Tatuaż

Zostałam już tylko ja…

Po tym jak Edyta zginęła w dziwny i zarazem przerażający  sposób, tylko nieliczni wiedzieli, a raczej mogli w swych przypuszczeniach być najbliżsi prawdy, próbując odtworzyć zdarzenia tej feralnej nocy. Wylądowałam tu, bo – jako jedyna z nich – powiedziałam o swoich przypuszczeniach policji; wskazałam adres, pod którym on miał swoją praktykę i gdzie zarówno ja, jak i Edyta robiłyśmy sobie tatuaż.

Przyznaję – brzmiało to nieprawdopodobnie, ale zdarzyło się naprawdę. Nikt nie uwierzył, tym bardziej, że – jak twierdzili – pod wskazanym przeze mnie adresem znajdowała się tylko dawno opuszczona rudera. Nawet bezdomni bali się w niej nocować. 

Kiedy wpadłam niemal w histerię, zdecydowano o mojej hospitalizacji. Trafiłam więc do psychiaryka.

Silna depresja, skłonności samobójcze, możliwe początki schizofrenii i jeszcze kilka  określeń, które wpadły mi jednym uchem, a zaraz uleciały drugim – to zapisano na dzień dobry w mojej dokumentacji.

Od razu zaczęli faszerować mnie lekami. Ich działanie poczułam już po pierwszych dawkach. Zaczęło mi być cudownie wszystko jedno. Przez pewien czas nawet odpowiadało mi leżenia i patrzenie w sufit, kiedy przerażające wspomnienia, poczucie winy i domysły nie miały poprzedniej siły przebicia i dominacji nad moim życiem.

A dwa dni później – o ironio – łóżko obok zajęła Lidka i wszystko wróciło. Najpierw pojawiło się zdumienie; nigdy nie spodziewałam się, że cokolwiek może ją wytrącić z równowagi do tego stopnia, że będzie potrzebowała stałej pomocy lekarskiej.

Zawsze uśmiechnięta, beztroska, lekko przeżywała dni; zdawała się nie przejmować wieloma rzeczami, które poruszały przeciętnego człowieka. Często do swych celów dążyła po trupach, praktycznie nie mając skrupułów zwłaszcza, jeśli chodziło o jej zdrowie czy zysk materialny. Ale była to praktycznie jedyna jej wada…

W psychiatryku znów stałyśmy się sobie bliskie – łączył nas sekret. Ileż to nocy spędziłyśmy na cichutkich szeptach, rozmowach złożonych z półsłówek, z nerwowym rozglądaniem się, czy nikt nie słyszy…

Lekarze dość szybko przestali interesować się naszą znajomością. Nawet było im na rękę, że nie zawracałyśmy nikomu dodatkowo głowy i nie sprawiały ponadprzeciętnych problemów.

Pewnego dnia rozmowa zeszła na to, jak dowiedziałam się o śmierci Edyty. Od tego momentu psychiczny stan Lidki raptownie się pogorszył. Płakała całymi godzinami. Zaczęto podawać jej coraz więcej leków – głównie na uspokojenie – a ona jakby naumyślnie starała się wymóc ich dodatkowe dawki.

Pewnego dnia po prostu się nie obudziła. Lekarze przypuszczali, że przez kilka dni nie łykała tabletek, tylko je gdzieś melinowała, a potem wzięła wszystkie, kilkukrotnie przekraczając maksymalną dozwoloną dawkę.  Była na tyle sprytna, że nikt tego nie zauważył, choć przecież kontrolują tu wszystko.

 To było tydzień temu. O tyle dłużej od niej wytrzymałam te straszne wyrzuty sumienia. I co z tego, że znalazłam drugą chętną osobę, skoro musiała to być właśnie Edyta? Gdyby to był kto inny, tak samo bez skrupułów, jak my i tylu przed nami, żyłaby… Kto inny musiałby się uporać z tym problemem, ale nie na naszych oczach…

Ciało przestało cierpieć, ale moja dusza jest tak chora, jak nigdy. I żaden lek na to nie podziała, żadna terapia nie będzie skuteczna… Znalazłam skrytkę, z której skorzystała Lidka; już chowam tam nie połknięte tabletki. Dla pewności poczekam jeszcze dwa dni…

 

Marcela przeprowadziła się z małego miasteczka, zaraz po studiach. Zaskakująco szybko znalazła pracę w dużej, międzynarodowej firmie. Samo zajęcie nie wydawało się jej ambitne, ale dzięki niemu mogła wynająć maleńkie, lecz samodzielne mieszkanko i być niezależna. Poza tym zawsze można było rozejrzeć się za czymś innym, kiedy już poczuje się bardziej pewna na zupełnie nowym gruncie.

Pierwszą osobą, którą Marcela poznała, była Lidka. Pracowały biurko w biurko. Praca była jedną z tych nielicznych rzeczy, która je łączyła, gdyż pod większością względów, stanowiły swoje przeciwieństwo. Lidka była żywiołowa, pewna siebie, uwielbiała zabawy w dużym gronie znajomych, łatwo nawiązywała kontakty, lubiła szpanować i być na bieżąco z modą. Mimo to, spokojna i nieco nieśmiała Marcela, sama za bardzo tego nie rozumiejąc, szybko polubiła nową koleżankę. Dużo rozmawiały, chodziły do kina, a Lidce udało się kilka razy wyciągnąć ją na jakąś imprezę do znajomych.

Mijały kolejne miesiące i Marcela zauważyła, że przez uśmiechniętą zwykle twarz przyjaciółki przebiegają grymasy bólu i zmęczenia. Ilekroć jednak pytała ją o powód, ta natychmiast się opamiętywała i w mgnieniu oka sprytnie zmieniała temat.

Kiedy w czerwcu Marceli stuknęły 25.urodziny, postanowiła po raz pierwszy w życiu zrobić coś wyjątkowego, na co do tej pory za żadne skarby by się nie zgodziła, ba, może nawet nie śmiałaby o tym pomyśleć. Nie mogła się jednak zdecydować na żadne w jej mniemaniu szaleństwo. Postanowiła pogadać z Lidką – ta miewała świetne pomysły w materii szaleństw.

– A co powiesz na mały tatuaż? W takim miejscu, które łatwo zakryć, gdybyś chciała, żeby nie był widoczny?

– Tatuaż?

– Tak, ale nie byle jaki.  A r t y s t y c z n y.  Spójrz… – Lidka odsłoniła ramię; widniała na nim niewielka, ale piękna, czerwona róża, która wydawała się być jak żywa. Marcela zdumiona podeszła bliżej, by się lepiej przyjrzeć – kwiat zdawał się oddychać, migotać, żyć…

– Ale jak…? Gdzie…?

– Jak już się na bank zdecydujesz, to zaprowadzę cię; nie wcześniej. Przemyśl to sobie dobrze i jak już będziesz pewna, to daj znać. Nie myśl jednak zbyt długo.

Minęło kilka dni. Marceli wciąż migotała przed oczami niezwykła róża. W końcu wątpliwości zmieniły się w pewność, a ta z kolei w nieodparte pragnienie. Pewnego dnia po prostu wstała i wiedziała, że taki tatuaż jest tym, czego pożąda ze wszystkich sił.

Tego piątku zaraz po przyjściu do pracy podeszła do Lidki.

– Tak, chcę… – powiedziała zdławionym szeptem.

– Dziś po pracy… Możesz?

– Tak szybko?

– A z czym tu czekać? Widzę, jak się wyrywasz– Lidka uśmiechnęła się jakoś dziwnie. Tego dnia nie rozmawiały więcej.

Był pochmurny i chłodny jak na czerwiec piątek. Spotkały się przed wyjściem z budynku. Nie odzywając się do siebie ruszyły w bardzo konkretnym kierunku. Odgłos ich szybkich kroków zdawał się być jedynym docierającym do uszu Marceli. Wkrótce dotarły do części miasta, której, mimo upływu czasu, nie zdążyła jeszcze poznać.  Nigdy tu nie była, a jednak okolica wydała się jej dziwnie znajoma. Stare kamienice, wiele z nich odrapanych, zaniedbywanych od lat, tylko w części zamieszkałych. Maleńkie sklepiki zdawały się nie zmienić wystrojów od całych dziesięcioleci. Przez moment Marcela poczuła się, jakby cofnęła się w czasie o wiek.

Kluczyły po zaułkach i wąskich uliczkach, często przechodząc przez maleńkie podwórkach, na  których nie uświadczyło się ani kawałka zieleni. Lidka zatrzymała się raptownie przed jedną z bram. Popatrzyły po sobie. Stały jeszcze przez chwilę, nim zdecydowały się wejść. Wolnym krokiem weszły w końcu do bramy i znów znalazły się na niewielkim, czworokątnym podwórku, podobnym do tych wszystkich, które właśnie minęły. Było może nieco czystsze od pozostałych. Po kwadracie nieba, widocznym z chodnika przesuwały się ołowiane chmury. Pierwsze ciężkie krople deszczu spadły młodym kobietom na głowy. Lidka pociągnęła Marcelę w kierunku drzwi prowadzących do jednej z dwóch klatek schodowych. Po prawej od wejścia zaczynały się kręcone drewniane schody. Poręcz – również częściowo drewniana – pięknie i misternie rzeźbiona, tu i ówdzie była połamana. W oknach klatki schodowej podzielonych na różnej wielkości kwadraty i prostokąty, wprawiono czerwone, zielone, granatowe i żółte szybki. Pachniało starym drewnem i kurzem.

– No chodźże wreszcie – Lidka niecierpliwie pociągnęła Marcelę za rękę w głąb korytarza. Pod schodami, w ciemnym kącie zamajaczyły niewysokie drzwi, nietypowe pod tym względem dla starego budownictwa. Wydawały się być zamknięte na głucho, kiedy jednak Marcela zapukała w nie delikatnie, ze środka dało się słyszeć odległe „proszę”.

– No, idź…

– Nie wejdziesz ze mną?

– No co ty? Dygasz? Będę tu na ciebie czekała. Ale idź już  i  koniecznie powołaj się na mnie.

Marcela nacisnęła lekko klamkę, która zdumiewająco łatwo ustąpiła. Dziewczyna znalazła się w maleńkim przedpokoju oświetlonym słabą żarówką zawieszoną nad drzwiami.

Naprzeciwko, w wejściu do kolejnego pomieszczenia, wisiała kotara w orientalne wzory. Po drugiej jej stronie dały się słyszeć kroki. W  drzwiach stanął wysoki, chudy mężczyzna o śniadej cerze.

– Jestem z polecenia Lidki C…

– Tej z czerwoną różą na ramieniu?

Marcela niepewnie skinęła głową.

– Pamięta pan wszystkie zrobione tatuaże i klientów?

– Cały sekret polega na tym, że nigdy nie powtarzam tego samego wzoru – mężczyzna uśmiechnął się i gestem zaprosił ją, by weszła dalej. Dziewczyna niepewnie przemknęła obok niego. Tym razem znalazła się w pokoju, którego część ginęła w mroku, trudno więc było jej określić, jaki był duży. Jaśniejsze miejsce było oświetlone snopem światła dziennego sączącego się przez mały lufcik pod sufitem. Pod okienkiem stał prosty stół, a na nim niepozorna lampka. Kiedy jednak mężczyzna ją zapalił, ta zajaśniała ostrym światłem.

Marcela rozejrzała się ostrożnie. Na najbliższej ścianie ujrzała rozmaite wzory.

– Zawsze maluję kopię wykonanego tatuażu – tak na pamiątkę – wyjaśnił mężczyzna z dziwnym uśmiechem.

Marcela lekko zmarszczyła brwi. Coś jej mówiło, że mimo narastającego w niej niepokoju, nie ma już odwrotu.

– Czy zdecydowała się już pani na miejsce i wzór?

– Tak. Myślałam o lewym ramieniu i małej gałązce bluszczu.

– Ciekawe… Jak tak na panią patrzę, nigdy nie obstawiłbym na taki wybór. Ale to do klienta należy ostatnie słowo. Proszę usiąść.

Mężczyzna przygotował narzędzia i przystąpił do pracy. Dziewczyna była pewna, że jeśli jej tatuaż ma dorównywać pod względem artystycznym róży przyjaciółki, to  wizyta w tym dziwnym miejscu może się przeciągnąć. Tymczasem patrzyła zdumiona jak spod ręki mężczyzny wyłania się powoli obrazek wypisz wymaluj taki, jaki sobie wymarzyła, jakby wykonawca czytał w jej myślach.

Zanim się obejrzała, mężczyzna ukończył swoje dzieło i zaczął składać narzędzia. Marcela spojrzała na bluszcz – wyglądał jak żywy, migotał, wręcz poczuła w nim życie, jakby stał się integralną, żywą częścią jej ciała, przez którą zaczęła przepływać jej krew. Patrzyła z podziwem.

– Widzę, że się podoba…

Skinęła głową. Dopiero po chwili wróciła do rzeczywistości.

– Ile płacę?

Mężczyzna wymienił kwotę.

– Tak mało? – zdumiona dziewczyna wręczyła mu pieniądze.

– To tylko część zapłaty. Nie, nie, może pani być spokojna, nie o   t o   mi chodziło. Proszę jeszcze na chwilę spocząć. Opowiem pani pewną historię. Nie potrwa to długo.

Widzi pani, moja rodzina zajmuje się tatuażem od pokoleń. Mój przodek, w XV wieku udał się na Daleki Wschód. Podania rodzinne mówią, że przez kilka lat nie dawał znaku życia, choć pozostawił w domu żonę z czwórką dzieci i majątek, którego nie porzuca się ot tak…

Kiedy już wrócił, okazało się, że w dalekich krajach, bo jego wyprawa zawiodła go o wiele dalej i w inne strony świata, niż sądzono,  nabył niezwykłą jak na Europejczyka w owych czasach umiejętność robienia tatuaży, które wyglądały dosłownie jak żywe. Oczywiście nie można powiedzieć, żeby stary kontynent  był bardzo podatnym gruntem dla zajęcia mojego przodka. Nie w owych czasach. Jednak od czasu do czasu znalazł się jakiś ekscentryk, który – aby „zadziwić damy” – przychodził sobie zrobić tatuaż. Zarówno mój przodek, który zapoczątkował to rzemiosło w mojej rodzinie, jak i jego kolejni potomkowie całkiem nieźle dorabiali sobie tym fachem.

W XIX w. wydarzyło się jednak coś, co wpłynęło na dalsze losy mojej rodziny i zasady przyjęte przy wykonywaniu naszego zawodu. Jeden z klientów mojego prapradziadka wrócił po roku od zrobienia tatuażu – wspaniałej głowy smoka – mówiąc, że „obrazek” już mu się znudził i zażądał jego usunięcia. Mój prapradziadek bardzo się rozgniewał. Był człowiekiem bardzo dumnym z każdego swojego dzieła – i słusznie. Po raz pierwszy w całej kilkusetletniej rodzinnej tradycji komuś znudził się tatuaż – dzieło sztuki jak żywe. Artysta zdołał się jednak opanować i nakazał klientowi w ciągu roku przyprowadzić dwie chętne osoby do zrobienia tatuażu, a wtedy jego własny sam zniknie zupełnie bez śladu. W przeciwnym razie przedstawiony na tatuażu smok zacznie rosnąć, w końcu zawładnie życiem mężczyzny po to tylko, by w rocznicę tej wizyty zadać mu straszną i tajemniczą w oczach niewtajemniczonych śmierć. Dla innych nadal będzie widoczna ta maleńka główka potwora na ramieniu; nikt nie uwierzy, że tatuaż zacznie żyć własnym życiem. Mężczyzna wyszedł wściekły, że nie dopiął swego, w dodatku przekonany, że stroi się z niego głupie żarty. Wkrótce zmienił jednak pogląd o 180 stopni. Smok zeskakiwał z jego ramienia, kiedy mężczyzna był sam; z miesiąca na miesiąc rósł, a po 6 miesiącach zaczął nawet nieśmiało ziać ogniem. Jego „gospodarz” czuł oparzenia na całym ciele, jednak lekarze, do których się zgłaszał, nie widzieli na jego skórze żadnych podejrzanych zmian. W końcu zaczęli posądzać dziwnie zachowującego się mężczyznę o jakąś chorobę psychiczną lub korzystanie z powodujących halucynacje używek. Facet zrozumiał, że historia, aczkolwiek z pozoru nieprawdopodobna, jest jednak prawdziwa. Uśmiechając się mimo fizycznego bólu i psychicznej udręki, przekonał swoich dwóch znajomych – znanych w mieście kobieciarzy – że dobry tatuaż może pomóc im zrobić furorę w damskim towarzystwie. I tak się to wszystko zaczęło.

Każdy kolejny klient moich prapradziadka, pradziadka, dziadka, ojca i mój, musi w ciągu roku od zrobieni a sobie tatuażu przyprowadzić dwie kolejne osoby. W przeciwnym razie ich tatuaż – czy to motyw roślinny, ludzki, zwierzęcy, czy mityczny – doprowadzi swojego gospodarza do zguby. Dla innych pozostanie nadal obrazkiem, a dla tej konkretnej osoby stanie się przekleństwem – zacznie powoli władać jego życiem, aż doprowadzi do takiej czy innej śmierci. Byli tacy, którym się nie udawało. Inni wprawdzie przysyłali do mnie kolejnych klientów, ale gnani poczuciem winy, kończyli w szpitalu psychiatrycznym.

Ale proszę nie robić takiej przerażonej miny! Przecież  rozwiązanie pani problemu jest na wyciągnięcie ręki! Ma pani o wiele łatwiejsze zadanie, niż klienci 150 czy nawet 100 lat temu. Tylu ludzi uważa dziś tatuaż za coś naturalnego i chce go mieć! Proszę pamiętać – ma pani tylko, a może aż rok… I jeszcze jedno – nie pomoże usunięcie tatuażu w innym studiu – za każdym razem będzie powracał…

 

Marceli kręciło się w głowie, w uszach szumiało i zrobiło się ciemno przed oczami. Kiedy doszła do siebie i z fatalnego samopoczucie pozostała tylko lekka słabość i zawroty głowy, siedziała na ławce na pobliskim skwerze z Lidką i Rafałem – chłopakiem z pracy, którego znała jedynie z widzenia.

– Daj jej jeszcze wody… Ale zbladła…

– Zaraz dojdzie do siebie. Bałam się, że zdecyduje się na jakiegoś potwora z mitologii…

– Ja się przez mojego Minotaura niezłego stracha najadłem, a wiesz, że raczej twardy ze mnie gość – Rafał splunął z odrazą – Dobrze, że te dwa lumpki się nawinęły pod rękę po dwóch miesiącach. Cieszyli się jak dzieci, jak im zafundowałem po flaszce tylko dlatego, że zgodzili się sobie wytatuować na klatach pornograficzne obrazki.

– Okropny jesteś. Pewnie nawet nie zrozumieli, co im ten gość nawijał.

– Daj spokój, będą mieć niezły ubaw; może przyjdzie im do głowy, że ich kolesie też mogliby czegoś takiego popróbować. Martwisz się? Jakoś nie miałaś skrupułów wciągnąć w to mnie i Marcelę.

– No dobrze już, dobrze – Lidka niecierpliwie machnęła ręką – no co Marcela, lepiej już?

– Ttak, już w porządku – wybełkotałam. – Pójdę już do domu. Zobaczymy się w pracy.

Przez cały weekend Marcela czuła się jak na kacu. W poniedziałek ledwo doczłapała do biura. W przerwie śniadaniowej udało się jej pogadać z Lidką.

– Jeśli dobrze  rozumiem, Rafał i ja wybawiliśmy cię z niezłego szajsu – wymamrotała.

Lidka wbiła wzrok w pulpit. Po raz pierwszy poczuła się nieswojo.

– I nikomu, kto nie zrobi sobie tatuażu u tego samego gościa, nie warto o niczym wspominać, bo i tak minie uwierzy?

– Uhm… Widzisz, ja czekałam dziewięć miesięcy. Róża kuła mnie coraz bardziej; rozrastała się i oplatała mnie z coraz większą siłą. Bolało jak cholera; kiedy namówiłam Rafała na tatuaż, nie rosła już, ale nadal zaciskała się wokół mojego ciała. Od ostatniego piątku wszystko ustąpiło… A tatuaż zaczął stopniowo blednąć…

– No wiesz?! Jak mogłaś mi to zrobić?! Nie robi się takich rzeczy przyjaciołom; no chyba, że przez ten cały czas tylko udawałaś przyjaźń?

– Marcela, wybacz! Ja naprawdę nie mogłam już tego wytrzymać! Pomogę ci znaleźć te dwie osoby! Mam już na oku takiego menelka z mojego osiedla. Obtatułowany jak pajac; jeden dodatkowy tatuaż nie zrobi mu różnicy, a kto wie, czy nie ucieszy się z kolejnego szpanerskiego obrazka…

– Ale to nie w porządku!

– Boże, na jakim świecie ty żyjesz?! Raz wżyciu można nie mieć skrupułów!

– A dwa razy?

– Jak trzeba, to i dwa! To co? Jedziesz po pracy do mnie? Jutro możesz mieć już połowę problemu z głowy…

Rozmowę przerwało im zebranie.

Po południu Marcela nie czekała na Lidkę. Pobiegła od razu na autobus. W drodze powrotnej czuła nieznośne swędzenie na ramieniu z tatuażem. Z trudem zagryzała zęby, żeby nie zacząć się wściekle drapać.

Mijały dni. Marcela nadal unikała Lidki jak ognia. Była na nią zła. Wstrętna egoistka! Fałszywa idiotka… Dlaczego za zachcianki jednych muszą płacić inni? I to taką cenę… Na dobrą sprawę wszystko rozbijało się o jakiegoś typa, dumnego „mistrza w swoim fachu”, któremu nie spodobało się, że komuś znudziło się jego dzieło. Obraz można sprzedać lub zniszczyć, nawet bez wiedzy wykonawcy, ale co zrobić z tatuażem? Z TAKIM tatuażem?

Po miesiącu pnącze oplatało już całe ramię Marceli. Dla innych nadal był widoczny jedynie w swym pierwotnym rozmiarze. Swędzenie osłabło, a może po prostu tak powszedniało, że Marcela przestała już na nie zwracać uwagę. Zamiast tego zaczęło się pojawiać mrowienie w oplecionej bluszczem ręce.

Pewnego dnia, mimo usilnych starań omijania Lidki z daleka, udało się jej dołapać Marcelę na korytarzu.

– Daj spokój! Nazwij to sobie jak chcesz – poczucie winy, czy inaczej, ale daj sobie pomóc!

– W niezłe g… przez ciebie wdepnęłam!

– Wiem; ale naprawdę chcę pomóc ci z tego bagna wyjść…

– Kosztem innych…

– Nie bądź no aż taka szlachetna. Wybieraj – albo ty, albo ktoś drugi. Zresztą nie demonizuj – przecież wystarczy, że znalezione przez ciebie osoby same znajda po kolejne dwie…

– Dałam się głupio wmanewrować w jakąś podejrzaną historyjkę. Teraz ja mam kogoś wkręcić. Tylko błagam, nie mów „takie jest życie”…

Zapadło kłopotliwe milczenie. Wtedy Marcela poczuła po raz pierwszy pnącze wrastające w łopatkę – zaczęło rozrastać się poza rękę, na której zostało wytatuowane.

Wściekłość na Lidkę narastała, aż osiągnęła apogeum. Marcela nie mogła już na nią patrzeć, poprosiła więc o przeniesienie do innego działu i z ulgą przyjęła niespodziewanie szybką zgodę.

Znów minął jakiś czas. Bluszcz zdążył już zająć górną część jej ciała. Nocami przyduszał i ściskał niemiłosiernie. Kiedy minęło pół roku od zrobienia tatuażu, Marcela zaczęła się budzić nocami zlana potem, nie mogąc złapać tchu. Doskonale wiedziała, że wizyta u lekarza nie ma sensu. Mógł co najwyżej stwierdzić histerię…

Przed Bożym Narodzeniem przyjechała do Marceli kuzynka. Justyna, głupiutka osóbka, która przyjęła styl typowej „blondi”, nastawionej wyłącznie na zabawę i rozwiązłe życie. Pobyt w dużym mieście był więc dla niej nie lada rarytasem. Dyskoteki, kluby, nowi znajomi jej pokroju, balujący jak nie w lokalu, to w czyimś domu, nieraz po kilkanaście godzin pod rząd. Nie było więc niczym trudnym namówić ją na zrobienie „wypasionego” tatuażu, którym mogłaby szpanować zarówno przed starymi, jak i nowymi znajomymi.

Marcela była pewna, że osoba, przez życie której przewijają się dziesiątki ludzi miesięcznie i to ludzi bardzo różnego pokroju, nie powinna mieć większego problemu ze znalezieniem kolejnych chętnych na tego typu ozdobę.

Jako, że Justyna sama nie umiała się zdecydować na wzór, mężczyzna zaproponował jej legendarny kwiat paproci, przy którym w szczególny sposób mógł dać dowód swojego kunsztu i nieograniczonej wyobraźni. Dziewczyna wyszła z jego ponurego lokum bardzo oszołomiona. Marcela przeraziła się z początku, czy nie podano jej jakiegoś środka odurzającego. Potem przypomniała sobie, że jej samej praktycznie urwał się na jakiś czas film zaraz po zrobieniu tatuażu i wysłuchaniu historii tatuażysty. Z trudem podtrzymując Justynę, wyprowadziła ją z kamienicy. Był mroźny dzień, więc dziewczyna dość szybko zaczęła dochodzić do siebie. Po powrocie do  domu pochwaliła się Marceli wspaniałym tatuażem na lewej łopatce.

– Wiesz – ćwierkała – facet ma niezłą metodę na zrobienie sobie reklamy i zapewnienie kolejnych klientów. Nie mówię tu jedynie o atrakcyjnej cenie… Kazał mi w ciągu roku przyprowadzić dwie kolejne osoby chętne do zrobienia tatuażu. Nie musiał opowiadać tych naiwnych bajek o swoich przodkach – Justyna pochłaniała zapiekankę podaną przez Marcelę na kolację z zawrotną szybkością. – Przyprowadzę mu chętnych o wiele szybciej, niż za rok. Dziś zrobię furorę w towarzystwie, jak zobaczą ten kwiat.

– Głupia lalka – syczała cicho Marcela, ale głośno nie powiedział nic.

Ucisk bluszczu nieco osłabł. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy przespała cała noc. Ale wiedziała, że nie może spocząć na laurach. Aby uwolnić się od tego upiornego tatuażu, musiała zrobić jeszcze drugie tyle, co do tej pory. Niestety nie znała więcej głupich lalek i nie zamierzała ich poznawać…

 

Zaraz po Nowym Roku zaczepiła ją znowu Lidka.

– Zaczekaj chwilę… Daj spokój, nie zajmę ci dużo czasu… Przyszła do nas do pracy nowa dziewczyna, Edyta. Zgadałam się z nią i po jednym piwku rozwiązał się jej język –  ma biedulka słabą głowę.

– Do rzeczy.

– Widzisz, to taka z pozoru grzeczna dziewczynka, ale mówi, że chce wstąpić w szeregi jakiegoś klubu wielbicieli mitów i podań, czy czegoś tam. I wiesz – dla szpanu umyśliła sobie zrobić tatuaż – jakiś mityczny motyw.

– Nie musisz mi na siłę pomagać, chyba ci mówiłam.

– Ale czekaj, czekaj… Ona widziała ten twój tatuaż; jest zachwycona; poprosiła żebym ją z tobą skontaktowała.

– Rób co chcesz, tylko daj mi już spokój.

Na kontakt z Edytą Marcela nie musiała długo czekać. Nowa koleżanka czekała na nią pod budynkiem po skończonej pracy.

Szybko okazało się, że są bratnimi duszami. Edyta – niewysoka, szczupła, wręcz filigranowa, bardzo delikatna w kontaktach z ludźmi, była pod względem charakteru zupełnym przeciwieństwem Lidki. Niezwykle uczynna, zawsze gotowa pomóc ludziom w potrzebie. Marcela była coraz mniej pewna, czy chce skazywać nową koleżankę na to, co sama musiała przechodzić albo i na coś jeszcze gorszego, w zależności, na jaki tatuaż dziewczyna się zdecyduje. Próbowała raz z nią o tym porozmawiać, żeby może poszła do jakiegoś innego studia tatuażu, jednak Edyta patrzyła z podziwem na jej obrazek i upierała się przy swoim. Pewnego dnia wręcz zażądała, by Marcela zaprowadziła ją właśnie do tego, a nie do żadnego innego tatuażysty.

Był kwiecień. Bluszcz pokrył Marcelę niemal od stóp do głów i znów coraz częściej o sobie przypominał. Drętwiały jej ręce i nogi, miała problem z krążeniem w palcach rąk i nóg. Tatuaż coraz częściej ją dusił; miewała ataki paniki. W końcu zdecydowała się nie zwlekać dłużej i umówiła się z Edytą na popołudnie poprzedzające długi majowy weekend.

Dzień był piękny, choć kiedy wychodziły z pracy, zaczęło zbierać się na burzę. Zdążyły jednak dojść do celu jeszcze zanim pierwsze ogromne, ciężkie krople  zaczęły spadać na ziemię.

– Wejdź. Będę tu na ciebie czekać. Nic się nie bój – Marcela lekko popchnęła przyjaciółkę ku znajomym drzwiom. Edyta nieśmiało zapukała i usłyszawszy odległe „proszę”, lekko nacisnęła klamkę. Kiedy znikła w środku, Marcela weszła na półpiętro i przez kolorowe szybki wyjrzała na podwórko. Deszcz lał jak z cebra. Ale dzięki kolorowym szybkom, podwórze nie wydawało się tak smętne, jakim było w rzeczywistości. Jednak ile można patrzeć na mało ciekawy widok, nawet jeśli jawi się w wesołych barwach? Czas zaczął się Marceli dłużyć. Coraz częściej i bardziej nerwowo spoglądała na zegarek. Wskazówki posuwały się niemiłosiernie powoli, jakby były zaczarowane.

Nareszcie za drzwiami dał się słyszeć ruch. Kiedy się otwarły, stała w nich Edyta. Szła sztywno,  małymi kroczkami. Była blada i drżała. Marcela podbiegła, by ją podtrzymać. Na lewym przedramieniu koleżanki ujrzała małego, trzygłowego smoka…

 

Wyszłyśmy z Edytą z tej przeklętej kamienicy. Przestało padać i zrobiło się chłodno. Zaprowadziłam ją do parku i dałam wody. Przychodziła do siebie znacznie dłużej, niż ja.

Po majowym weekendzie nie pojawiła się w pracy. Tymczasem ja przez tych kilka wolnych dni zachłystywałam  się wolnością od ciągłego ucisku, duszności, niedotlenienia, bólu głowy, cierpnięcia palców i wreszcie strachu.

      Po raz pierwszy egoizm zwyciężył we mnie w 100%. Zapomniałam o Edycie aż do powrotu do pracy po tych kilku cudownych dniach.

     W poniedziałek sama podeszłam do Lidki. Cała złość nagle ze mnie wyparowała. Nie można już było mówić o serdecznej przyjaźni między nami, ale znowu chciałam z nią pogadać. W końcu przeszłyśmy przez to samo, choć każda na własny sposób. Mój tatuaż zaczął blednąć. Lidka mówiła, że po jej nie było śladu już po miesiącu od zrobienia mojego. Czasem miejsce, w którym był zrobiony piekło, ale i to mijało.

      Potem okazało się, że Edyta nie pojawiła się w pracy. Nie zadzwoniła, ani nie odbierała od nikogo telefonów. Dopiero na drugi dzień przekręciła do szefa i poprosiła o tydzień urlopu. Jej głos brzmiał podobno jak z zaświatów. Ludzie, którzy ją znali mówili, że to do niej niepodobne, ale w końcu przestali snuć domysły.

     W końcu postanowiłyśmy do niej iść. Wynajmowała małe mieszkanko na piętrze w willi sąsiadującej z domem rodziny Marceli.

     Stałyśmy pod drzwiami dobrych piętnaqście minut dobijając się coraz głośniej. W końcu Edyta otworzyła. Była blada jak prześcieradło. Oczy miała przeraźliwie podkrążone, jakby od tygodnia nie zdrzemnęła się nawet na chwilę.

To nie była prosta rozmowa i potoczyła się zupełnie inaczej, niże się tego wcześniej spodziewałyśmy. Oczekiwałyśmy, że będzie wrzeszczeć, zwymyśla mnie, będzie robiła wyrzuty, o ile od razu nie wyrzuci z domu. Tymczasem Edyta była zachwycona – co do tatuażysty, stwierdziła, że dawno nie spotkała kogoś, kto tak wiele wiedziałby o historii swojej rodziny i chciał się tym dzielić z osobą, którą widzi pierwszy raz. Zafascynowała ją również sama jego opowieść.

Mówiła i mówiła… Coraz bardziej plątała się jednak ze zmęczenia. W końcu dotarło do nas, że nie wierzy w realność nakazu przyprowadzenia kolejnych osób i wcale nie zamierzała ich szukać. Zdawało się jej, że usłyszała zupełnie niewinne podanie, które absolutnie nie będzie miało wpływu na jej dalsze życie. Powiedziała też, że poprzedniej nocy smok po raz pierwszy zszedł na chwilę z jej ręki, ale uznała to za halucynacje będące efektem braku snu. Była dziwnie podekscytowana. Sama stwierdziła, że „ją nosi”.

 Kiedy zaczęłyśmy ją zapewniać zarówno o prawdziwości zdarzenia z godzin nocnych jak i obowiązku wysłania kolejnych dwóch klientów, wyśmiała nas. Nigdy jeszcze nie słyszałam tak szaleńczego i przerażającego śmiechu, który w ustach osoby tak do tej pory miłej i cichej brzmiał jeszcze okropniej.

     Edyta zmieniła się w krótkim czasie nie do poznania. Rzuciła pracę, ale często czekała na nas po południu niedaleko biura. Po dwóch miesiącach nic już nie zostało z miłej, uczynnej, dobrze ułożone, skromnej  i zadbanej dziewczyny.

     Zachowywała się coraz bardziej nieobliczalnie. Nigdy nie przyznała się, skąd brała kasę na życie, a widać było, że pod pewnymi względami żyło się jej całkiem nieźle. Schudła wprawdzie bardzo, stała się jeszcze drobniejsza, ale nosiła drogą biżuterię. Z powodu coraz bardziej wyzywającego ubioru, posądzałyśmy ją nawet o prostytucję  lub że znalazła sobie sponsora. Nigdy nie potwierdziła, ale i nie zaprzeczyła.

     Na pytanie o tatuaż, z beztroską odpowiadała, że smok schodzi z jej ramienia co noc i ciągle rośnie. Cztery miesiące później zaczął lekko zionąć ogniem. Edyta z każdym tygodniem robiła się coraz bardziej szalona i dzika – jak jakaś bestia. Jej oczy dziwnie błyszczały – nie było w nich żadnych uczuć, czasem tylko wściekłość i szaleństwo.

     Zaczęłyśmy się jej bać. Kiedy minęło pół roku, coraz silniej czułyśmy od niej odór siarki. I jak do tej pory – ku naszej rosnącej rozpaczy – szukała naszego towarzystwa, tak nagle sama zaczęła nas unikać.

Co jakiś czas wpadałyśmy na Edytę przypadkowo w różnych częściach miasta, ale ona albo nas zbywała w dwóch słowach albo, jeśli miała ku temu okazję, szybko zmieniała kierunek i znikała nagle w którejś z podrzędnych uliczek. Z początku przyjmowałyśmy to z ulgą, jednak byłyśmy jednocześnie ciekawe, co się z nią dzieje.

W końcu doszło do tego, że nie widziałyśmy jej przez cały miesiąc i na bardzo krótki czas o niej niemal zapomniałyśmy. Do chwili, kiedy w pracy zaczęły krążyć różne niesamowite plotki na jej temat.

Właścicielka domu wyrzuciła ją z mieszkania. Kiedy wpadłyśmy tam, aby podjąć ostatnią próbę ratowania Edyty i namówienia jej na znalezienie dwóch kolejnych osób, dowiedziałyśmy się, że jakiś czas temu puściła z dymem niemal całe piętro. Z miejsca została wyrzucona, jednak podobno sprawiała wrażenie, jakby nic sobie z tego nie robiła. Po prostu wyszła.

Mimo odnowienia piętra „od podszewki”, właścicielka domu nadal czuła na piętrze lekki odór siarki. – A wydawała się kiedyś taka porządna – zakończyła swoje opowiadanie kobieta. Wyszłyśmy mocno skołowane. Rocznica Edyty zbliżała się wielkimi krokami. Szukałyśmy jej, mimo wielu obaw. I wreszcie Lidce udało się ją znaleźć… niestety było już za późno. O tym wydarzeniu huczały lokalne media. Nie wiadomo skąd dziennikarze zdobyli zdjęcie z miejsca zdarzenia. Po jego opublikowaniu krążyły różne opinie. Wielu twierdziło, że to niezła mistyfikacja, a fotoreporter chciał przerażającym widokiem zwrócić na siebie uwagę. Inni wierzyli w prawdziwość fotki. W każdym razie nie było osoby, która w jakiś sposób nie była nią poruszona.

Lidka, jak na kogoś, kto był na miejscu zdarzenia, długo trzymała fason. Mnie sumienie gryzło do tego stopnia, że poszłam o wszystkim opowiedzieć policji. Chodziłam tam kilka razy, próbowałam przekonać… Nie uwierzyli; sprawdzali, czy nic nie biorę i nie mam w związku z tym halucynacji. I w  końcu zamknęli mnie w psychiatryku.

Kiedy i Lidka tu trafiła, opowiedziała mi wszystko o tym dniu. Jako że miała znajomych w różnych kręgach, od chłopaków posypiających w pustostanach dowiedziała się o dziwnej dziewczynie kręcącej się w jednym z nich. Kiedy pokazała im zdjęcie Edyty, potwierdzili, że to ona, choć podobno była wymizerowana i zachowywała się jak dzikie, oszalałe zwierzę.  

Tego wieczoru Lidka postanowiła tam pójść. Nie rozmawiała ze mną, by jak twierdziła, nie tracić niepotrzebnie czasu. Na miejscu zastała dogasający pożar, straż pożarną, policję i pogotowie ratunkowe oraz grupkę przerażonych gapiów. Starsza roztrzęsiona kobieta przez łzy starała się przekonać wszystkich, że zanim zaczęło się palić, widziała w budynku dziwne pokaźnych rozmiarów stworzenie atakujące dziewczynę. Korzystając z nieuwagi ludzi, Lidka wbiegła do dogasającej rudery. Udało się jej dotrzeć do pomieszczenia, w którym według słów jej informatora najczęściej widywano Edytę.

Spodziewała się niezbyt miłego widoku, jednak to co tam zastała, przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Najpierw widziała tylko dym. Kiedy opanowała atak kaszlu, zobaczyła pośród spalonych rzeczy stojącą postać. Podeszła bliżej, żeby się przyjrzeć. Przez dymi łzy ujrzała to co zostało z Edyty – wiedziała, że to ona, choć zwłoki niewiele miały wspólnego z ładną  jeszcze niedawno dziewczyną. Na zwęglonej twarzy zastygł przerażający ohydny grymas – wyraz przerażenia nie do opisania, przekraczającego ludzkie pojęcie. Musiał mu towarzyszyć piekielny krzyk strachu. Lidka odniosła wrażenie, że jego echo jeszcze przebrzmiewa w zniszczonym pomieszczeniu. Lewej ręki, na której  Edyta miała tatuaż, w ogóle nie było – później dziennikarze ujawnili informację, że pomimo gruntownych  poszukiwań w ruinie i okolicach, nie znaleziono brakującego fragmentu ofiary. Ciało Edyty powykręcane w nienaturalny sposób nie leżało na ziemi, a nadal stało niemal w pozycji pionowej, jakby zastygłe z przerażenia. Pomimo doznanego szoku i strachu, Lidka pamiętała, że nogi dziewczyny i podłoga, pod wpływem gorąca, stopiły się w jedno. Po chwili, która wydawała się wiecznością, do pomieszczenia wpadli strażacy.

Lidka przeżyła kolejny miesiąc jak w amoku. W końcu – w dwa dni po mnie – trafiła na oddział. Już się nie męczy… A ja… jeszcze tylko do jutra…

 

DO JUTRA?! O NIE… ZNACZNIE DŁUŻEJ. GŁUPIA IDIOTKA!  SPŁACIĆ  DŁUGI I TAK SIĘ WKOPAĆ… NASŁAŁAŚ NA MNIE GLINY I MYŚLAŁAŚ, ŻE BĘDĘ TAM NA NICH SPOKOJNIE CZEKAŁ? A TERAZ CHCESZ PO ANGIELSKU ULOTNIĆ SIĘ Z TEGO ŚWIATA? MYŚLAŁAŚ NAIWNIE, ŻE TAK SIĘ DA? ŻE ZAPOMNIAŁEM O TOBIE? ŻE CI DARUJĘ? O NIE… NIEDOCZEKANIE TWOJE… RANO NADAL TU BĘDZIESZ… KIEDY WYBUDZISZ SIĘ ZE SŁODKIEJ DRZEMKI, PRZEKONASZ SIĘ, ŻE O TOBIE PAMIĘTAM… ZOSTAWIAM CI NA LEWYM RAMIENIU PAMIĄTKĘ. A TERAZ ŚPIJ DOBRZE…POTRZEBUJESZ DUŻO SIŁ… ŻEBY ODPOKUTOWAĆ…I NIE ZAZNASZ SPOKOJU, DOPÓKI TWOJA POKUTA SIĘ NIE SKOŃCZY…

Dwóch lekarzy stało w nogach łóżka Marceli. Przeglądali kartę i historię choroby, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich dwóch dni.

– Ciężka sporawa.

– A już się wydawało, że wychodzi na prostą.

– Szczęście, że udało nam się zrobić jej płukankę żołądka na czas. Ten dziwny lekarz, który przyszedł na zastępstwo, jak mu tam – ten śniady – dobrze się spisał; od razu zauważył, że coś nie jest tak.

– Być może, gdyby nie przypadek tej dziewczyny, z którą ostatnio tyle spędzała czasu, udałoby się jej…

– A wiesz co – ciekawa sprawa. Badałem tę dziewczynę kilka razy, a nie zauważyłem tego tatuażu na lewym ramieniu. Pytałem Ewę – ona najczęściej pracowała ostatnio w tej sali i pomagała się pacjentkom przebierać i także nie zauważyła u tej pacjentki żadnych tego typu ozdób. Aż do dzisiaj.

– Ciekawe, czemu akurat wąż. Piękna, precyzyjna robota. Wydaje się jak żywy.

– No, dokładnie. Sprawdziłem nawet z ciekawości – to strasznie jadowity typek.

– Dziwne upodobanie jak na taką z pozoru delikatną kobietę.

– Ale fantazję ma. Nie brała żadnych prochów, a czytałeś co wygadywała, jak do nas trafiła?

– Uhm… Czekaj, chyba zaczyna przychodzić do siebie…

 

Marcelę obudził kujący ból głowy, obrzydliwy posmak w  ustach i cichutki, ale uporczywy syczący odgłos dobiegający z lewej strony łóżka. Z trudem uchyliła powieki, ale zaraz je zamknęła.

Światło słabej żarówki wydawało się jej nie do zniesienia. Ten dziwny sen… Że mężczyzna od tatuażu jest tu lekarzem, że mówi jej coś o pokucie i podarunku… Syczący dźwięk w połączeniu z kłuciem w skroniach stawał się nie do zniesienia. Niech to wyłączą… Z trudem udało się jej otworzyć oczy. Mrugała przez chwilę. Minęła kolejna, zanim Marcela zdała sobie sprawę z nieznośnego mrowienia w lewej ręce. Z ogromnym trudem uniosła ją tak, by mogła na nią spojrzeć. I znów minął dobry moment, zanim zrozumiała co jest nie tak…

Krzyk szaleńczego przerażenia rozdarł szpitalną ciszę nocną…