Darek uśmiechał się promiennie.

– Naprawdę tego chcesz? – Weronika poczuła się najszczęśliwszą kobietą na świecie.

– Tak.

– W takim razie zgadzam się!

Młodzi padli sobie w ramiona i tulili się do siebie mocno. Właśnie skończyli studia; zaczynali zupełnie nowe życie.

 

– Jest ciężko, ale damy radę – Weronika próbowała być silna. – Podpiszę ten kontrakt z korporacją.

– Będziesz się z nimi wiązać na dwa lata? Przecież tak niewiele dzieli cię do awansu w firmie ojca!

– Wiesz przecież jaki mój ojciec jest: nic na skróty. A my nie utrzymamy się za to, co mi płacić, jeśli masz skończyć ten kurs, szukać sponsora dla badań i jeszcze poważnego etatu.

Darek westchnął. Miał ogromne wyrzuty sumienia, że Weronika chce zrezygnować z własnych marzeń na jego korzyść. Obiecał sobie, że kiedyś jej to wynagrodzi. Poszedł do pokoju i znów zaczął szukać w Internecie kontaktów. Weronika stała jeszcze chwilę patrząc za ukochanym ze smutkiem. Pragnęła awansu w firmie ojca; robiła tu to, co kochała. Powoli zaczynała marzyć o dziecku, a najpierw o ślubie. Darek jednak od pół roku ani słowem o tym nie wspomniał. Był pochłonięty badaniami i poszukiwaniami szans na przyszłość. Już nawet jej nie pocieszał, że wszystko się ułoży, ze będą mieli piękny ślub, dwójkę dzieci, dom… Kobieta wiedziała, że za dwa lata może nie mieć powrotu do firmy rodzinnej. Jej stanowisko na pewno przejmie Anita. Nie była tak zdolna i nie miała tak dobrych wyników, ale była uparta i to podobało się ojcu i klientom. Doprowadzała wszystkie sprawy do końca, wolniej i z mniejszym polotem, niż Weronika, ale zawsze na korzyść klienta.

Weronika kochała jednak Darka ponad wszystko i była gotowa na to poświęcenie. Wyjęła więc z teczki umowę, nad którą miała się zastanowić; jeszcze raz przejrzała, nie znalazła żadnych kruczków przemawiających na jej niekorzyść i podpisała na dole. Następnie wybrała numer do dyrektorki ds. kadr i zostawiła wiadomość na poczcie, że rano przyniesie podpisane dokumenty.

 

– Jest! Jest! Jest! – Darek szalał, tańczył i skakał po pokoju.

– Co takiego? – Weronika patrzyła na niego z zainteresowaniem, ale i z rozbawieniem.

– Odezwali się z jednego z zachodnich uniwersytetów. Są pod wrażeniem moich prac. Chcą koniecznie, żebym dla nich pracował! Natychmiast! Mam się tam zgłosić z początkiem września.

– To już za miesiąc – Weronika zbladła.

– Tak, właśnie – Darek przystanął. Podszedł do Weroniki i wziął ją za ręce. – Kochanie, półtora roku to niedługo. Pojadę tam, urządzę nam gniazdko, będę cię odwiedzał, ty też możesz do mnie przyjechać na długi weekend. Chyba, że możesz zrezygnować z tego kontraktu.

– Wiesz, że nie. Ja go nie mogę zerwać, bo musiałabym zapłacić horrendalne odszkodowanie. Mogę zachorować, zajść w ciążę, ale nie zerwać umowę… – zamilkła; jak mu powiedzieć, że jest w ciąży? Jest taki szczęśliwy… Miesiąc do wyjazdu… za miesiąc nie będzie jeszcze nic widać.

 

Szła powoli do domu. Letnie, niedzielne popołudnie męczyło wszystkich upałem. Weronika czuła się trochę słabo, zarówno z powodu temperatury, jak i ciąży oraz wzruszeń rozstania. Do rozwiązania zostało pół roku. Szefowa wiedziała o ciąży; nie robiła problemów. Weronika zobowiązała się wypełniać wszystkie zadania, choćby zdalnie, ale pozostając w mieście, żeby ktoś z firmy mógł zawsze wpaść do niej do domu po dokumenty i żeby podać nowe materiały.

Cieszyła się ze swojej samodzielności. Odkąd zrezygnowała z pracy w firmie rodzinnej, ojciec nie chciał jej wspierać finansowo. W domu zachowywał się wobec niej bardzo serdecznie, ale kiedy tylko temat rozmowy był kierowany na sprawy służbowe i pieniężne, milkł i patrzył na córkę z bólem.

Matka po cichu dopytywała, czy niczego jej nie trzeba. Zaofiarowała pomoc po urodzeniu dziecka. Sama powiedziała mężowi, że zostanie dziadkiem.

Ojciec był zaskoczony, ale nie aż tak, jak Weronika myślała. Niepokoił się. Od kilku lat pytał Weronikę, czy wie, co robi, mieszkając w takiej zażyłości z naukowcem całym sercem oddanym nauce.

– Pamiętaj – powtarzał – ty będziesz w tym trójkącie zawsze tą trzecią, bo pierwsza i najważniejsza dla niego jest nauka. Wzruszała wtedy ramionami; wierzyła, że Darek ją kocha, ale wraz z biegiem czasu zaczynała rozumieć, co ojciec miał na myśli.

 

Na miejscu na Darka czekało niewielkie, ale wygodne mieszkanko służbowe, niedaleko uniwersytetu oraz wspaniałe warunki do przeprowadzania badań, materiały pomocnicze, dostęp do wszelakiego rodzaju wyników badań i zacne grono profesorów, z którymi mógł rozmawiać i konsultować swoją pracę.

Wieczorem zadzwonił do Weroniki. Obiecał podać nowy numer komórki, jak tylko się w nią zaopatrzy i oczywiście pisać maile.

Od razu rzucił się w wir badań; był w siódmym niebie. Grono naukowców od razu zaczęło go podziwiać za pracowitość i zaangażowanie, a także uczynność oraz chęć dzielenia się wiedzą.

Minął pierwszy tydzień, później drugi, wreszcie cały miesiąc. Dopiero wtedy zauważył, że ani razu nie pomyślał o Weronice; w jego świadomości wciąż była obok, wiec nie odczuwał potrzeby kontaktu. W końcu ktoś przekazał mu informację, ze dzwoniła na wydział i pytała o niego. Wieczorem Darek, jak zwykle, przyszedł do domu skonany, ale ostatkiem sił włączył komputer i napisał zdawkowego maila do dziewczyny; zapewnił o swoim uczuciu, ale najwięcej miejsca poświecił swojej pracy. O tym mógł pisać i mówić nawet będąc bardzo zmęczonym.

Minął kolejny miesiąc; Darek znów zapomniał o całym świecie. W międzyczasie odwiedził go ojciec, który aż puchł z dumy, że ma takiego syna. Powiedział tylko, że ostatnio nie widuje Weroniki, bo podobno jest bardzo zapracowana. Na tym temat dziewczyny się skończył.

 

Weronika czekała na kolejnego maila jak na świeży haust powietrza. Odpisała na ten pierwszy i jedyny jak do tej pory. Nie wspomniała jednak o ciąży. Robiła różne badania i dopóki nie była pewna, że maleństwo jest całkowicie zdrowe, nie chciała nic zapeszać. Przeprowadziła się do rodziców. Ojciec się jakoś udobruchał. Widział, ile starsza córka pracuje i że się nie skarży, choć była zmęczona i na pewno tęskniła za Darkiem.

Mijały dni i tygodnie, a Darek się nie odzywał. Końcem listopada Weronika znów zadzwoniła na wydział; przez jedną chwilę myślała, żeby teraz powiedzieć Darkowi, że w okolicy marca zostanie ojcem, może by przyjechał na poród. Ale zrezygnowała. W sekretariacie wydziału powiedziano jej, że Darek jest bardzo zajęty; wciąż zapraszany na odczyty i konsultacje. Opatentował już trzy wynalazki, a od półrocza miał zacząć kolejne studia.

 

– Michaś! Michaś! – Weronika patrzyła, jak synek biega po alejce. Miał niespożyte siły.

– Idę mamo! – uśmiechnięta twarzyczka dziecka zawsze poprawiała kobiecie humor. Trzylatek podbiegł do mamy i przytulił się mocno.

W tym momencie pojawił się Krzysztof. Wręczył Weronice bez słowa bukiet kwiatów.

– Wujek! – Michaś podbiegł do mężczyzny i podał mu rączkę. – Chodź!

Ruszyli razem do domu.

– Patrz, czy to nie twój były? – mężczyzna przymrużył oczy, żeby lepiej zobaczyć. Weronika popatrzyła we wskazanym kierunku. Na ławce siedział człowiek w nieokreślonym wieku, wychudzony, w zwisającej marynarce, z worami pod oczami i niezdrowym odcieniem skóry. Ale tak, to na pewno był Darek!

– Mamo, kto to?

– Dawny znajomy. Chodźmy już.

– Nie podejdziesz do niego?

– Widzisz, kochanie, ten znajomy już dawno zdecydował, że nie mamy już o czym rozmawiać.

– Uhm – Michaś uśmiechnął się. Był bardzo roztropnym chłopcem, mądrym jak na swój wiek.

 

– Werciu, Michaś jest synem Darka, prawda? – Krzysztof zapytał nieśmiało; wiedział, że ten temat jest dla Weroniki trochę bolesny. Michałem poszedł właśnie spać i dorośli mogli teraz razem porozmawiać.

– Tak.

– Czy on o tym wie?

– I tak i nie; był zbyt zajęty, żeby ze mną porozmawiać. Przed wyjazdem zapewniał mnie o swoim uczuciu, że wszystko dla nas przygotuje, żebym mogła natychmiast do niego przyjechać, jak skończy się mój kontrakt. Napisał jednego maila po kilku tygodniach od wyjazdu i to po moim telefonie na uczelnię. O dziecku najchętniej powiedziałabym mu prosto w oczy, ale on, mimo że przed wyjazdem obiecywał, nie przyjeżdżał. A ja, im większy brzuch, tym bardziej byłam zmęczona. Pracowałam, żeby wywiązać się z kontraktu. Dzięki temu podchodzili do mnie w pracy życzliwie aż do końca ciąży.

Później o Darku zrobiło się na chwilę głośno. Skonstruował jakieś urządzenie dla szpitala. Był rozrywany; dziennikarze robili z nim wywiady, zapraszano go na odczyty, zaczął więc jeździć po świecie. Końcem lutego urodziłam Michasia – jakieś dwa tygodnie przed terminem, ale był duży i silny. Uparłam się wtedy, że powiem Darkowi, że ma syna. Ale nie mogłam go złapać. Chciałam żeby uznał syna, zanim zarejestruję go w urzędzie. Chciałam, żeby przyjechał i to potwierdził, gdyby były jakieś problemy. Zostawiłam wiadomość na uniwersytecie. Oddzwonili po dwóch godzinach i powiedzieli, że Darek nie życzy sobie głupich kawałów. Nie uwierzył. Sam nie zadzwonił, żeby potwierdzić lub zdementować informację. Głupio mi było podać, że ojciec jest nieznany, miałam wtedy tylko jednego partnera i wiedziałam, kto jest ojcem Michasia. Przełknęłam jednak wstyd i powiedziałam, że ojciec się na nas wypiął, więc nie zasługuje na to, by widnieć w papierach jako ojciec. A później ojciec przyjął cię do pracy – Weronika uśmiechnęła się.- Później nagle okazało się, że Darek wrócił do domu; zupełnie po cichu, jakby się wstydził. Podobno dokonał plagiatu i wynalazek tak naprawdę nie był jego. Środowisko naukowe wykreśliło go ze swojego grona. Nie wiem, jak było naprawdę. Jestem pewna, że ten wynalazek nie przekraczał możliwości Darka, choć i on raczej potrzebowałby więcej czasu na badania. Zaczął się staczać; czasem go widywałam zupełnie pijanego.

Zapadło milczenie. Weronika zapatrzyła się w okno. Dopiero głos Krzysztofa przywołał ją do rzeczywistości.

– Kochanie, chciałbym cię zapytać o dwie sprawy; nie musisz mi dziś odpowiadać.

– Mów śmiało.

– Po pierwsze: czy wyjdziesz za mnie i po drugie: czy mógłbym zostać ojcem Michasia?

– Chcesz go przysposobić?

– Tak i dać mu moje nazwisko.

– Wujku… – w drzwiach stał zupełnie przytomny Michaś. – Chcę bajkę.

– Już do ciebie idę – Weronika wstała patrząc przepraszająco na Krzysztofa.

– Nie! Wujek!

– W porządku – uśmiechnął się Krzysztof. Wziął chłopca na ręce i zapytał: – O czym mam ci opowiedzieć?

– To, co wczoraj.

– Znowu?

– Tak!

Weronika wstawiła wodę na herbatę; za ścianą słyszała głos Krzysztofa i coraz cichszy głosik zasypiającego synka. Po kilku minutach mężczyzna pojawił się w drzwiach.

– Wiesz, chyba  mamy błogosławieństwo twojego synka. Jego ostatnimi słowami przed zaśnięciem było: dobranoc tato.

Kobieta uśmiechnęła się lekko, ale nic nie powiedziała.

– Tak jak mówiłem, daję ci czas na przemyślenie mojej propozycji. Nie spiesz się, ale pomyśl dobrze, zanim odpowiesz, dobrze?

– Obiecuję! – Weronika przytuliła się do Krzysztofa i po raz pierwszy od dawna poczuła się naprawdę spokojna.

 

 

 

Pierwsza miłość nie rdzewieje

 

 

Musiała mieć bardzo zaskoczoną minę, kiedy na niego wpadła na ulicy, bo zaśmiał się jeszcze zanim ją rozpoznał. Dopiero kiedy się opanował, wydało mu się, że skądś ją zna.

– Helena?

– Feliks? – jej zaskoczenie zupełnie odebrało jej możliwość myślenia. – Feliks… – powtórzyła.

– Skąd się tu wzięłaś?

– Mieszkam tu. Przeprowadziliśmy się z Piotrem rok po ślubie, jeszcze zanim urodził się Michaś.

– Masz więc syna…

– Tak i córki bliźniaczki.

– Nie stójmy tak na środku chodnika; chodźmy na kawę.

 

Feliks był jej pierwsza miłością; on z kolei traktował ją jak pierwszą poważną dziewczynę, choć wcześniej chodził prawie rok z Kaśką. Rodzina dziewczyny przeprowadziła się jednak na drugi koniec kraju i Feliks został sam. Sam nie brał pod uwagę wyjazdu z miasta na dłużej – miał tu później zapewniona prace w rodzinnej firmie.

Z Heleną poznał się w liceum. Od razu przypadli sobie do gustu. Wkrótce byli nierozłączni. Uczyli się razem, chodzili do kina i na każdą imprezę: zawsze było wiadomo, że albo przyjdą razem albo w ogóle jeśli któreś nie mogło wyrwać się z domu. Helena zakochała się po uszy. Mówiła o tym otwarcie. Inni chłopcy: ładniejsi, czy lepiej sytuowani po prostu jej nie interesowali.

A później stało się coś niepojętego:  Helena, która była tak bardzo zakochana i snuła plany na wspólną z Feliksem przyszłość, straciła głowę dla Piotra. Dopiero wtedy spojrzała krytycznie na Feliksa. Przy Piotrze wyglądał jak słabeuszowaty chudzielec, zbyt delikatny jak na swój wiek, o nietypowych jak na młodego mężczyznę zainteresowaniach. Lubował się w historii, ale nie w wojnach i potyczkach czy polityce. Lubił wynajdywać ciekawostki o ludziach i wydarzeniach. Po co mu to było, nikt nie wiedział. Nie uprawiał żadnego sportu, nie oglądał go nawet w telewizji. Samochód traktował jako środek transportu, ale nie pasjonował się motoryzacją. Nie lubił dyskotek, nie pił z kolegami, którzy często wracali do domu w nocy, pijani i hałaśliwi. Helenie podobało się to, ale czasem chciała wyjść na zabawę z innymi. Piotr chętnie na to przystawał.

Feliks widział, że traci ukochaną. Helena przestała do niego dzwonić, odmawiała spotkań, aż wreszcie ostatecznie powiedziała mu, że z nimi koniec, bo Piotr poprosił ją o rękę.

Wszyscy dziwili się, że Feliks nie walczył o ukochaną, ale on  po prostu nie mógł; widział, że z Piotrem była  szczęśliwa, a o nim szybko i łatwo zapomniała.

 

– I jak ci się żyje, Feliksie?

– W porządku – mężczyzna wzruszył ramionami. – Ożeniłem się z Teresą.

– Z tą Teresą? – Helena zrobiła wielkie oczy. – Przecież sprawiała wrażenie, ze w ogóle nie interesowała się płcią przeciwną. Niektórzy sadzili, że woli kobiety.

– Widzisz, jak łatwo kogoś źle ocenić? – uśmiechnął się słabo Feliks, choć nie było mu łatwo. Wiedział, ze Teresa woli kobiety, a małżeństwo z nim była dla uspokojenia rodziców. Doczekali się wprawdzie dwóch córek, ale po drugim porodzie Teresa nie chciała już sypiać z Feliksem. Stwarzali pozory szczęśliwej rodziny, ale mężczyźnie brakowało bliskości, zwykłego przytulenia, czy pocałunku. Teraz, kiedy córki wyjechały na studia, nie mógł odnaleźć się w mieszkaniu. On i Teresa żyli każde swoim życiem; mijali się wymieniając zdawkowe uwagi i grzecznościowe wyrażenia.

Helena zauważyła jego stropioną minę.

– Coś jednak nie jest tak…

Feliks machnął ręką, pociągnął łyczek herbaty z filiżanki i zmienił temat.

– Opowiadaj lepiej o sobie.

– Eh – tym razem Helena machnęła ręką. Z jednej strony nie chciała się nad sobą roztkliwiać, ale z drugiej ledwo wytrzymywała stwarzanie pozorów. – Wyjechaliśmy z Piotrem niedługo po ślubie. Najpierw urodził się nam syn, a później bliźniaczki. Ale później… – przerwała.

– Co takiego? Co się stało później?

– Cóż, od dwunastu lat jestem z Piotrem w związku tylko na papierze. Zaczął wracać późno, sam chodzić do znajomych, wyjeżdżać niby na delegacje.

– Chcesz powiedzieć,  że cię zdradza?

– Zapewne. Oczywiście nigdy go nie sprawdzałam i nie śledziłam, to poniżej mojej godności, ale jak to inaczej wytłumaczyć? – westchnęła.

– Po co z nim jesteś?

– Bo jak odejdę, nie będę miała nic. Pracuję od stosunkowo niedawna, nie zarabiam dużo. Ale – znów machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę i wymusiła uśmiech. – A co ty w ogóle tu robisz?

– Przyjechałem służbowo. Jestem tu do piątku.

– Spotkamy się jeszcze?

– Jeśli chcesz – uśmiechnął się. – Proszę, tu jest moja wizytówka. Zadzwoń wieczorem.

 

Piotr wrócił końcem miesiąca ze swoich wojaży. Zastał zamknięte drzwi; nikt nie reagował na jego nerwowe dzwonienie. Dopiero po chwili drzwi sąsiedniego mieszkania uchyliły się. Sąsiadka wyjrzała nieśmiało na klatkę schodową.

– Panie Piotrze, żony nie ma. Wyjechała. To klucze do mieszkania. Żona zostawiła panu liścik w środku.

 

– Teresko, musimy porozmawiać.

– Wiem – kobieta patrzyła na męża smutno. – Skrzywdziłam cię i wykorzystałam…

– Nie, dałaś mi wspaniałe dzieci i jestem ci wdzięczny, ale…

– Musimy się rozstać?

– Tak…

Teresa westchnęła.

– Od jakiegoś czasu chciałam o tym z tobą porozmawiać. Widzisz, poznałam kogoś… Powiedziałam dziewczynom prawdę o mnie.

– Nic mi nie mówiły.

– Prosiłam je żeby poczekały, aż ja z tobą porozmawiam. Ja… Ja nie będę ci robić żadnych problemów. Możesz zażądać rozwodu z mojej winy.

– Obstaję przy ugodzie o braku winy – zaprotestował Feliks.

 

– Nie dam ci rozwodu! – głos Piotra brzmiał w słuchawce bardzo obco i agresywnie. – Wybij to sobie z głowy! Albo puszczę cię w skarpetkach! A dzieci zostaną ze mną.

– Zapominasz, ze nasz syn jest już pełnoletni, a bliźniaczki będą za kilka miesięcy. Same zdecydują, z kim chcą mieszkać. A co do puszczania w skarpetkach, akurat ciuchy ostatnimi laty kupowałam sobie sama

Piotr zapowietrzył się z wściekłości. Spokojny głos żony zdenerwował go jeszcze bardziej.

– Wybacz, nie mam już czasu – Helena kończyła rozmowę. – Mam spotkanie z prawnikiem.

Pikający sygnał w słuchawce doprowadził mężczyznę do ostateczności; rzucony przez niego telefon rozbił się o ścianę w drobny mak.

 

ROK PÓŹNIEJ – BOŻE NARODZENIE

Helena i Feliks siedzieli w otoczeniu swoich dzieci. Zaprosili też Teresę z jej przyjaciółką. Atmosfera była wspaniała. Helena kończyła załatwiać sprawy rozwodowe. Piotr rozpił się na całego i zaczął wariować. Został umieszczony w odpowiednim zakładzie.
Prawnik obiecał zakończyć sprawę zbierania dowodów przeciwko niemu w ciągu miesiąca. Orzeczenie separacji było formalnością. Jeszcze tylko rozwód…

– Gdybym wtedy nie zadurzyła się w Piotrze – westchnęła kobieta.

– Cóż, widać tak było nam pisane – stwierdził Feliks. – Musimy teraz wykorzystać to, co przed nami. Bo mam nadzieję, że będzie nam obojgu danych jeszcze kilka latek – zmrużył filuternie oko.

– Przestań – zaśmiała się Helena. – Nie przy dzieciach.

– No wiesz? – obruszyła się Patrycja – Mamy już wszyscy skończone osiemnaście lat.

Śmiechy  z domu Feliksa było słychać do późnej nocy, ale jakoś nikomu naokoło to nie przeszkadzało. Ostatnie światłą zgasły w oknach grubo po północy.

 

 

Muza; w poszukiwaniu natchnienia

 

– Julek, kiedy przyjdziesz? – Alicja zaczęła się już niecierpliwić.

– Za chwilę, kochanie! Dokończę rozdział, mam akurat wenę!

Alicja już nie odpowiedziała. Zaczynało ją irytować, że Julian ma dla niej tak mało czasu, coraz mniej. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz spędzili razem wieczór, przytuleni do siebie albo chociaż rozmawiając. Kobieta zasnęła, a kiedy przebudziła się koło drugiej w nocy, Juliana nadal nie było koło niej. Zerknęła w stronę przedpokoju. Z kuchni padała smuga światła; Julian wciąż stukał w klawiaturę.

 

– Żeby to jeszcze przynosiło jakieś efekty – wzdychała Alicja.

– Co masz na myśli? – zdziwiła się Tereska. – Przecież podobno ukończył w ciągu roku trzy duże powieści i kilka opowiadań.

– Ale do tej pory nikt nie chce tego wydać. Każdy poniedziałek Julian poświęca na kontakty z wydawcami; rozsyła maile, listy, dzwoni i nic.

– Ma jednak pasję i jest inteligentny. Mój Kuba to tylko mecze ogląda i o mało czym możesz z nim porozmawiać.

– Ale zabiera cię do kina, macie romantyczne wieczorki, prawda?

– Niby tak, a wy nie?

– Właśnie nie – westchnęła Alicja. – Zawsze kiedy poruszę ten temat albo przygotuję romantyczną kolację, czy zaplanuję wyjście, on zawsze akurat wtedy musi pisać. A jego oszczędności i kasa od rodziców się kończą. Moja pensja spokojnie wystarcza na jedną osobę, ale nie na dwie.

– Planujecie ślub? – Tereska nieco zmieniła temat.

– Nigdy nie było o nim mowy, miałam nadzieję, że jakoś samo to wyjdzie.

– Kochana, przecież wy jesteście dla siebie stworzeni! – Tereska rozpływała się w romantycznych westchnieniach.

– Dziękuję za takie stworzenie dla siebie – naburmuszyła się Alicja.

 

Kobieta patrzyła przez okno na przechodzących koło kawiarni ludzi. W zamyśleniu mieszała herbatę, która zdążyła już nieco ostygnąć.

W ciągu pół godziny naliczyła koło dziesięciu zakochanych par, obejmujących się i uśmiechających do siebie. Tego jej brakowało: odrobiny czułości, tego, co naturalne dla młodych, zakochanych par. ZAKOCHANYCH… Właśnie… Nie mogła dłużej czekać; szybko wypiła letnią herbatę, zostawiła kilka złotych na stole i wybiegła.

 

– Julian!

– Poczekaj, kochanie, już kończę!

– Julian! Poświęć mi pięć minut i dam ci święty spokój!

Mężczyzna westchnął. Niechętnie odwróciła się od laptopa i spojrzała Alicję.

– Julian, czy ty mnie kochasz?!

– A cóż to za pytanie? – mężczyzna uniósł brwi do góry w autentycznym zdumieniu.

– No, odpowiedz, po prostu, tak czy nie?

Zapadło milczenia; z każdą chwilą Alicja nabierała wątpliwości co do uczuć Juliana i pewności, co powinna zrobić.

– Kochanie, jesteś moją muzą, natchnieniem! Odkąd jestem z tobą, tworzę bez przerwy, cały czas mam nowe pomysły…

– I coraz mniej czasu dla mnie! Czy tak ma wyglądać związek?!

– Nie bądź niesprawiedliwa! Próbuję na nas zarobić!

– A ile zarobiłeś przez ostatnie pół roku?! Właśnie, nic! Pisz sobie hobbystycznie, ale znajdź inne źródło dochodu, przynajmniej na razie!

– Jesteś bez serca! – twarz Juliana zrobiła się czerwona; czoło pokryły zmarszczki gniewu. – Wiesz, jak ciężkie czasy nastąpiły dla twórców!

– Wiem! Dlatego uważałam, że jeśli jesteś człowiekiem domyślnym i odpowiedzialnym, to dojdziesz do wniosku, że chociaż chwilowo mógłbyś inaczej zarabiać na życie.

– Jak inaczej?! Umiem tylko pisać. Po to poszedłem na takie, a nie inne studia, by udoskonalić warsztat!

– Julian, ile lat już jesteś po studiach?

– Pięć, wiesz dobrze.

– Czy od tego czasu coś wydałeś?

– Nie, ale napisałem sporo. Zapominasz też, że podczas studiów publikowałem sporo w czasopiśmie studenckim.

– I świetnie! – Alicja była wściekła. – Ale te czasy się już skończyły! Po co się ze mną związałeś, skoro nie zwracasz na mnie uwagi, będąc tuż obok?!

– A nie przyszło ci do głowy, że to platoniczna miłość?!

– Platoniczna! – Alicja o mały włos się nie zachłysnęła powietrzem. – Platoniczna miłość nie może być podstawą związku!

– A to czemu?!

– Julian! Ja, jak większość kobiet potrzebuję odwzajemnionego wsparcia, uczucia wyrażonego przytuleniem, pocałunkiem, rozmową; chcę mieć w przyszłości dzieci. Ale tego wszystkiego nie da się osiągnąć w pojedynkę!

– Jesteś taka sama, jak inne! – wrzasnął Julian.

– To znaczy?!

– Nie umiecie docenić miłości samej w sobie!

Alicja zaśmiała się histerycznie.

– Ty kochasz tylko siebie! Znajdź sobie muzę, którą będziesz mógł uwielbiać z daleka!

Wybiegła z pokoju i trzasnęła drzwiami. Wyszarpnęła walizkę z szafy i zaczęła wrzucać do niej swoje rzeczy.

 

– Agnieszka? Mogę u ciebie przenocować?

– Mój Boże, dziewczyno, jak ty wyglądasz?! Płakałaś?! Wchodź natychmiast! – Agnieszka wciągnęła Alicję z tobołkami do mieszkania.

– Zostawiłam Juliana.

– Nareszcie!

– Co takiego?!

– Przepraszam, kochana. Julian to bęcwał, zapatrzony w siebie narcyz. Nadaje się do tego, by być utrzymankiem rodziców lub bogaczki, która chce tylko czasem pokazać się w towarzystwie młodego człowieka.

– Ja, ja nie wiedziałam…

Agnieszka posadziła przyjaciółkę w salonie i poszła zrobić herbaty, pozwalając dziewczynie trochę się uspokoić. Wróciła po kilku minutach z ogromną tacą, na której stał imbryk, dwie ogromne filiżanki i talerz pełen świeżych maślanych bułeczek.

– Wsuwaj; dziś rano piekłam.

– A niech tam. Wsuwam; ale pyszne! – Alicja przełknęła pierwsze kęsy. – Pamiętam, że starałaś mi się coś kiedyś powiedzieć o Julianie, a ja cię nie słuchałam. Wolałam słuchać rodziców i tych kilku głupich lalek, które rozczulają się nad każda parą jak na związkiem z południowoamerykańskiej telenoweli.

– Moja babcia mieszkała koło Nowaków, to znaczy obok rodziny Juliana. Zawsze mówiła, ze jego matka informowała wszystkich, że będzie z niego wielki pisarz. A on pisał odkąd nauczył się alfabetu. Wszystko na poziomie swojego wieku, matka jednak uważała go za geniusza. Zaprogramowała go na filologię, wiec nie brał nigdy pod uwagę czegoś innego.  Był wysyłane na wszystkie kursy pisania. Ale wiesz, do tego trzeba jednak mieć trochę oleju w głowie… Kochana, czy ty kiedykolwiek czytałaś jakieś jego „wiekopomne dzieło”? – ostatnie słowa Agnieszka wypowiedziała z mocno zaznaczonym przekąsem.

– Nie, nigdy. Zawsze mówił mi, że pierwszy wydrukowany egzemplarz będzie dla mnie i wtedy przeczytam. Szanowałam to i nigdy nie ośmieliłam się czytać jego plików, kiedy korzystałam z jego laptopa, żeby przejrzeć Internet.

– Poczekaj. Zaraz ci coś pokażę. – Agnieszka z sąsiedniego pokoju przyniosła laptopa. – Może postąpiłam jak świnia, ale kilka lat temu ściągnęłam na pendrive’a jego dwa opowiadania i zaczętą powieść pt. „Koślawe nogi sąsiadki z ostatniego pietra” – co za wspaniały tytuł, nieprawdaż? – roześmiała się. – Zresztą opowiadania mają nie lepsze.

Alicja wertowała przez chwilę zawartość pliku.

– On chyba nie jest normalny! Przecież to się kupy nie trzyma!

– Właśnie!

– Przypomina bazgroły małego dziecka.

– wiesz, nie wszystko, co przejdzie w malarstwie i da się wcisnąć jako sztuka nowoczesna, da się wepchnąć w ramy literatury, nawet nowoczesnej. Sama posłuchaj: – Agata przysunęła do siebie laptopa – „Kobieta szedła w ciemność. Sapiący za nią mężczyzna wyciągnął  za nią swoje łapska. Szedła, szli, szli, szli…” – i tak do końca strony. Na kolejnej od góry do dołu przeplatające się wyrazy: „szli, ona, on, ona on, szli…”. I tak wyglądają zapewne jego wszystkie utwory. Mam znajomą w jednym z wydawnictw; nieświadoma, że znam Juliana, potwierdziła moje przypuszczenia co do treści jego pisaniny.

– Ale on siedzi nad tym całymi dniami i nocami, a jak nie, to rzuca się do pracy, jak tylko go o coś poprosiłam albo zasugerowałam spędzenie razem choć krótkiego czasu.

– Obawiam się kochana, że padłaś ofiara schizofrenika. Przypuszczam, ż kiedy wychodziłaś, jego mamusia odwiedzała go i pilnowała brania leków.

Zapadło milczenie. Alicji cierpła skóra na myśl o tym, czego uniknęła. Gdyby wiedziała o jego chorobie… Współczuła osobom chorym, ale nienawidziła kłamstw, które mogą zniszczyć nieświadomym niczego ludziom życie.

– Co powinnam zrobić?

– Już nic; zrobiłaś co najważniejsze; odeszłaś w samą porę. Jego matka doprowadziłaby do ślubu, nawet wbrew synowi, żeby w końcu zrzucić na kogoś odpowiedzialność za chorego syna.

– Może ja powinnam do niej zadzwonić?

– A po co? Gwarantuję ci, że już jest u synusia. Na pewno zauważyła podczas podawania leków, że znikły twoje rzeczy. To nie jest głupia kobieta, domyśli się, że odeszłaś.

– Będzie mnie szukać?

– Daj spokój, mieszkają po przeciwnej stronie miasta! Nic się nie bój!

 

Alicja spojrzała na wyświetlacz dzwoniącego telefonu. Matka… Co jej powiedzieć?

– Cześć, mamo!

– Dzień dobry, kochanie. Co u ciebie słychać?

– Rozstałam się z Julianem.

– Co ty powiesz?! A my z ojcem wyglądaliśmy już zaproszeń na ślub. Matka Juliana rozpowiada, że on się żeni. Byłam pewna, że z tobą…

– Mamo, zostawiłam go miesiąc temu.

– I nic nie mówisz?

– Przepraszam, może faktycznie powinnam.

– Ale co się stało?!

– Nic takiego, po prostu nie jesteśmy dla siebie stworzeni.