Teatr cieni II

 I

 

Patrzyła zaskoczona na potłuczone szklanki. Jak to się stało?! Na równej drodze?!

W ogóle ten dzień był dziwny.

Rano wstała szczęśliwa, że to już piątek. Cieszyła się piękną pogodą w drodze do pracy; tęskniła za słońcem po niezbyt ładnej wiośnie. Kiedy dotarła do pracy, dzień zaczął się psuć. Kilka razy różnym osobom zapodziewały się ważne dokumenty  i robota stała w miejscu. W dodatku  to wyjście do teatru. Szef przypomniał sobie o zamówieniu na sześć zwykłych szklanek na premierę niemal końcem dnia. Dodatkowo był przekonany, że przedstawienie jest dzisiaj. Wysłał Zofię, bo jako pierwsza doszła do względnego ładu ze swoimi dokumentami i zadaniami. Zaczęło być parno. Dziewczyna szybko szła w dobrze sobie znanym kierunku. Zdumiało ją trochę, że na ulicy jest właściwie pusto; w piątkowe popołudnie nigdy się to nie zdarzało. I nagle po prostu upadła. Rozcierając potłuczony nadgarstek, wpatrywała się w rozsypane szkło, które wypadło z pudełka, niesionego przed chwilą pod pachą. Zajrzała do środka. Nie wiadomo dlaczego, ale jedna szklanka nie potłukła się i nie nosiła żadnych śladów po wypadku. Zofia wyjęła ją z pudełka i starannie obejrzała. Pamiętała takie szklanki z dzieciństwa. Uśmiechnęła się mimowolnie.

Teatr! Musi tam zaraz dotrzeć i jakoś wybrnąć z nastałej sytuacji. Zerwała się mimo stłuczonego nadgarstka i kolana i szybkim krokiem ruszyła w dalszą drogę.

 

 

II

 

Gmach teatru górował wyniośle nad ulicą. Nadciągające żółtawo-bure chmury sprawiły, że tonął w dziwnej poświacie. Powietrze stało. Panowała kompletna cisza. Żadnego przechodnia, ani samochodu czy autobusu.

Zofia stanęła przed wejściem głównym i szarpnęła za drzwi, ale nie ustąpiły. Dopiero boczne, najmniejsze, okazały się otwarte. W środku panował półmrok. W ogromnym reprezentatywnym holu paliło się ledwo kilka małych barwnych lampek. Zofii wydało się, że jest tu zupełnie sama.

„Dziwne” – pomyślała – „Szef tak panikował, że dziś jest ważna premiera, a on zapomniał o tych cholernych szklankach”. Spojrzała na tę jedyną, która się ostała w całości i poczuła, że zaschło jej w gardle. W kącie stał automat z wodą. Nalała prawie do pełna z niebieskiego kraniku i pociągnęła dwa łyki. Przymknęła z zadowoleniem oczy; pragnienie ugasiła praktycznie od razu.

 

 

III

 

Nagle usłyszała glosy dobiegające od strony schodów. Spojrzała w tamtą stronę i ujrzała dwie schodzące postaci w strojach, które Zofii skojarzyły się w pierwszej chwili ze sztukami Czechowa. Dwie kobiety w pięknych sukniach, ze starannie zaczesanymi włosami i delikatnym, ledwo widocznym makijażu, schodziły i rozmawiały, a wypowiadane przez nie kwestie przypominały dystyngowany XIX-wieczny styl. Przeszły bez pośpiechu obok Zofii nie zwróciwszy na nią najmniejszej uwagi, jakby w ogóle jej nie zauważyły. Znikły w półmroku, kierując się ku wyjściu do bocznego korytarza.

Zofia ruszyła do góry schodami, po których zeszły przed chwilą damy. Na pierwszym piętrze usłyszała dwa niewyraźne męskie głosy. Kobieta skierowała się w tym kierunku. Koło bogato zdobionej balustrady balkonu z widokiem na hol główny parteru stało dwóch mężczyzn.

Młodszy, ubrany w ciemne spodnie i marynarkę poprawiał drugiemu aktorski makijaż i co chwila go podtrzymywał, gdyż ten drugi wydawał się pijany. Ubrany  w jasnozielony surdut z jasno żółto-złotymi zdobieniami, białe spodnie i czarne wysokie skórzane buty, miał u boku szablę, a pod pachą trzymał kapelusz, który wydał się Zofii podobny do nakrycia głowy Napoleona. Odpowiadał młodszemu z mozołem, jakby z trudem zbierając myśli. Co chwila pociągał dużym czerwonym nosem. Zofia zachichotała – pewnie staruszek za bardzo wczuł się w rolę albo starał się walczyć z tremą; albo jest po prostu nałogowcem. Obcowanie ze sztuką niejako od kuchni zaczęło się jej nawet podobać.

„Nigdy nie dowiem się, o co chodzi w tej sztuce widząc jej fragmenty i to niechronologicznie, wyrwane z całego kontekstu” pomyślała Zofia z żalem. „Ale może uda mi się je obejrzeć – postaram się zdobyć bilet”.

Ruszyła dalej w poszukiwaniu kogoś, z kim mogłaby porozmawiać w sprawie szklanek. W wąskim korytarzu, który zdawał się prowadzić do biur i pomieszczeń administracyjno-biurowo-technicznych zobaczyła nagle kobietę wściekle ciągnącą bladego, chudego, wręcz wymizerowanego  mężczyznę, trzymając go pod rękę. Chuderlak rzucił Zofii melancholijne spojrzenie, jakby szukając pomocy. Jego towarzyszka przechwyciła je, zauważyła Zofię, poczerwieniała wściekle, zebrała wolną ręką poły sukni i szarpnąwszy gwałtownie mężczyznę, wciąż jakby go strofując, poprowadziła do jednego z pokoi po prawej stronie. Chwilę później wybiegła z powrotem na korytarz, minęła Zofię jakby jej nie widząc i prawie na nią wpadając i zbiegła po schodach.

Zofia stała przez chwilę zdumiona. Jak to jest? Raz ją widzą, a raz nie… Wzruszyła ramionami. Ciekawe czy blady chuderlak ją zobaczy. Może uda się z nim porozmawiać? Ruszyła ku drzwiom, za którymi spodziewała się go znaleźć. Nacisnęła delikatnie klamkę. Drzwi uchyliły się ze skrzypem. Za nimi ukazała się wąska, strona klatka schodowa. Drewniane schody były już wydeptane i trudno było po nich wchodzić, ale Zofia wytrwale parła w górę. W końcu stanęła przed kolejnymi drzwiami. Delikatnie zastukała; ze środka dało się słyszeć „proszę”, więc weszła.

 

 

IV

 

Jej oczom ukazało się poddasze – maleńkie, całe w drewnie. Odrobina dziennego światła dostawała się przez maleńkie trójkątne okienko tuż pod sufitem. Sprzętów było tu niewiele. Szafka, łóżko, biurko i dwa krzesła, w tym jedno za biurkiem. Na tym ostatnim siedział mężczyzna, którego Zofia spodziewała się tu zobaczyć. Patrzył na nią zdumiony. Zofia postawiła przed nim szklankę z wodą, którą cały czas trzymała w ręku. Mężczyzna popatrzył na nią z wdzięcznością.

– Dziękuję. – powiedział cicho. – Tego mi było trzeba. Tak bardzo chciałem, żeby choć raz ktoś zrobił coś dla mnie, coś takiego zwykłego. Aldona wymaga jedynie pracy, efektów i dóbr materialnych.

– Aldona?

– Kobieta, która mnie tu przyprowadziła.

– Kto to w ogóle jest?

– To ktoś, kto przywłaszczył sobie moje życie.

– Jak to?

– Pochodzę z biednej rodziny. Zaręczyłem się z kobietą równie biedną jak ja, ale piękną, dobrą i pracowitą.   I co najważniejsze – też mnie kochała. Chciałem zarobić na ślub i pierwsze miesiące wspólnego życia. Od zawsze kochałem czytać i jak tylko nauczyłem się dobrze pisać, próbowałem swoich sił w twórczości literackiej. Już jako dziecko pisałem całkiem niezłe – według nauczyciela w mojej szkole -krótkie sztuki. Wróżył mi przyszłość, jeśli będę mógł się dalej uczyć. Zaraz po moich zaręczynach, nauczyciel przyszedł do mnie z wiadomością, że znalazł mi sponsorów – bogatą rodzinę z miasta. Pojechałem szczęśliwy, ale szybko mój dobry humor znikł, kiedy zrozumiałem, że stałem się zabawką w rękach córki starszych państwa. To właśnie Aldona. Uzurpuje sobie wszelkie prawo do mnie i mojego życia. Ja mam tylko pisać i to dobrze. A ja już nie mogę…

– Dlaczego pan na to pozwala? Dlaczego nie zażąda normalnego traktowania albo nie uwolni się od niej?

– Nie mogę. Zagroziła, że i tak  mnie znajdzie i zniszczy. Ja nic własnego nie mam, nie stać mnie na prawnika. Nawet ubranie, które mam na sobie nie należy do mnie.

 

Zofia była zdumiona. Historia jak sprzed 150 lat! A może?… Nie! Ale jak to możliwe? Czyżby miała do czynienia z przenikaniem się czasu? A może z nawiedzeniem?

Rozmyślania obojga przerwało gwałtowne otwarcie drzwi. Stała w nich Aldona.

 

 

V

 

Stała jak wryta i patrzyła – to na mężczyznę, to na Zofię, to na szklankę stojąca na biurku. Zdawało się, że chciała coś powiedzieć, dwa razy otwierała usta, ale w końcu wybuchła płaczem i wybiegła.

– Nareszcie, jestem wolny – mężczyzna zaczął powoli nabierać kolorów. – Ktoś zrobił dla mnie coś zupełnie bezinteresownie. Teraz wszystko wróci do życia. Chodźmy.

Zofia była tak zdumiona wszystkim, co wydarzyło się w tej chwili jak i wszystkimi wydarzeniami po wyjściu z pracy, że nie oponując wyszła za swoim rozmówcą.

Zeszli na dół. Weszli na widownię. Część krzeseł była odstawiona; trochę stało w nieładzie to tu, to tam. Na jednym siedział pijany mężczyzna, którego Zofia mijała jakiś czas temu. Zdawał się być tylko na lekkim rauszu. Wszystkimi możliwymi drzwiami schodzili się ludzie – część w kostiumach, część w zwykłych ubraniach. Aldona stała pod ścianą, w półcieniu. Miała czerwone od płaczu oczy, ale nie było już w nich zaciętości i zaborczości. Zofia poczuła nawet współczucie. Może i ona potrzebowała jakiegoś wyzwolenia? Cichy szum szeptów zaczął narastać.

Zofia zajęła jedno z krzeseł przypominające raczej kawiarniane niż teatralne – z metalowymi nogami, siadając przodem do również metalowego oparcia.

– Proszę państwa– rozległ się stanowczy głos należący do wchodzącego z prawej strony mężczyzny.– Proszę zająć miejsca i poświęcić mi nieco uwagi.

Mówiący – wyglądający na czterdzieści kilka lat – zauważył Zofię.

– A, witam! Pani jest z firmy „Rekwizyt”, prawda?

– Jaaa… Właściwie…

– Smutki jestem, to znaczy to mój artystyczny przydomek, pod którym jestem wszystkim znany; miło mi; ale widzę że szef się nieco pośpieszył – szklanki miał mi przesłać przez kogoś dopiero w poniedziałek. No chyba, że dał je pani już dziś – szkoda by było, żeby…

– Dał – przerwała zakłopotana Zofia, która chciała mieć jak najszybciej za sobą niewygodne dla siebie wyznanie. –  Ale niestety stłukłam je – nie wiem, jak to się stało…

Usłyszała chichot podchmielonego z tyłu i zarumieniła się – trochę ze wstydu, a trochę ze złości, że musiała przyznać się na forum publicznym do niezręczności.

Smutki odchrząknął i popatrzył ostrzegawczo w stronę, skąd dobiegał chichot.

– Proszę się nie przejmować. A swoją drogą, szef miał mi przysłać szklanki z materiału szkłopodobnego, ale nie tłukliwego; obawiam się, że niektórzy moi współpracownicy czasem nie umieją utrzymać nic w rękach, kiedy wspomogą się czymś podczas nauki roli.

Chichot ucichł natychmiast zakończony zakłopotanym chrząknięciem.

– Dobrze, proszę państwa, mam nadzieję, że przedostatnie przymiarki kostiumów mamy już za sobą; w poniedziałek próba generalna. Zapraszamy – zwrócił się do Zofii z uśmiechem. – Dam pani moją wizytówkę, żeby panią wpuszczono do teatru.

Smutki zbierał przez chwilę myśli. Robił to z trudem; na jego twarzy zaczęło malować się zmęczenie.

– Mam nadzieję, że dziś nie mieliście państwo żadnych problemów z przenikaniem się i duchami?

Zofia bezwiednie obróciła się ku ścianie przy której widziała kilka minut temu Aldonę, ale tej nie było. Rozejrzała się dyskretnie dookoła. Mężczyzny, z którym rozmawiała na poddaszu także nigdzie nie było.

Wszyscy powoli zaczęli się zbierać. Wymieniali między sobą mniej lub bardziej formalne pożegnania i życzenia miłego weekendu – jednego z nielicznych wolnych jakie mieli w tym roku. Zofii udało się doskoczyć do Smutkiego.

– Przepraszam, wiem, że jest pan zmęczony. Ale co pan miał na myśli, mówiąc o tym przenikaniu i duchach…?

 

 

VI

 

– Właściwie to tylko taka pół legenda, pół żart. Trwa to od ponad wieku. Zawsze, kiedy zespół przygotowuje premierę, pojawiają się tu różne duchy. Jakaś historia z przeszłości ma kontynuację na naszych oczach, coś się rozwiązuje; ktoś zaznaje wiecznego spokoju, Ale to tylko podanie, w które niektórzy tak wierzą, że wydaje im się, że widują duchy.

Smutki uśmiechnął się z lekką ironią. Gestem zaprosił Zofię do wyjścia.

Na zewnątrz było już prawie ciemno; dopiero teraz Zofia zauważyła, że minęło całe popołudnie i większość wieczoru. Nadciągały ciemne chmury. W oddali grzmiało. Nadjechał autobus i Zofia wsiadła. Była zbyt zmęczona, by iść, mimo że do domu nie miała daleko

Albo reżyser też czegoś doświadczył, ale uważał, że jak się do tego przyzna, czy też będzie o tym mówił z pełną powagą, to wszyscy uznaj go za wariata albo przynajmniej za naiwnego marzyciela, któremu zaczynają się mylić rzeczywistość ze sztukami, nad którymi pracował.

Zofia sama jeszcze nie wiedziała co ma dokładnie myśleć o wydarzeniach tego popołudnia. Wiedziała, że siebie samej nie oszuka.  To była jedna z tych rzeczy, których wiedziała, że nie nauczy się nigdy. Zresztą może to i dobrze. Jeśli chodzi o dzisiejszy dzień wiedziała, nie będzie mogła prosto w oczy sobie samej powiedzieć z obojętnością, że nic się nie stało i że to wszystko to wynik upału, przepracowania i zdenerwowania.

Nadchodził weekend. Będzie trzeba odpocząć. Postanowiła nie odbierać telefonu służbowego, iść na basen i w końcu spotkać się z Anną – to wstyd nie spotykać się od tak dawna z własną siostrą ciągle wykręcając się pracą. Łatwo stać się wtedy niewolnikiem ciągłego pośpiechu. Czas na zmiany – była tego pewna. Nie chciała za kolejne 100 lat musieć kontynuować swoją historię na pograniczu światów.