Tramwaj

– Pani Moniko, nie ma się czym denerwować. Zaraz wszystko wyjaśnimy.

–   Jak mam się nie denerwować, panie doktorze…? Byłam świadkiem upiornych jak na mój gust wydarzeń, a wszyscy próbują mi wmówić, że miałam przewidzenia. Że albo coś brałam albo mówiąc kolokwialnie, coś podziało mi się z głową.

–    Musi pani mieć świadomość, że zachowywała się pani dziwnie. Zarówno rodzina jak i dwie najbliższe koleżanki z pracy  zaobserwowały u pani drastyczne wahania nastrojów, melancholię aż wreszcie objawy głębokiej depresji. Poza tym podobno opowiadała pani jakieś niestworzone historie…

–   Nie niestworzone, tylko to, co widziałam. Poszłam z tym na policję, ale wyśmiano mnie…

–  A pani dostała ataku histerii i stąd pani znalazła się u nas.

–  Panie doktorze, szpikujecie mnie od kilku dni lekami na uspokojenie; fakt, że dzięki temu po raz pierwszy od dwóch miesięcy mogę przespać znacznie więcej niż dwie godziny pod rząd, ale to nie zmienia faktu, że wiem, co widziałam i jestem pewna że nie był to sen. Nigdy nic nie brałam – nawet zwykłego papierosa nigdy nie spróbowałam, a z leków najmocniejszy, który kiedykolwiek wzięłam to tabletka na gardło dwa lata temu. Nawet kawę pijam sporadycznie i to bardzo słabą…. alkohol? Czasem małe piwo, ale nawet po jednym nigdy nie miałam zwidów.

– Dobrze, proszę więc mi na spokojnie opowiedzieć, czego świadkiem była pani owego feralnego dnia. Proszę niczego nie opuścić… mamy całe popołudnie na rozmowę.

– W tamtą sobotę mieliśmy pojechać na weekend w góry. To znaczy grupa osób z mojej pracy chciała, a ja się dołączyłam w ostatniej chwili. Nie pytałam wcześniej o szczegóły, ale myślałam, że będzie załatwiony autokar, pełna organizacja… Umówiliśmy się przy tamtej ulicy na około ósmą rano. Zaproponowałam jeszcze jednej koleżance i jej siostrze, żeby się z nami zabrały. Spotkałyśmy się 2 przystanki autobusowe od ustalonego miejsca; miałyśmy się przejść przed podróżą. Kiedy byłyśmy już jakieś pół kilometra od celu, zauważyłyśmy, że został otwarty jakiś nowy sklep, właściwie taki zbitek maleńkich straganików w starej kamienicy – wie pan, ciuszki, kosmetyki, różnego typu małe bibeloty i fatałaszki. Robiło się późno, ale wpadłyśmy tam na prośbę koleżanek. Nawet nie zdziwiło mnie, że tego typu sklep jest otwarty o tak wczesnej porze w sobotę – w końcu kiedy lokal jest nowy,  sięga po każdy chwyt, żeby zjednać sobie szybko klientów. Rozdzieliłyśmy się, w pewnej chwili wydało mi się nawet, że je zgubiłam. Kiedy w końcu odnalazłyśmy się, zaproponowałam, żeby skończyły zakupy, a ja za ten czas pobiegnę na miejsce zbiórki i poproszę, żebyśmy zaczekali na nie 5 minut. Przystały na to chętnie. Wypadłam na ulicę i pobiegłam. Na miejscu zobaczyłam kilka osób. Okazało się, że „organizatorzy” nie mieli właściwie konkretnych planów co do przejazdu. Trochę mnie to wkurzyło – niepotrzebnie stracimy kilka godzin na organizowanie drogi. Z tyłu zobaczyłam niewielki budynek  z szyldem „Informacja dla turystów”… To głupie korzystać z czegoś takiego we własnym mieście… Wzięłam ze sobą dwóch kolegów i weszliśmy do środka, żeby zapytać o rozkłady jazdy pociągów i PKSu. I na tym kończy się ta „normalna” część owego poranka..

– Normalna? Co dokładnie ma pani na myśli?

Westchnęła.

– Proszę mówić dalej.

– Może właśnie z powodu tego, że wszystko brzmi tak nieprawdopodobnie, nie chciałam o tym z nikim rozmawiać. Co gorsze, inni świadkowie dalszych wydarzeń uciekali od tematu, czasem nawet sugerowali, że miewam sny na jawie…

Kiedy znaleźliśmy się w środku punktu informacyjnego, stało się coś dziwnego. Z zewnątrz ten parterowy budynek zdawał się byś już wykończony, w oknach dało się zobaczyć jakieś ogłoszenia, numery telefonów informacyjno-alarmowych itp., innymi słowy każdy był przekonany, że ów punkt już jakiś czas temu został oddany do użytku. Tymczasem  wnętrze przypominało środek niedokończonego budynku w stanie surowym. Nie otynkowane ściany – gołe cegły, jakieś przewody wystające z sufitu – pewnie w miejscach, gdzie miały wisieć lampy, goły beton na ziemi, wszędzie pełno kurzu… W budynku było właściwie dość ciemno, nie od razu dojrzałam te wszystkie szczegóły  – taka gęsta ciemność, mimo dość sporych otworów okiennych… Wpadające przez nie światło – a był w końcu bardzo słoneczny poranek – napotykało jakby ścianę i starczało go może na kilka centymetrów od okna. Nagle odniosłam wrażenie, że nie jesteśmy tu sami, choć nie widziałam oprócz naszej trójki nikogo więcej wchodzącego. Było cicho. Wszyscy troje przystanęliśmy, chyba moi koledzy odczuwali to samo, co ja – niepokój, ciarki chodzące po plecach… Staraliśmy się oddychać jak najciszej…

Czy widział pan kiedyś cienie w ciemnym pomieszczeniu? Jeszcze większe „zagęszczenie” ciemności w kształcie ludzkiej postaci, przemykające tuż przed panem?   Zawsze byłam słaba z fizyki, nie jestem bystra, nie mam rozwiniętego zmysłu obserwacyjnego, jeśli chodzi o zjawiska natury fizycznej, typu światło i cień… Ale wtedy to zobaczyłam, moi towarzysze podróży również. Jakby mężczyzna przebiegający w poprzek korytarza; tak skąd wybiegł i tak, dokąd biegł, nie było drzwi w murze. Zdawało mi się, jakbym dostrzegła zarys kasku z daszkiem na jego głowie. Potem poczułam, że jest „ich” więcej. Nie czekałam dłużej, pociągnęłam znajomych za ręce i zaczęłam biec ku wyjściu – nie rozglądałam się, chciałam jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Kiedy dotarliśmy do drzwi i wyszliśmy na ulicę, wewnętrzny niepokój zaczął od razu znikać – pewnie pod wpływem światła słonecznego i ciepła. Nie odzywaliśmy się do siebie, jakby każde z nas podświadomie dawało znać pozostałym, że nie chce poruszać tego, co zdarzyło się przed chwilą. Uznawaliśmy się zawsze za twardo stąpających po ziemi realistów. A tu zjawy, niewytłumaczalne odczucia towarzyszące nam w środku, dziwna, przytłaczająca ciemność…

Ustaliliśmy z pozostałymi, że po prostu udamy się na dworzec – autobusów i pociągów w góry jest wiele, najdalej za godzinę spodziewaliśmy się być już w drodze. Ruszyliśmy, jednak mimo poczucia straty cennego czasu, jakby coś zmuszało nas do spacerowego kroku… Dzień robił się naprawdę piękny i może tęsknota za słońcem po długiej ponurej zimie sprawiała, że chcieliśmy go kosztować jak najdłużej.

Potem spostrzegłam coś, czego do tej pory nie widziałam w tej okolicy – ulica zdawała się biec pod górę; od pewnego momentu nie widziało się jej dalszego ciągu – jakby osiągnęła szczyt jakiegoś pagórka, a potem spływała po drugiej jego stronie. Ale nadal biegły po niej tory tramwajowe. I wtedy zobaczyłam ten tramwaj. Nie zdziwiło mnie zbytnio, że był to jedno wagonowy pociąg, charakterystyczny dla czasów przed albo zaraz powojennych, ale odświeżony, pomalowany na jaskrawo-jasnoniebieski kolor. I może nawet nie zwróciłabym na niego uwagi – w końcu różne firmy, czy organizacje charytatywne organizują najrozmaitsze akcje czy zbiórki pieniędzy, wykorzystując do tego starsze modele tramwajów, ale ten chwiał się nienaturalnie na boki. Przejechał koło nas; nie odwróciłam się jednak, ani nie przyglądałam mu zbytnio, kiedy był najbliżej mnie. A po chwili usłyszałam hałas – taki tępy, jakby przewracało się coś wielkiego. Odwróciłam się – tramwaj leżał na prawym boku. Na ulicy zapanowała nienaturalna cisza. Żadnych krzyków, jęków… Świadkowie zdarzenia jakby wrośli w chodnik i osłupieli. Zamilkli, stali i wybałuszali oczy, sprawiali wrażenie, jakby z przerażenia nie mogli oddychać, łapali krótkie, płytkie oddechy. Wtedy zobaczyłam podbiegającego do tramwaju misiowatego blondyna. – „Trzeba coś zrobić!” – krzyknął – „Musimy ich wyciągnąć. Może ktoś jeszcze żyje”. Bezwiednie podbiegłam bliżej i zobaczyłam, że wyciąga przez okno chłopca – do teraz pamiętam – chłopca w jasnym, wełnianym swetrze. Dopiero po chwili zorientowałam się, ze coś jest nie tak… Chłopiec nie był pokrwawiony, ale jakby zamazany. Można było łatwo rozpoznać miejsce, gdzie była jego głowa, ale była ona nienaturalnie płaska, a rysy zamazane. Czy kiedyś drgnęła panu ręka, kiedy robił pan zdjęcie grupce ludzi?

– Niejednokrotnie; postaci są wtedy takie rozmazane… O to pani chodzi?

– Właśnie – rozmazane,  czasem po prostu nieostre. Patrząc na tego chłopca miałam właśnie takie wrażenie. Machinalnie cofnęłam się. Potem, nawet nie wiem, jak to się stało, oddaliłam się nieco. Koło mnie wstrząśnięta wydarzeniem młoda dziewczyna tuliła się do swojego chłopaka. Wymieniliśmy spojrzenia. Na twarzach wszystkich widać było przerażenie, Może niedowierzanie. Spojrzałam jeszcze raz na tramwaj – z daleka wydawało mi się, że we wnętrzu jest sporo ludzi – podświadomie, mimo nadziei, wiedziałam, że wszyscy nie żyją. Odniosłam wrażenie, jakby była tam oprócz nich coś jeszcze – jakby z jakiegoś materiału, przypominającego sweter tego dzieciaka… Stałam tak w odrętwieniu. Wiedziałam, że przyjechały różne służby, że coś robią, a wszystko odbywało się w nienaturalnej ciszy…

– Co było potem?

– Później snułam się po mieście jak we śnie… Wróciłam do domu. Rodzina trochę się przestraszyła –podobno byłam blada jak ktoś ciężko i długo chory… Bali się, czy nie przydarzyło mi się jakieś „nieszczęście”, coś, co by dotyczyło mnie bardziej bezpośrednio, niż bycie świadkiem czyjejś tragedii…

– Hmm… Z tego, co słyszę, dostrzegła pani mnóstwo szczegółów.

– Też wydaje mi się to dziwne. Czasem miałam wrażenie, że to był koszmarny, choć wyraźnie zapamiętany sen. Dziwna atmosfera tego dnia, a później na dodatek  ta  „zmowa milczenia”.

– Czy jest coś jeszcze, co chciałaby pani na ten temat powiedzieć?

– Zdziwiło mnie jeszcze tylko jedno. Tramwaj przewrócił się na równej drodze, nie jadąc specjalnie szybko, nie hamując gwałtownie. Nie widziałam w środku ani kropli krwi, tylko ten dziwny materiał… Jakby ktoś owinął tych ludzi  w wełniany, jasny kokon… Wpadło mi nawet do głowy, czy oni aby jeszcze żyli, kiedy ten tramwaj jechał… Chyba nikt nie słyszał żadnych krzyków ze środka, kiedy pojazd się przewracał…

–  Hmmm… Nie jestem specjalistą od tramwajów – lekarz uśmiechną się leciutko, lecz uśmieszek szybko znikł z jego ust. – Pani Moniko, dziękuję pani za rozmowę; proszę teraz iść na kolację, zjeść coś, wziąć leki i się porządnie wyspać.

–  Ale panie doktorze, mam wrażenie, że pan mi nie wierzy…

– Proszę dać mi czas na przeanalizowanie tego wszystkiego. Do jutra i tak nic nie zrobimy. A we wtorek o dwunastej jest konsylium – będziemy omawiać przypadki nowych pacjentów.

Lekarz delikatnie wypchnął Monikę na korytarz i skinął na pielęgniarza.

–  Proszę odprowadzić panią do jadalni i dopilnować, by się najadła, wzięła leki i poszła dziś wcześnie spać.

Rzucił jeszcze dziewczynie uśmiech i wrócił do gabinetu. Monika zrozumiała, że nie warto się opierać. Wiedziała, że tu nie zyska wsparcia, nie zyska go od nikogo, kto jej nie wierzy. Czyżby pozostali świadkowie byli od niej silniejsi emocjonalnie, umieli lepiej wymazywać z pamięci  traumatyczne wspomnienia albo wcześniej zrozumieli, że to co mają do powiedzenia brzmi jak gadka wariata albo pijanego? Nie pozostawało jej nic innego, jak grzecznie brać leki i próbować się dzięki nim uspokoić. Może wtedy potraktują to wszystko jako chwilowe załamanie nerwowe i ją wypuszczą… A później przyjdzie jej po prostu z tym żyć. Zadrżała – jak można z czymś takim żyć ot tak? Udało się jej przełknąć kilka kanapek, posłusznie wzięła leki i  zapadła w głęboki sen bez żadnych obrazów.

 

– Panowie, musimy się pilnować; nie wiemy ilu jeszcze świadków owej zbiorowej halucynacji pozostaje poza murami naszego zakładu – ordynator spojrzał niespokojnie na stertę  teczek nowych pacjentów – wszyscy zjawili się w ostatnim tygodniu, opowiedzieli tę samą historię, opisując przy okazji wygląd co niektórych innych świadków, z których kolejny zjawiał się zawsze najpóźniej następnego dnia.

–  Tak, eksperyment z wypuszczeniem tego nowego gazu był ryzykowny, ale rząd przygotowuje się na wypadek wojny. Wszyscy wiemy jak to jest z uzbrojeniem naszych wojsk.

Pomruk dezaprobaty przetoczył się przez pokój.

– Widzimy więc, że gaz działa na wszystkich, którzy wcześniej nie zażyli Panaceum.

–    A co ze składem panie ordynatorze? Nikt z nas chyba nie zna ani składu gazu ani panaceum. Spisujemy tych wszystkich niewinnych ludzi na stracenie? Wiedząc to i owo chociażby o podstawowych składnikach, moglibyśmy ich wyleczyć, zastosować jakiś środek na zapomnienie, może terapię na wybiórcze wymazanie wspomnień… W takim stanie nikt z nich nie jest zdolny do samodzielnego życia. Mamy im pozwolić popełnić samobójstwo?

–   Panowie, spokojnie, odtrutka już doszła. Jest tylko jeden problem – jako że to nasza niejako grupa doświadczalna, dopiero zobaczymy jak ów środek będzie działał. Dziś  każdy z pacjentów dostanie nową tabletkę – nikt nie pozna co to takiego, bo w wyglądzie i smaku jest identyczne z antydepresantami, które dostawali do tej pory.

–   Ale to chyba nieetyczne…

– Panie kolego – wypełniamy tajne polecenie władz. To już nie nasza sprawa czy to etyczne czy nie. Widzimy się jutro, proszę obserwować pacjentów i zdadzą mi państwo dokładna relację z pierwszych godzin po podaniu odtrutki. Jeśli wszystko się uda, nasz kraj jako pierwszy będzie mógł zastosować w ramach broni zbiorowa halucynację na wrogu.

W tym momencie do pokoju wpadła dyżurna pielęgniarka.

–  Panie ordynatorze…!!! Ta nowa paczuszka, o której pan mówił – znikła z sejfu. Nikt nic nie widział…!

–  Pani Aniu, co pani opowiada?! – ordynator zbladł jak ściana.

– No tak panie ordynatorze, siedziałam tam z ochroniarzem jak pan przykazał – kołkiem; otwarłam sejf, żeby rozdzielić lek z paczuszki według pana wskazań, a jego tam już nie było…

Lekarze popatrzyli po sobie.

–  Panowie; to co usłyszeliśmy nie ma prawa wyjść poza ściany tego pokoju. Naszą grupę doświadczalną musimy kurować znanymi nam środkami; ja sam napiszę raport, że odtrutka nie przyniosła żadnych pozytywnych skutków. Resztę zostawimy rządowi – albo zrezygnują  z dalszych badań albo będą je kontynuować i niedługo przyślą nowy lek na próbę.

Wszyscy opuszczali pokój w ciszy, ze zwieszonymi głowami. Każdy ruszył do swojego gabinetu. Sprawozdania zostały napisane i wysłane do rządu. Ten zaniechał dalszych badań uznając metodę za zbyt nowatorską i wobec tego za zbyt nieprzewidywalną. Może kiedyś do niej ktoś powróci… Może przeczyta o aktach 30 pensjonariuszy pewnego szpitala psychiatrycznego i pomoże im choć na krótki czas powrócić do normalności… Może…