W obcej skórze

Prolog

 

I

Teresa usiadła i zaczęła wyglądać przez okno. Tak, Renata miała rację: leżeli na całego. Mateusz ciągle jeździł po kraju za pracą, ale ostatnio o dobre zlecenie było ciężko, mimo że dwoił się i troił. I jeszcze teraz ich dom… Wystarczyła trwająca trzy godziny ulewa.

Zaczęła się nagle; chmury nadciągnęły dosłownie znikąd, przyciągnięte gwałtownym wiatrem. Stary, rodzinny dom Teresy okazał się być w gorszym stanie, niż można to było ocenić na pierwszy rzut oka. Bóg jeden wie, kiedy był ostatnio solidnie remontowany.

Dziadkowie i rodzice Teresy łatali i odświeżali to i owo co jakiś czas, ale o czymś poważniejszym nie było mowy. Czasy świetności – również tej finansowej – rodziny, dawno minęły.

Dom zbudował prapradziadek Teresy, który wraz ze swym ojcem – Włochem – i matką – Polką – przyjechał do miasta w XIX wieku.

Historia rodziny ginęła w mrokach przeszłości… Wiadomo było tylko, że ma ona korzenie po części szlacheckie, a po części kupieckie. A chodziło o bogatych, dobrze sytuowanych kupców, zajmujących się interesami w Europie i poza nią, kupujących i sprzedających artykuły luksusowe, takie jak wysokiej jakości tkaniny, ubrania, czy biżuteria.

A teraz Teresa wraz z córką i dojeżdżającym do nich od czasu do czasu mężem musieli zadowolić się wprawdzie dwupokojowym, ale nie będącym w zbyt dobrej kondycji mieszkaniem, gdzie zostali umieszczeni przez władze miasta.

– Mają państwo ogromne szczęście z tym mieszkaniem – mówił jej urzędnik zajmujący się sprawą. – Pierwszy raz od wieków zdarza się, że rodzinie w nagłej potrzebie możemy od razu zaoferować lokal zastępczy.

Mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze trzypiętrowej, starej kamienicy na obrzeżach miasta.

Teresa starała się utrzymać samą siebie i córkę w przekonaniu, że najgorsze mają za sobą i teraz może być już tylko lepiej. Ale czy faktycznie? Czy kiedykolwiek uda im się doprowadzić zrujnowany przez wodę dom do stanu używalności? Ledwo starczało im na względnie godne życie. Renata  miała piętnaście lat i typowe dla nastolatki potrzeby. Nowy ciuch czy kosmetyk i to wcale nie z najwyższej półki – o to prosiła od czasu do czasu. Trudno było zawsze tego odmawiać dorastającej dziewczynie.

Teresę z zadumy przywołał do rzeczywistości dzwonek do drzwi. Tragarze! Mieli przywieźć jeszcze trochę rzeczy z ich domu! Kobieta zerwała się z krzesła i dopadła drzwi przy akompaniamencie nerwowo naciskanego dzwonka.

 

II

Za drzwiami stało dwóch tragarzy.

– Mamy ostatnie pudła dla pani – zaczął bezceremonialnie starszy, kiedy Teresa wpuściła ich do środka.

Mężczyźni wnieśli do mieszkania pięć pak.

– A to chyba nie moje – Teresa wskazała na drugą pod względem wielkości skrzynię.

– To rupiecie ze strychu. – wyjaśnił wyższy tragarz. – Różne starocie, ale pomyśleliśmy, że mają wartość… jak to się mówi? Sentymentalną.

– Hm… Bardzo panom dziękuję.

– Proszę podpisać wykonanie usługi, bo nam nie zapłacą.

– Oczywiście, proszę bardzo. I jeszcze raz: dzięki.

Kiedy za tragarzami zamknęły się drzwi, Teresa od razu ruszyła ku pudłu z rzeczami ze strychu. Otwarła je delikatnie i niemal z namaszczeniem.

 

Na strychu domu rodzinnego bywała rzadko. Myślała czasem, żeby zrobić tam porządek, ale zawsze coś stawało jej na drodze – była zbyt zajęta lub zmęczona. Nareszcie miała szansę, żeby przyjrzeć się temu, co leżało od dziesięcioleci na ostatniej kondygnacji budynku, pokryte kurzem i pajęczynami.

Na wierzchu leżały jakieś stare mapy, wachlarz, lornetka teatralna, niewielki obrazek przedstawiający starszą kobietę, kilka książek, w tym modlitewnik i kieszonkowe wydanie Biblii, dwa albumy ze zdjęciami oraz pakunek owinięty w szary papier i przewiązany butwiejącym już sznurkiem.

Teresa przyjrzała się zawiniątku zaintrygowana. Odłożyła pozostałe rzeczy z powrotem do kartonu, a paczkę położyła na stole pod oknem. Co było w środku? Kobieta nie zastanawiała się długo. Przecięła sznurek i wprawnym ruchem rozwinęła papier. Oczom jej ukazał się długi kaftan z jakiegoś szlachetnego materiału. Granatowy, zdobiony wzorzystymi naszywkami w różnych kolorach. W mankiety i kołnierz również dodatkowo wszyto maleńkie błyskotki. Teresa włożyła okulary i przyjrzała się im staranniej.

– Nie, to niemożliwe… – wzięła jeszcze szkło powiększające. – To jakieś kamienie szlachetne i ich okruchy… A może podróbki?

Kaftan miał oryginalny krój i był dopracowany pod każdym względem. Czy ktoś do ozdoby tak kunsztownie wykonanej szaty użyłby zwykłych jarmarcznych świecidełek?

W tym momencie z poły kaftana wyleciała książka wielkości zeszytu, ale dość gruba i oprawiona na twardo. Teresa podniosła ją. Na brązowej okładce ani na płóciennym grzbiecie nie było żadnego tytułu. Jak to się stało, że nie zauważyła, ani nie wyczuła przez materiał tej grubej knigi?

Kobieta podeszła ze znaleziskiem bliżej do okna, żeby skorzystać ze światła dziennego. Otwarła książkę i przekartkowała ją szybko. „To chyba jakiś notatnik…” – pomyślała. Już pierwsza strona była zapisana drobnym, ale starannym pismem. Jednak jego wielkość sprawiała, że Teresa – żeby odczytać tekst – musiała znów użyć szkła powiększającego.

Kilka pierwszych stron było poświęconych wykonaniu stroju – począwszy od rodzaju i pochodzenia materiału i naszywek, po rodzaj szwów i opis wykorzystanych ozdób. Kobieta nie myliła się; do jego uszycia użyto drogich i najlepszego rodzaju tkanin i nici. A świecidełka były faktycznie okruchami i całymi kawałkami kamieni szlachetnych.

– To może być warte majątek – w Teresę wstąpił zupełnie nowy duch. – W dodatku strój jest w świetnym stanie.

Kobieta zaczęła szukać w notesie jakiejś daty sugerującej czas wykonania kaftana. Na poszukiwaną informację natrafiła niemal od razu – jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, natychmiast spełniającej życzenia.

– 1650! – kobieta ze zdziwienia prawie usiadła. – Trzysta pięćdziesiąt lat i taki świetny stan? Nawet w przypadku renowacji to niemożliwe! Podróbka?! Żart?!

Pytania mnożyły się bez przerwy. Czy komuś chciałoby się robić taki kosztowny, czasochłonny i wymagający tyle zachodu kawał? Kto i komu chciałby go zrobić? Zwłaszcza, że ręczne wykonanie takiego stroju musiało wymagać dodatkowo niebywałego kunsztu…

– Dam go do sprawdzenia i wyceny. Ale najpierw przeczytam cały notatnik.

Teresa odwróciła kolejną kartkę i jej oczom ukazał się herb jej rodziny.

– Czyżby autorem notatek był ktoś z moich przodków? Całe szczęście, że nam trochę włoski – na tyle przynajmniej, żeby zrozumieć ogólny sens…

Teresa przystawiła do okna fotel, usiadła wygodnie i zaczęła czytać.

 

III

Mistrz, zgodnie z obietnicą, wykonał kaftan. Wynagrodziłem go sowicie. Zażądał jednak, by obiecać mu jedno: że strój nigdy nie opuści rodziny; bez względu na stan finansów czy koligacji mamy go ani nie sprzedawać, ani nie darowywać nikomu, w czyich żyłach nie płynie nasza krew lub kto nie jest z nami blisko skoligowacony. Mamy go też strzec jak oka w głowie przed kradzieżą.

Wszystko to było dla nas oczywiste, ale przyrzekliśmy. Nie dopytywałem o powód potrzeby tej obietnicy. Uznałem, że taka sława jak mistrz, który jest już leciwym człowiekiem, ma prawo mieć życzenia niezrozumiałe do końca dla innych.

Kaftan jest prezentem ślubnym dla mojego syna. Synowa otrzyma biżuterię rodzinną.

***

Zdarzyła się rzecz straszna! Mój syn został napadnięty i obrabowany…

Młodzi pojechali do naszej wiejskiej rezydencji, odpocząć po wojażach zagranicznych odbywanych podczas miesiąca miodowego.

Drugiego wieczora synowa znalazła mojego syna nieprzytomnego, z raną głowy, na progu domu. Zniknął kaftan i – jak się niedługo później okazało – zarządca naszej wiejskiej posiadłości. Niewdzięcznik! Wiodąc godne życie, podniósł rękę na swojego pracodawcę i wyciągną ją po jego własność. Sam wzbogacił się na dotychczasowej pracy – zawsze sowicie wynagradzam za szczery trud – powie to każdy nasz najemnik i najzwyklejszy służący. Doceniamy oddanie i dajemy temu wyraz w wynagrodzeniu.

Co się naprawdę wydarzyło? Winowajca znikł bez śladu. Nie wiem, czy kiedykolwiek się dowiemy, jaki miał motyw. Czy chodziło tylko o chciwość?

Muszę odnaleźć mistrza i zapytać, co teraz nam grozi. Nie dochowaliśmy obietnicy.

 

Syn odzyskał przytomność, ale nie chce nic powiedzieć. Czy on sam przyczynił się do niegodziwych działań zarządcy?

 

 

Bez wyboru

 

Niewiele pamiętam. Wiem, że przyjechał syn naszego pana, z żoną. Pierworodny naszego pracodawcy bardzo różni się do swojego ojca, który chyba sobie z tego nie zdaje sprawy. Panicz nie szanuje ludzi, którzy pracują od lat dla jego rodziny.

Tego wieczoru przechadzał się w tym piekielnym kaftanie, który jego ojciec zamówiła kilka lat temu, kiedy ogłoszono, że w przyszłości nastąpią zaręczyny dziedzica z córką bliskiego przyjaciela naszego chlebodawcy. Kiedy młodzieniec nosi to ubranie, można odnieść wrażenie, że jego wady panują nad nim jeszcze bardziej. Duma, próżność i poczucie braku odpowiedzialności za swoje czyny… Obraził pracowników kuchni, spoliczkował – nie wiadomo za co – osobistego lokaja. Kiedy zaczął w niedwuznaczny sposób nagabywać pokojówkę, która właśnie wyszła z domu, nie wytrzymałem. Było o krok od nieszczęścia i wstydu dla rodziny. Uderzyłem go – może zbyt mocno. Upadł i rozbił sobie głowę o korzeń. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale zdarłem z niego ten kaftan i uciekłem. Biegłem tak długo, aż opadłem kompletnie z sił. Serce kołatało mi strasznie, nie mogłem złapać tchu. Schowałem się w jakiejś opuszczonej, zrujnowanej chacie i zasnąłem…

 

Obudził się w pięknym pokoju. Stała nad nim starsza kobieta.

– Paniczu, śniadanie! Pani prosi, żeby panicz zszedł i dotrzymał jej towarzystwa przy posiłku.

– Ale co, jak, gdzie?

Uniósł głowę z poduszki  i poczuł przeszywający ból w skroniach. Skrzywił się i syknął.

– Balował panicz pół nocy i oto skutki – w głosie kobiety dała się słyszeć kpina.

Spojrzał na kobietę z wyrzutem, ale czuł, że nie może się na nią gniewać.

Przyjrzał się jej dokładniej. Była niewysoka i trochę przysadzista. Włosy – już siwiejące, niegdyś chyba kruczo czarne – były upięte z tyłu głowy w niewielki kok. Ubrana jak służąca, ale mężczyzna czuł, że była dla niego kimś szczególnym, kogo szanował.

– Paniczu, dlaczego panicz się tak na mnie gapi, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu?

– Ale ja… Przecież… Pani…

– Pani?! – obruszyła się kobieta. – Pani?! Wyniańczyłam panicza i służę do dziś, a panicz do mnie na per pani?

– Nie chciałem – usłyszał swój skruszony głos, który wydał mu się nieco obcy. – Przepraszam… Ja…

– No dobrze już dobrze – oblicze kobiety znów się rozjaśniło. – Najwidoczniej nie wyrósł panicz jeszcze z niektórych szczeniackich figli. Proszę szybko wstawać i nie kazać pani matce zbyt długo czekać. Przygotowałam ubranie – kobieta wskazała na sofę pod ścianą i wyszła z pokoju.

Mężczyzna wstał i podszedł do toaletki z lustrem, pod którym stała miednica z wodą. Obmył twarz i spojrzał w zwierciadło. Nie do wiary! Rysy niby te same, ale jakby szlachetniejsze… Włosy przycięte według mody panującej wśród bogaczy.

Spojrzał na sofę. Pozostawione przez służącą ubranie także nie pozostawiało ani krzty wątpliwości – należało do osoby bogato urodzonej.

Nie było w tej chwili czasu do namysłu. Ubrał się szybko i wyszedł z pokoju. Znalazł się w korytarzu. Gdzie teraz? Kobieta mówiła, że ma zejść na śniadanie, jadalnia musi być więc na dole. Schody… Są! Zszedł dosyć wąską, najwyraźniej boczną, klatką schodową i znalazł się w przestronnej, jasnej jadalni z dużymi oknami wychodzącymi na ogród, najprawdopodobniej znajdujący się z tyłu domu. Na środku stał suto zastawiony stół.

– Henryku! Nareszcie jesteś! Siadaj wreszcie!

Siedząca przy końcu stołu, na kunsztownie rzeźbionym, drewnianym krześle kobieta machała na niego z niecierpliwością, wskazując miejsce obok siebie. Podszedł posłusznie i usiadł.

– Dzień dobry, matko – powiedział skłoniwszy głowę. Musiał jednocześnie zrobić jakąś śmieszną, zaskoczoną minę – faktycznie był zszokowany tym, jak zwrócił się do obcej, bądź co bądź, osoby – bo kobieta uśmiechnęła się mimowolnie. Spoważniała jednak natychmiast.

– Teresa znów się na ciebie skarżyła.

– Teresa?

– Henryku, ty wciąż jeszcze śpisz! Tak, Teresa! Kobieta, która się tobą zajmowała od maleńkości i która wciąż wiernie ci służy!

Mężczyzna opuścił głowę.

– Słusznie się wstydzisz. Henryku, masz już swoje lata. Czas żebyś się ustatkował i przejął schedę po ojcu. Ja przestaję mieć już siłę, żeby trzymać na okrągło rękę na pulsie w całym naszym dobytku. Dziadek stworzył rodzinny interes, żeby kolejne pokolenia mogły żyć w dobrobycie, ale tu potrzeba męskiej ręki i stanowczości. Wiesz, że w dzisiejszych czasach kobieta musi kilka razy dłużej pracować na ogólny szacunek jako głowa rodziny, a cóż dopiero osoba prowadząca firmę. Henryku, mówię do ciebie!

– Tak, słucham.

– Ale połowy nie usłyszałeś, a druga połowa od razu się gdzieś ulotniła.

– Nie, matko. Po prostu ja nie znam się na interesach. Może trochę na zarządzaniu, ale na prowadzeniu czegoś większego, nie.

– Co ty opowiadasz?! – matka wydawała się być zgorszona. – Po co kończyłeś szkoły?! Po co jeździłeś z ojcem po świecie, kiedy wyruszał w interesach?! Miałeś się w ten sposób wdrożyć…

– No tak, ale… jednak to nie dla mnie…

– Henryku! Jesteś jedynym spadkobiercą! Nasz majątek nie może iść ot tak na zmarnowanie. Nie masz wyjścia! Poza tym ojciec zawsze twierdził, że się w niego wrodziłeś i że świetnie ci szło. Pod jego czujnym okiem zacząłeś odnosić pierwsze sukcesy…

Henryk siedział bez ruchu. Patrzył w do połowy opróżniony talerz. Matka wytarła usta i znacząco spojrzała na syna. Poczuł jej wzrok na sobie, więc podniósł głowę. Zrozumiał. Śniadanie dobiegło końca. Odłożył więc sztućce. I tak by już nic nie przełknął. Kobieta wstała, ale będąc już w drzwiach, odwróciła się jeszcze i tonem nie znoszącym sprzeciwu, rzekła:

–  Dziś przyjeżdża na kolację także Mikołaj z córką. Pamiętasz Zofię, prawda?

Henryk niepewnie kiwnął głową.

– Nie wybieraj się więc nigdzie dzisiejszego wieczoru. Wiesz, że ta rodzina także składa się z najbardziej znaczących obywateli nie tylko w mieście, ale i w całej okolicy. Mikołaj chętnie widziałby w tobie swojego zięcia. A i Zofia jest ci przychylna. To było widać podczas ostatniego balu karnawałowego. Proszę więc, nie, żądam wręcz stanowczo, żebyś tego nie zaprzepaścił.

Ostatnie zdanie matka wypowiedziała tonem nie znoszącym najmniejszego sprzeciwu. Henryk od razu domyślił się, że jest osobą twardą, która – jeśli coś postanowi – uznaje to za jedyne możliwe wyjście. Pewnie tego nauczyło ją kilkuletnie samodzielne sprawowanie zwierzchnictwa nad rodzinnym interesem i włościami.

Henryk został sam w jadalni. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Przywykł, że niemal każdą chwilę wypełnia mu praca i osobista kontrola nad pracą na folwarku jego pana. Tu nie musiał podejmować się takich zajęć. W głowie zaczęły mu się kłębić kolejne pytania. Skąd i jak się tu znalazł? Ci ludzie najwyraźniej go znają, a on ich nigdy wcześniej nie widział. Ubiory odbiegały nieco od tych, które znał. Który może być rok? Co to za miasto? Rozumie i mówi w jakimś innym, od rodzimego języku. Jak wobec tego tutejszej rodzinie wytłumaczyć kim tak naprawdę jest? Nie umiał przecież nawet wytłumaczyć tajemnicy swojego pojawienia się…

– Panicz znowu myśli o niebieskich migdałach – z zamyślenia wyrwał go głos Teresy. – Niech Henryk idzie odpocząć, bo dzisiejsza kolacja na pewno przeciągnie się do późnej nocy. Panicz musi być przytomny. Spodziewamy się dzisiaj więcej ważnych gości. Matka chyba już o tym uprzedziła.

Henryk ruszył do swojego pokoju. Było mu nawet na rękę, że mógł pobyć sam i przynajmniej spróbować uporządkować myśli. Na razie nie znalazł odpowiedzi na żadne ze swoich pytań, ba, wydawało się nawet, że oddala się od znalezienia odpowiedzi.

Kiedy zamknął za sobą drzwi pokoju, oparł się o nie plecami; siły go opuściły prawie doszczętnie. Jego uwagę przykuł przewieszony przez zdobioną poręcz łóżka kaftan. Dopiero teraz mężczyzna dostrzegł w pełni jego piękno. Kolory, jakość materiału, ozdobne wzory inkrustowane drobinkami kamieni szlachetnych i złotą nicią…

Henryk westchną i utkwił wzrok w podłodze. Czy będą go ścigać za to co zrobił? Czy przyjdzie im do głowy, że on – zarządca – został wzięty za bogacza i członka szanowanej rodziny? A może przestał być już sobą? Kim więc był?

Rozbolała go głowa. Runął ciężko na łóżko i usnął kamiennym snem.

Obudził się późnym popołudniem. Ostatnie promienie słońca ślizgały się po meblach. Mężczyzna przez chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje. Dopiero po chwili przypomniał sobie wydarzenia dzisiejszego poranka. Podniósł się ciężko i wstał. W tym momencie do pokoju weszła Teresa.

– Panicz jeszcze nie gotowy? Goście niedługo zjadą.

Henryk bez sprzeciwu poddał się zabiegom kobiety. Został ogolony, uczesany i pokropiony drogą wodą kolońską.

Później Teresa przygotowała spodnie, białą koszulę i buty – wszystko bardzo szykowne, tworzące wspaniałą całość. Na końcu, nie pytając o nic, podała mu kaftan. Zawahał się przez sekundę, zanim po niego sięgnął. Kiedy go założył, poczuł się faktycznie jak ktoś wyjątkowy, cieszący się należnym mu uznaniem, zasługującym na szczególne traktowanie. Spojrzał w lustro i na chwilę oniemiał z zachwytu nad samym sobą.

 

Matka przysłała po niego sługę; ucieszył się; nie mógł się przecież przyznać, że nie wie, gdzie znajduje się komnata zwana „jadalnią gościnną”. Posłaniec tymczasem doprowadził go do samych jej drzwi, po czym skłonił się i odszedł.

Henryk wszedł do środka. Znalazł się w dużej komnacie, oświetlonej ogromną ilością świec i ogniem buzującym w pokaźnych rozmiarów i niezwykle pięknie zdobionym kominku. Po środku stał suto zastawiony stół  z nakryciami dla około dziesięciorga biesiadników.

Służba dyskretnie przemykała pod ścianami, doglądając wszystkiego i będąc gotową do służenia w każdej chwili.

– Chodź witać ze mną gości – usłyszał za sobą głos matki. – Co się z tobą ostatnio dzieje?! Do wszystkiego cię trzeba popychać, niczym małe dziecko! Muszę ukrócić te twoje całonocne wypady nie  wiadomo dokąd i z kim!

Szedł za matką ze spuszczoną głową, jak uczniak, który narozrabiał. Stanęli przed wejściem do domu. Zapadał zmierzch, więc słudzy zapalili pochodnie oświetlające gościniec.

– Nie stójżesz, jak skazaniec przyprowadzony na śmierć! Twoja pozycja społeczna do czegoś cię zobowiązuje. Przynosisz wstyd rodzinie – usłyszał szept matki, syczący i wściekły. Wyprostował się więc i uniósł wysoko głowę. Starał się, by wyraz jego twarzy nie zdradzał tego, co działo się w jego głowie.

W tym momencie na gościniec wjechały trzy powozy. Naśladując matkę, Henryk witał uprzejmie wysiadających z nich gości. Obok jednego z mężczyzn szła młoda dziewczyna; syn pani domu domyślił się, że to musi być Mikołaj z córką.

„To przecież jeszcze dziecko” – pomyślał – „może mieć z siedemnaście lat. A matka i ten cały Mikołaj chcą zaaranżować nasze małżeństwo! Jestem od niej prawie dwa razy starszy! No i mam już żonę… Co robić?!”

Pochód powoli doszedł do jadalni. Wszyscy zasiedli do stołu, a służba zaczęła podawać wspaniale przyrządzone dania.

Matka niemal do wszystkich zwracała się per „kuzynie”; szczególnie uprzejma była wobec Mikołaja. Zofia tymczasem siedziała, jak na skromną dziewczynę przystało, z nieco opuszczoną głową; od czasu do czasu unosiła do ust maleńką porcyjkę strawy. Henryk dwa razy uchwycił jej spojrzenie, kiedy dziewczyna odważyła się spojrzeć na niego w przelocie. Kiedy napotykała jego wzrok, czerwieniła się i znów opuszczała oczy.

– Czyli ustalone – usłyszał pośród gwaru głos matki. – zaręczyny za równy miesiąc.

Przy stole zapanowała radosna wrzawa. Wszyscy porzucili prowadzone między sobą rozmowy, zaczęli wznosić toasty i pozdrawiali Henryka, Zofię oraz Mikołaja i panią domu.

Rozmowy przeszły na inne tory – dotyczyły majątków obu rodzin oraz zarządzania nimi. Henryk i Zofia nie brali w nich udziału. Czasem ktoś zwracał się z jakimś pytaniem do Henryka, jednak ten nie umiał odpowiedzieć, używał więc jakiejś grzecznościowej wymówki lub odsyłał z danym zagadnieniem do rodzicielki.

Myśli mężczyzny coraz gwałtowniej krążyły wokół jego sytuacji. Miał poślubić tę dziewczynę, choć nie był tym Henrykiem, za którego go wszyscy uważali. Co robić?! Nikt nie uwierzy w jego historię, uznaliby go za szalonego i wylądowałby nie wiadomo gdzie. Z ulgą doczekał do końca biesiady. Goście mieli nocować w przygotowanych specjalnie pokojach.

Henryk nie mógł zasnąć i o pierwszym świcie wymknął się na spacer. Ku swojemu zdumieniu, po drugiej stronie ogrodu spotkał Zofię. Ukłonił się jej i chciał odejść, ona jednak go zatrzymała.

– Ani razu nie spojrzał pan na mnie, odkąd ogłoszono przybliżoną datę naszych zaręczyn. Czy nie podobam się już panu? Czy coś poszło nie po pana myśli?

– Jest pani piękna.

Dziewczyna zaczerwieniła się, było to widać nawet w  skromnym jeszcze świetle budzącego się dnia.

– Proszę mi wybaczyć – wyszeptała. – Jestem taka szczęśliwa! Od zawsze pan mi się podobał. Nigdy jednak nie śmiałam marzyć, a co dopiero wierzyć, że kiedyś zostanę pana żoną.

Henryk wpadł niemal w rozpacz.

– Proszę mi wybaczyć, ja nie mogę pani poślubić! Wszyscy uważają mnie za kogoś innego, niż faktycznie jestem…

Dziewczyna zbladła; na jej twarzy zaczęło malować się przerażenie.

– Co też pan opowiada! Przecież pan tu mieszka od dawna! Wszyscy to potwierdzą!

– Ani pani, ani nikt stąd tego nie zrozumie! Moje serce należy od lat do innej; ja już ślubowałem miłość…

Przerażenie dziewczyny powoli przekształciło się w złość.

– Pana matka miała rację. Podsłuchałam, jak rozmawiała z moim ojcem. Mówiła, że ostatnio zachowuje się pan dziwnie, ale nie wspominała, że można pana podejrzewać o szaleństwo!

– Ależ…

– Niech pan mi nie przerywa! Nie wie pan, że bogactwo i luksus materialny do czegoś zobowiązują?! Nie jesteśmy stworzeni do samodzielnych wyborów w wielu kwestiach!

– Proszę mi wybaczyć! – rzucił jej ostatnie spojrzenie i pobiegł w stronę rezydencji. Wpadł do swojego pokoju, porwał kaftan i wybiegł na zewnątrz. Niezauważony przez nikogo opuścił posiadłość.

 

 

Szedł opłotkami i zagajnikami, żeby nikogo nie spotkać. Wiedział, że jego kaftan może wzbudzać podejrzenia i spowodować wiele niewygodnych pytań. Strój zabrany synowi pracodawcy jak do tej pory nie przyniósł mu nic dobrego. „Oddam go pierwszej napotkanej osobie za trochę jadła lub kilka groszy” – postanowił.

Akurat znalazł się w pobliżu niewielkiej wioski. Drogą szedł pastuch goniąc przed sobą stadko gęsi. Parobek pokłonił się pięknie ubranemu nieznajomemu. Henryk kiwną na niego ręką. Zdjął kaftan i podał go pastuchowi.

– Weź, może tobie przyniesie szczęście. W zamian  daj mi chleb, który dostałeś na dzisiejszy dzień pracy…

 

Łatwo przyszło, łatwo poszło

 

Michał ocknął się nagle. Ku swemu zdziwieniu znajdował się w nieznanym sobie pokoju. W porównaniu ze skromną, wręcz bardzo prostą izbą, w której się wychował jako pastuch, ten wydawał mu się niemal pałacem.

Koło kuchni krzątała się nieznana mu kobieta.

– No, wreszcie, szanowny pan raczył się obudzić – popatrzyła na niego spod oka. – Dziś ostatni dzień miesiąca, trzeba przygotować sprawozdanie dla pana, a jego zarządca wyleguje się do południa! Nie za to ci płacą!

Michał wyskoczył z łóżka i ukłonił się kobiecie:

– A juści, ma pani dobrodziejka rację! Proszę o wybaczenie!

Kobieta otwarła szeroko usta ze zdziwienia; jej Michał, zarządca wprawny – nie można mu tego odmówić – ale lubiący czasem wypić i się porządzić, oto przyznaje się po pijackiej nocy do błędu i o wybaczenie prosi!

– No co ty, Michałku! To ja, twoja żona, Maria! No już, siadaj sobie i jedz.

Michał zdziwiony nie mniej niż kobieta, usiadł posłusznie i zaczął jeść. Po raz pierwszy ktoś podał mu jedzenie i to takie pyszne! Do tej pory przyzwyczaił się do ciemnego chleba, prostych placków zbożowych i czasem do odrobiny białego sera. Mieszkał tylko z matką; ojcu się zmarło, kiedy miał dziesięć lat. Później rzadko było matkę stać, by móc przynieść do domu kawałek mięsa.

– A co to za wspaniały kaftan? – Maria wskazała na kaftan rzucony niedbale na krzesło.- Chyba nikomu tego po pijaku nie ukradłeś?

– Nie… Taki jeden mi go dał.

– Jaki jeden? Może to tamten go komuś zwinął, nie mógł sprzedać, bo wzbudzał podejrzenia, więc oddał go tobie, żeby pozbyć się problemu?

– Nie, nie uciekał przed nikim. Wymienił się ze mną.

– A cóż ty takiego mogłeś mu dać za taką wspaniałość? Wiedzie nam się nienajgorzej, ale bogaczami nie jesteśmy.

– Dałem mu chleb; sam chciał.

– Chleb? – kobieta otwarła szeroko oczy z niedowierzaniem. – Zwykły chleb?

– Ano. Najzwyklejszy. A gość wyglądał mi na paniczyka, którego stać na każdy kaprys.

– Może jakiś cudzoziemiec…

– Nie wiem – Michał wzruszył ramionami. – Ja prosty człek, nie znam się… Gadał po naszemu, tylko wytworniej.

– Nie przesadzaj z tą swoją prostotą. Zostałeś przecież rządcą. No i mój ojciec nie oddałby mnie ostatniemu prostakowi. Musiałeś mu udowodnić swoją wartość jako mój przyszły mąż, który zapewni mi pewne jutro.

Michał stał na środku pokoju i drapał się po głowie.

– A teraz co ci się stało?! Przestań! Wyglądasz i zachowujesz się jak ćwok! Opanuj się! Skaranie Boskie! Przebieraj się, migiem!

Nie było czasu na rozmyślania. Mężczyzna posłusznie naciągnął spodnie, koszulę i skórzaną kurtkę. W porównaniu z łachami, które nosił na co dzień do pasania ptactwa, a nawet odzieniem niedzielnym, ten strój wydawał mu się aż nieprzyzwoicie elegancki jak dla niego. Popatrzył po sobie z zachwytem.

– A ty co znowu?!- Maria zaczęła tracić cierpliwość. – Rusz się wreszcie! Masz robotę do wykonania; po to tu jesteś!

Kobieta rzuciła na stół plik papierów.

– Przygotuj sprawozdanie za bieżący miesiąc. Później zanieś je do dworu. I żebyś mi wrócił przed wieczorem, a najlepiej zaraz, a nie tak jak wczoraj, w środku nocy!

Michał pochylił się nad notatkami. Ujrzał dużą ilość liczb i  rachunków opatrzonych uwagami. Dzięki księdzu z rodzimej parafii i matce, która jakimś cudem odebrała elementarne nauki, czytał, a właściwie dukał o tyle, o ile i liczył na tyle dobrze, żeby nie dać się oszukać w swoich głodowych jak do tej pory zarobkach… A tymczasem ta cała Maria oczekiwała, że zbierze to wszystko do kupy i przedstawi jakiemuś bogaczowi. Drżącą sięgnął po czystą kartkę i pióro.

– Muszę to pisać? Nie mogę pogadać z tym, jak mu tam…?

Oblicze Marii pociemniało z gniewu i zdumienia.

– Własnym, uszom nie wierzę! Pracujesz tu już dobrych kilka lat, a nagle takie bzdury gadasz!!! – złagodniała zaraz. – No już, pospiesz się! Pan wyjeżdża podobno późnym popołudniem, a musi poznać stan swojego majątku z bieżącego dochodu.

– Głowa mnie Maryś boli, ledwo ślipcę…

– Święci Pańscy! Coś ty wczoraj pił?! Pokaż mi to!

Maria była sprytną i zdolną kobietą; pilnie obserwowała pracę męża i nauczyła się tego i owego przez ostatnich kilka lat. Teraz, mamrocząc, spisywała poszczególne dane ze wszystkich kartek. Po krótkim czasie cisnęła Michałowi zapisaną kartkę.

– Przepisz to chociaż, żebyś się nie skompromitował. Wiesz, co by było, gdyby się wydało, że żona odbębniła za ciebie najważniejszą pracę w danym miesiącu? – prychnęła i zaczęła sprzątać.

Tymczasem mężczyzna z ogromnym wysiłkiem zabrał się do pracy. Kiedy skończył, pot perlił mu się na skroniach, jakby dopiero co w upale południa porąbał drewno na cały kolejny tydzień palenia pod kuchnią.

– Rany Boskie! Co to za kulfony?! Ktoś ci wczoraj rękę uszkodził, a może ją przeforsowałeś unoszeniem kufla do ust?! To zupełnie nie przypomina twojego charakteru pisma!

Michał gapił się na Marię z otwartymi ustami i tępym wyrazem twarzy. Czego ta kobieta jeszcze od niego chciała? Wykonał przecież jej polecenie tak dobrze, jak umiał. Dawno nie starał się aż tak kogoś zadowolić wykonując zadaną pracę.

– I co tak na mnie wytrzeszczasz oczy? Zbieraj się; musisz oddać te bazgroły, nie ma czasu na kolejne przepisywanie. Ale na twoim miejscu zapadłabym się ze wstydu pod ziemię.

Mężczyzna naciągnął na siebie wierzchnie okrycie, wziął sprawozdanie i wyszedł. Nie wiedział, w którą stronę powinien się kierować, skręcił więc na chybił trafił w prawo. Uszedł ledwo kawałek, kiedy naprzeciwko niego pojawiła się piękna dziewczyna. Wysoka, kształtna, o długich jasnych włosach, pięknie uczesanych, ubrana w iście pański sposób. Wspaniała, jasnoniebieska suknia falowała wokół jej zgrabnej sylwetki. Michałowi zaparło dech z wrażenia.

Kiedy stanęli twarzą w twarz,  uśmiechnęła się do niego zalotnie.

– Idziesz do tego nudziarza, mojego ojca, prawda?

Michał zmieszał się. Dziewczyna to zauważyła; na jej ustach pojawił się na sekundę złośliwy uśmieszek, co z kolei nie uszło uwadze mężczyzny.

– Czyżbyś zapomniał, kim jestem?

Z trudem, ale dodał dwa do dwóch.

– Córką mojego pana – bąknął dosyć niepewnie, nadal nieco zmieszany. Coś mówiło mu, że powinien się mieć przed tą pannicą na baczności.

– A więc i ja jestem twoją panią. Wymagam bezwzględnego posłuszeństwa – syknęła. – Idź teraz szybko, oddaj ojcu te pożal się Boże bazgroły i wracaj tutaj. Tylko pamiętaj, ja nie lubię czekać.

Mężczyzna wyczuł, że z tą młodą damą nie ma żartów. Nie skłonił się nawet na odchodnym i ruszył niemal biegiem.

Kiedy stanął przed obliczem pracodawcy i wręczył mu sprawozdanie, poczuł się znów nieswojo. Pan patrzył na dokument z dość niepewną miną i lekkim zaskoczeniem, które zmieniło się na moment w niedowierzanie.

– Czy to jakiś żart?

– Nie śmiałbym, panie…

– Michale, służysz mi wiernie dobrych kilka lat. Nigdy mnie do tej pory nie zawiodłeś, byłeś wierny i lojalny. Nie wnikam, co się stało, że nagle ośmielasz się pokazać mi w tak żałosny sposób sporządzony dokument. Powinienem czuć się obrażony, ale przez wzgląd na twoją dotychczasową pracę, ten jeden raz przymknę na to oko. Idź już.

Michał skłonił się niezgrabnie, płonąc ze wstydu i szybko wyszedł.

„Czego może chcieć ode mnie ta pannica?” – zastanawiał się, idąc w stronę, gdzie spodziewał się spotkać dziedziczkę. Wyskoczyła na niego zza drzewa. Jego zaskoczenie ucieszyło ją niezmiernie; złośliwy uśmieszek znów zaigrał w kącikach jej ust.

– Nie spieszyło ci się, co?

– Pan mnie zatrzymał.

– Boś niezdara. Wszyscy ostatnio robią z tobą, co chcą. Własna żona trzyma cię pod pantoflem. Ciapo jedna! Odkąd widziała nas razem nad rzeką, trzyma cię niemal na smyczy.

Michał zachichotał głupkowato.

– Przestań rżeć! Co się z tobą stało? Zachowujesz się ostatnio, jak jakiś przygłup i prostak.

Mężczyznę zapiekło do żywego, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo nagle dało się słyszeć wołanie:

– Karolino, gdzie jesteś?! Karolino!!!

– To matka! Muszę lecieć! Spotkaj się ze mną dziś wieczorem w lasku brzozowym. Żonie powiedz, że idziesz coś skontrolować dla mojego ojca albo coś takiego – dziewczyna odwróciła się na pięcie i pobiegła w kierunku, z którego dobiegało wołanie.

„Przygłup, prostak” – obelga kołatała się Michałowi po głowie bezlitośnie. „Głupia pannica! Sama opływa w luksusy i to dzięki pracy innych! Ja jej pokażę przygłupa! Jeszcze jej oko zbieleje!”

Wszedł do domu z zaciętym wyrazem twarzy.

– Co? Pan skomentował odpowiednio twoje bazgroły? – Maria wydawała się triumfować. Nawet ktoś tak prosty, jak Michał zdołał odczytać w jej oczach „a nie mówiłam?”. Mruknął coś pod nosem i zasiadł do obiadu.

– Pan kazał mi przyjść wieczorem obejrzeć lasek sosnowy.

– Dlaczego wieczorem? Po co masz go oglądać?

– Mnie pytasz? Kazał dziś wieczorem, bo sam pewnie nie może. Widocznie mu się z czymś spieszy. Ja mam wykonywać polecenia i już.

– Nie okłamujesz mnie, prawda? – Maria wydała się przez moment zatroskana, ale odzyskała animusz. – Bo jak się dowiem, że tak i że idziesz się zabawić, to marny twój los.

– Baby… – mruknął Michał znad miski. Zjadł i położył się. Dodrzemał do wieczora, a kiedy zaczęło lekko zmierzchać, ubrał się, niepostrzeżenie biorąc też kaftan, który postanowił założyć dopiero po dotarciu na miejsce.

A tam czekała już ona. Trochę jej mina zrzedła, kiedy zobaczyła tak wystrojonego Michała, ale szybko się opanowała, by nie dać po sobie poznać zaskoczenia.

– Chodź! – stanowczym ruchem szarpnęła go za ramie.

– Dokąd?

– No chodź, nie gadaj! Nikt nie może nas tu zobaczyć!

Przemknęli chyłkiem przez lasek, za którym stała niewielka szopa na narzędzia, teraz prawie pusta. Weszli do niej i zamknęli drzwi, a Karolina zastawiła je jakąś paką. Dziewczyna nie musiała nic mówić. Nie minęła chwila, nim znaleźli się w swoich ramionach.

Kiedy było już po wszystkim, Michał poczuł się nieswojo. Zachował się jak nieopierzony gówniarz. Ta małolata się nim zabawiła, a on na to pozwolił. Co teraz będzie? A jak Maria się dowie? A jak to dojdzie do kogokolwiek z rodziny Karoliny?

– To musi pozostać między nami – wyjąkał.

– I zostanie – uśmiechnęła się chytrze. – Jeśli dasz mi ten kaftan, to sama tego dopilnuję. A gdyby ktoś coś z jakiegokolwiek powodu zaczął podejrzewać, zaprzeczę. Masz moje słowo.

– Kaftan? – Michał popatrzył z zakłopotaniem na strój rzucony tuż obok. Szata bardzo mu się podobała. Wyglądał w niej tak dostojnie. No i była pewnie sporo warta. W razie potrzeby mógł ją  dobrze sprzedać.

Widząc jego wahanie i niezadowolenie, dziewczyna naciskała:

– Inaczej sama pójdę do ojca i powiem, że mnie przymusiłeś, zaszantażowałeś i wziąłeś siłą.

Michał zaklął siarczyście pod nosem ku uciesze dziewczyny, która wiedziała doskonale, że ma go w garści i może z nim zrobić wszystko, co jej się żywnie podoba.

Rzucił kaftan w jej stronę.

– A niech was… – nie dokończył, splunął w stronę Karoliny i wybiegł zatrzaskując za sobą drzwi.

 

Nawiedzona gęsiareczka

 

Karolina obudziła się i od razu usiadła na łóżku. Przetarła oczy; coś jej się śniło, ale od razu zapomniało, co to było. Teraz z kolei poczuła się nieswojo. Minął dobry moment, zanim zorientowała się, o co chodzi. Znajdowała się w bardzo skromnie, wręcz biednie urządzonej izbie. Wszystkie meble były drewniane, wykonane z najtańszego rodzaju drzewa, nie zdobione, ani nawet nie pomalowane. Łóżko było wąskie i niezbyt wygodne; a drugie takie samo stało w innej części izby. Za posłanie służył siennik wypchany słomą; kołdra i poduszka były najpodlejszej jakości, w dodatku już sporo zużyte, choć widocznie ktoś wszystkimi siłami starał się przedłużyć ich żywot. Karolina była ubrana w białą, prostą koszulinę, także już  sporo sfatygowaną.

– O, panna już się obudziła! – w drzwiach stanęła nieco ponad czterdziestoletnia kobieta taszcząca wiadro pełne wody w jednej ręce i kilka drewienek pod drugą.

– A odkąd to matka musi sama przygotowywać wszystko do śniadania? Zapomniałaś chyba, że masz pracę… Nie płacą ci tych kilku groszy za wylegiwanie się!

– Jak pani śmie?! – w Karolinie zawrzało; jak ta kobiecina może ośmielać się tak do niej mówić!

– Pani?! Jak śmiem?!!! To tak dziewucho zwracasz się do matki?! Szatan cię opętał?! Zaraz go wygonię własnymi rękami!

Kobieta szybko porwała ze ściany gruby pas i zaczęła okładać nim Karolinę.

– Nie!!! Proszę! Błagam! – dziewczyna zerwała się jak poparzona. – Boli! Nie!!!

– A to za to, że z wszystkimi chłopakami ze wsi ganiasz, wstydu nie masz! Co robiłaś wczoraj za zakrystią?! Nawet do miejsc świętych i otoczenia kościoła szacunku nie masz, bezwstydnico?!

– Ja… Nie! Błagam!!! Matko!!!

– A, teraz to matko! – kobieta przestawka bić. – Szybko, ubieraj się, ladaco!

Karolina szybko chwyciła prostą sukienczynę i w mgnieniu oka naciągnęła ją na siebie. posykiwała przy tym z bólu – obite boki dawały o sobie znać. Rozejrzała się za obuwiem.

– A teraz co znowu?

– Gdzie moje buty?

– Butów jej się latem, w dzień powszedni zachciewa?! Do niedzieli daleko… Migiem, śniadanie jeść! Po gęsi do zagrody i na pastwisko!

– Ja?! Gęsi?! Nie po to nauki pobierałam! Nie po to francuski i łacinę w bólach zakuwałam i gry na instrumentach się uczyłam, igłą podczas wyszywania palce kułam…

– Łacina? Francuski? Muzyka? Nie, ty chyba na głowę od wczoraj upadłaś albo cię czyjaś żona, przeganiając od męża, trafiła czymś ciężkim! – matka znów uniosła pas. Karolina zdążyła rzucić się na kolana przed matką i złożyć ręce.

– Błagam, nie! Ja mogę wszystko udowodnić.

– Żeś bardziej uczona ode mnie? Twój dziad wydał fortunę, żebym się nauczyła czytać, podpisać i liczyć, co by nikt mnie w wypłacie lub przy sprzedaży nie oszukał. Co sama umiem i ciebie uczyłam, ale w rodzimym języku i nic ponad to.

– Ale ja naprawdę umiem! – Karolina miała w oczach łzy bezsilności; po raz pierwszy ktoś jej nie wierzył, ośmielił się sprawić srogie lanie i wysłać do pracy tak jej niegodnej. Była zrozpaczona jak nigdy przedtem i chyba kobiecina uważająca się za jej matkę musiała to zauważyć. Opuściła rękę, którą zamierzyła się na dziewczynę.

– Choć! – rozkazała. – Idziemy do księdza dobrodzieja.

– Po co?

– On tu najbardziej uczony, no i duchowny. Najprędzej rozpozna, co się z tobą stało.

Karolina potulnie podreptała za kobietą. Szły przez wieś, mijały ludzi idących w pole, pastuchów, staruszków pilnujących najmłodsze dzieci przed chałupami, aż dotarły do kościoła.

– Zostań tu! Tylko nigdzie nie odchodź! Najpierw sama się rozmówię z dobrodziejem.

Karolina posłusznie przystanęła przy budynku. Nie mogła ogarnąć myślami całej swojej sytuacji. Była ciągle tą samą Karoliną i kimś zgoła innym jednocześnie. Pamiętała wszystko, czego jej uczono, a jednak ta prosta kobieta rozpoznała w niej swoją córkę. Zasypiała jeszcze we własnym łóżku, a obudziła się tutaj…

– Karolina! Rusz się! Chodź tutaj! Co za leniwa dziewczyna! Pospiesz się!

Dziewczyna podążyła w kierunku, z którego dobiegało wołanie. Za kościołem stał niewielki, ale elegancko wyglądający jak na warunki wiejskie, dom. W drzwiach stała matka i przywoływała ją niecierpliwie.

W środku panował wzorowy ład. Dom składał się z dwóch izb, kuchni i małej sieni. Tu mieszkał ksiądz. Siedział teraz przy prostym, drewnianym stole i badawczo przypatrywał się przybyłej. Mógł mieć około trzydziestu lat, był szczupły, twarz miał pociągłą, włosy blond, ale już lekko przerzedzone na czubku głowy.

– Usiądź Karolino – wskazał krzesło naprzeciwko siebie. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie.

– Karolino, twoja matka twierdzi, że upierasz się, że znasz języki obce, sztukę pisania i czytania, grania na instrumentach, a nawet szycia i to nie takiego, znanego prostym kobietom…- zawiesił głos. Karolina kiwnęła niepewnie głową.

– Cóż, nie mam tu instrumentów, bo to bardzo kosztowne, ale resztę możemy sprawdzić. Mam nadzieję, że upokorzenie, jakiego doznasz, kiedy okaże się, że mówisz to tylko z próżności, a może i na złość rodzicielce, wyleczy cię z tych przykrych problemów i przypomni, czym jest szacunek i posłuszeństwo wobec matki.

Ksiądz wstał ciężko, wziął z półki kilka książek, przywołał gospodynię, która przyniosła kawałki materiałów, kilka igieł oraz różnego rodzaju i koloru nici.

Do wieczora trwało wstępne sprawdzanie prawdomówności Karoliny, ksiądz skrupulatnie słuchał, czytał i obserwował albo odpytywał.

Kiedy słońce zaczęło zdecydowanie opadać ku zachodowi, dziewczyna znów czekała na zewnątrz, aż matka skończy rozmawiać z dobrodziejem. Rozmowa zdawała się ciągnąć bez końca. Zaczęło zmierzchać, kiedy kobieta nareszcie wyszła. Bez słowa nakazała dziewczynie iść za sobą. Tego wieczoru nie rozmawiały więcej.

Matka wydawała się bardzo zamyślona, wszystko robiła z zaciśniętymi ustami. Karolina nie śmiała o nic pytać i zaczęła szykować się do snu. Kiedy prześcielała łóżko, spod poduszki wypadł kaftan. Dziewczyna poznała go od razu, mimo panującego półmroku i szybko schowała, żeby matka nic nie zauważyła. W skromnym świetle rzucanym przez dwie świece, mogła mu się przyjrzeć bardzo pobieżnie w ciągu tego ułamka sekundy. Ale zdołała dostrzec jego piękno…

Rano Karolina obudziła się wcześnie. Matka skinieniem głowy kazała jej przynieść wodę. Dziewczyna uginała się pod ciężarem dwóch wiader, ale udało się jej nie uronić ani kropli.

Matka cały czas milczała; dopiero po śniadaniu zwróciła się do córki:

– Nie będziesz dziś pasła gęsi. Pójdziesz na plebanię.

– Dlaczego? – Karolina nie kryła zaskoczenia.

– Posłuchaj. Ksiądz dobrodziej był zaskoczony twoimi umiejętnościami niemniej niż ja. Nie wie, co się stało, że z dnia na dzień tak się zmieniłaś i nagle posiadłaś takie umiejętności. Nie zna podobnego zdarzenia. Ustaliliśmy, że należy to na razie zachować w tajemnicy. Ojciec chce wysłać cię do klasztoru w mieście. Tam zostaną przeprowadzone staranniejsze badania – zarówno medyczne, jak i przez dostojników kościelnych. Trzeba sprawdzić, co jest przyczyną twojej zmiany. Może nawiedziła cię jakiś duch albo stał się cud – matka przeżegnała się pobożnie. – Zanim wszystko zostanie zorganizowane, będziesz spędzała dnie na plebani, haftowała szaty liturgiczne, czytała, przepisywała różne teksty i we wszystkim bezwzględnie słuchała księdza. To dla twojego dobra, a właściwie dla dobra nas wszystkich. I nikomu ani słowa!

– A co z moją pracą? Co z gęśmi?

– Ktoś inny się nimi zajmie. Posłałam po twojego brata,

– Brata? – oczy Karoliny zdobiły się okrągłe ze zdumienia.

– Dziewczyno! Skąd to zdziwienie?! Już zapomniałaś, że masz starszego brata, Piotra? Od dwóch lat pomaga twojemu wujowi w sąsiedniej wsi; za to wuj go wyposaży, kiedy Piotr zdecyduje się ożenić. A ma już kogoś na oku… – matka uśmiechnęła się mimowolnie. – Przebierz się teraz i idź już.

Karolina posłusznie założyła przygotowane przez matkę odzienie. A kaftan? Co z nim zrobić? Chyba nie byłoby dobrze, żeby ktoś go znalazł, w każdym razie nie teraz. Dziewczyna szybko wyjęła szatę spod poduszki i upięła po spódnicą tak, żeby nie było nic widać. Założyła buty, które tym razem matka sama kazała jej wziąć i wyszła.

Cały dzień dziewczyna spędziła na plebani. Ksiądz w dalszym ciągu sprawdzał jej umiejętności. Dopiero wczesnym popołudniem pozwolił zacząć wyszywać kwiaty na serwecie.

I tak było dzień w dzień przez kolejny miesiąc. Ksiądz w międzyczasie wymieniał listy z przedstawicielami kościelnymi, oczekując na zgodę na wysłanie Karoliny do klasztoru i rozpoczęcie badań. Co kilka dni rozmawiał z jej matką, jednak nie pozwolono dziewczynie być obecną przy tych rozmowach.

Karolina miała nadzieję na wyjazd do miasteczka. Łudziła się, że przy taj okazji uda się jej uciec, znaleźć jakąś rodzinę ze swoich sfer, która pomoże jej z kolei odnaleźć bliskich.

Udawało się jej do tej pory ukrywać kaftan, jednak pewnego dnia, kiedy dopiero co przyszła na plebanię, szata – nie wiedzieć jak – wyleciała z ukrycia. Ksiądz popatrzył na nią zdumiony, po czym pytająco spojrzał na dziewczynę. Stała jak wryta, nie wiedząc, co ma robić.

Duchowny podniósł szatę, dokładnie ją obejrzał i już spokojnie, bez emocji, zaczął zadawać pytania.

– Skąd to masz, Karolino? To męska szata, która w dodatku musiała należeć do bogacza.

– Ktoś mi go dał.

– Kto?

– Zarządca folwarku w zamian za milczenie.

– Folwark? Zarządca? Milczenie? A może szantaż? O czym miałaś milczeć? Karolino! Dobrze wiemy, że ostatnimi czasy nie oddalałaś się ze wsi, a najbliższy folwark należący od bogaczy jest dzień drogi wozem lub konno.

– Mówię prawdę, przysięgam! – w oczach dziewczyny pojawiły się łzy.

– A może jednak gdzieś go znalazłaś albo komuś ukradłaś? Jeśli to pierwsze, to nie masz się czego obawiać, opowiedz tylko kiedy i gdzie dokładnie…

– Nie! Można powiedzieć o mnie wiele złych rzeczy, ale na pewno nie to, że jestem złodziejką!

Ksiądz westchnął.

– Poślę parobka po twoją matkę. Muszę w tej sytuacji poważnie z nią porozmawiać – to powiedziawszy wyszedł do sieni, powiedział coś do syna gospodyni i wrócił do izby. Zapadło kłopotliwe milczenie.

Matka przybiegła nadzwyczaj szybko. Ksiądz rozmawiał z nią na zewnątrz – jak zwykle; Karolina nie miała pojęcia, co o niej mówią i czego się spodziewać. Nie była dobrej myśli.

Kiedy matka zobaczyła kaftan, zaniemówiła – nigdy nie widziała takich wspaniałości i bogactwa. Kiedy weszli z powrotem do pokoju, było widać, że matka przed chwilą płakała. Teraz jednak opanowała emocje; odchrząknęła i zwróciła się do Karoliny:

– Nie będę dociekać, skąd masz tę szatę, choć jej wspaniałość przemawia przeciwko tobie. Ksiądz także zgodził się nie pytać, ale przyspieszy twój wyjazd do klasztoru. Zostaniesz tam, aż złe duchy przestaną cię nękać. A kaftan podarujesz ojcu, na rzecz kościoła.

Karolina widziała po twarzy zarówno matki, jak i księdza, że nie warto nic mówić; będzie musiała wykorzystać okazję do ucieczki; nie było już czasu na opracowanie żadnego planu. Ucieczka albo wieczność w klasztorze.

 

 

Paniczyk z okienka

 

Jan sięgnął po kaftan pozostawiony przez kobietę. Chciał go jeszcze raz obejrzeć w ostatnich promieniach słońca. Co go podkusiło, że zarzucił szatę na siebie? Sam tego nie wiedział, ale nie wstydził się tej chwilowej pychy. Wyszedł do sieni i…

…znalazł się w pięknej, ogromnej komnacie.

– O, Jan! Nareszcie! – ku Janowi kroczył szpakowaty, wysoki mężczyzna. – Witaj w domu, synku!

Przybyły był tak zaskoczony, że pozwolił się wyciskać i posadzić w fotelu. Podano mu wino w pięknym kielichu.

Starszy mężczyzna wciąż mu się przyglądał. Widać było, że jednocześnie się cieszy i jest trochę zaskoczony.

– No, opowiadaj, jak było na uniwersytecie podczas ostatniego roku?

– Na uniwersytecie? – Jan musiał zrobić bardzo zdziwioną, a zarazem zabawną minę, bo jego rozmówca niemal zachichotał.

– Tak. Chyba, że przebywałeś bez mojej wiedzy zupełnie gdzie indziej? – mężczyzna wybuchł szczerym śmiechem. – Ale sądząc po twoim wyglądzie, cały czas siedziałeś nad książkami. Zupełnie nie zmężniałeś; jesteś blady jak panienka, której skromność i przekonanie, że biała jak mleko cera to oznaka piękna i stateczności, nie pozwala zbyt wiele przebywać poza domem. Muszę się za ciebie zabrać, żebyś nabrał tężyzny. Ale teraz odpoczywaj! Widzimy się na kolacji. Matka niedługo wraca od ciotki. Ucieszy się, że wróciłeś dzień wcześniej.

Ojciec poklepał syna po ramieniu, po czym odesłał do pokoju, żeby odpoczął.

Kiedy został sam, Jan opadł bezradnie na fotel. Dopiero teraz zauważył kaftan, który dała mu kobieta. Cały czas miał go na sobie.

Kiedy tak siedział i starał się zebrać myśli, ktoś zapukał do drzwi.

– Proszę!

Wszedł służący.

– Państwo proszą panicza na kolację; mam pomóc paniczowi się odświeżyć i przebrać.

Chłopak posłusznie poddawał się wszelkim zabiegom. Sam umył twarz i przyczesał włosy. Kiedy spojrzał w tym celu w lustro, początkowo nie mógł uwierzyć i przez moment patrzył zdumiony na swoje odbicie. Wydawał się o jakieś dziesięć lat młodszy, niż był w rzeczywistości; jego rysy były bardzo delikatne, niemal dziewczęce, policzki lekko różowawe, potęgowały tylko wrażenie dziewczęcości. Włosy były dużo gęstsze i nieco dłuższe od tych, które miał; opadały lekko na ramiona i plecy.

– Panicz zerka w zwierciadło, niczym jakaś panienka – służący przywołał Jana do porządku. – Proszę ze mną.

Jan posłusznie ruszył za nim. Kiedy znaleźli się na korytarzu, podeszła do niego nieco ponad czterdziestoletnia kobieta. Uśmiechała się do niego, a jej twarz promieniała szczęściem.

– Janie, synku, nareszcie! Tak za tobą tęskniłam! – Przytuliła go do siebie w sposób dystyngowany, a jednocześnie serdeczny. – Bałam się o ciebie; jesteś taki delikatny… Ale chodź, chodź, musisz być bardzo głodny po podróży.

Przy stole matka posadziła syna obok siebie i pilnowała, aby to jemu dostawały się jak najlepsze kąski. To sprawiało, że policzki Jana stawały się jeszcze bardziej różowe – wstydził się trochę, że ktoś traktuje go niemal jak małego chłopca, ale nie śmiał nic powiedzieć.

Przy stole siedział jeszcze tylko ojciec, ale nakryto jeszcze dla dwóch osób.

– Sebastian i Mateusz jeszcze nie wrócili?

– Nie, ale już po nich posłałem, mogli jednak podczas polowania zapędzić się dalej, niż zamierzali. Ale nie martw się, Sebastian jest silny, a mój brat rozważny, nie pozwoli, by naszemu synowi stało się nic złego.

W tym momencie gwałtownie otworzył się drzwi i do komnaty weszło dwóch mężczyzna. Jeden wyglądał na jakieś trzydzieści lat; był wysoki i postawny; drugi – mniej więcej w wieku ojca – o nieco delikatniejszej aparycji, ale także silny i dobrze zbudowany. Jan zwrócił uwagę na jego ręce – nie pasowały do całej postaci; były białe, małe, o grubych i krótkich palcach.

Na widok Jana, obaj mężczyźni zatrzymali się nieco zaskoczeni.

– O, mały braciszek wrócił! – Sebastian uśmiechnął się, ale ten uśmiech wydał się Janowi złośliwy i ironiczny, jednak tylko przez moment. Brat szybko się opamiętał, podszedł do niego i poklepał po ramieniu tak mocno, że chłopak stracił na chwilę oddech.

Z Mateuszem było zgoła inaczej. Janowi wydało się, że popatrzył na niego dziwnie, jakby lubieżnie, ale szybko się opanował. Uścisnął dłoń chłopaka zdecydowanie i potrząsnął nią kilka razy, po męsku.

– Dobrze cię znów widzieć w domu. Jesteśmy z ciebie bardzo dumni.

– No, nasz kochany kujonie – głos brata zabrzmiał nieco serdeczniej, choć nadal był pełen przekory. – Opowiadaj, jak tam było, w wysokich uniwersyteckich progach.

– Jak to na studiach: nauka, nauka, nauka…

– A wieczorami dobra zabawa i dużo specyficznej aktywności, nie mającej wiele do czynienia ze snem – zachichotał Sebastian. – Nic dziwnego, że jesteś taki bledziutki i nic nie przytyłeś.

Ojciec chrząknął znacząco i spojrzał groźnie na pierworodnego, który ucichł na moment. Po chwili wstał, przeprosił i wyszedł, usprawiedliwiając się zmęczeniem po polowaniu.

Zapadło nieco kłopotliwe milczenie.

– Widzisz synu, pewne rzeczy się nie zmieniły – ojciec starał się na nowo rozpocząć rozmowę – twojemu bratu tylko zbytki w głowie. Może teraz, dzięki tobie, trochę zestatecznieje, a ty dzięki niemu zmężniejesz.

– Daj spokój, Robercie – tu wtrącił się Mateusz. – Masz tutaj skarb; musisz trzymać rękę na pulsie.

– Porozmawiamy o tym później – uciął nieco szorstko ojciec, ale zaraz zmienił ton na łagodniejszy. – Na sobotę zaprosiłem gości. Urządzimy przyjęcie, żeby uczcić powrót Jana do domu.

Chłopak popatrywał ukradkiem na zebranych. Zobaczył chwilowy niepokój w oczach matki, kiedy odezwał się Mateusz. I coś podobnego na twarzy ojca. Uchwycił też dosyć dziwne spojrzenie Mateusza, którzy przez ułamek sekundy popatrzył na bratanka, jakby ten… był ładną dziewczyną.

Kiedy ojciec dał znać, że posiłek dobiegł końca, Jan wyszedł z Jadalni i szybko ruszył w stronę swojego pokoju. Kiedy skręcił w boczny korytarz, dopadł go Sebastian.

– Uważaj, młody! Wiem, że jesteś dumą rodziny i ukochanym synalkiem rodziców. Ojca boli tylko, że jesteś taki delikatny, jak jakaś dziewucha. Stryjowi bardzo się przez to podobasz – głos brata zabrzmiał szyderczo.

– No co ty, ja przecież…

– Ty się miej na baczności! Nie pozwolę, żebyś zajął należne mi miejsce, tylko dlatego, żeś lepiej wykształcony…

Puścił Jana, a ten o mały włos nie upadł. Odważył się poruszyć dopiero, kiedy Sebastian się oddalił, a jego kroki zupełnie ucichły. Chłopak z trudem dotarł do pokoju. Był roztrzęsiony. Wyglądało na to, że Sebastian boi się, że ojciec pozbawi go przywilejów i dóbr wynikających z pierworództwa. Dodatkowo chyba żaden z braci nie do końca spełniał oczekiwania ojca co do głównego dziedzica dóbr. Z dwojga złego wolał chyba, by zarządzanie wszystkim przypadło fizycznie słabszemu i delikatniejszemu, ale o tęższym umyśle i mądrzejszemu, niż silniejszemu i w gorącej wodzie kąpanemu, który ledwo ukończył nauki pobierane w domu. Nadal rozważał jednak, jak rozwiązać tę sprawę, by zapanowały zgoda i spokój.

A co z Mateuszem? Jak rozumieć słowa Sebastiana? Czy chodzi o to  podejście do miłości i fizyczności? Trzeba to będzie wybadać.

Pod wpływem wrażeń owego dnia, Jan poczuł się nagle bardzo zmęczony. Senność w końcu zwyciężyła – zasnął kamiennym snem. Kiedy się obudził, był środek nocy. Poczuł pragnienie, rozejrzał się więc za wodą. Nie znalazł w pokoju ani kropli, zdecydował się więc odnaleźć kuchnię. Wyszedł cicho na korytarz, modląc się, by nikt go nie usłyszał i nie zauważył, szczególnie brat ani stryj. Na szczęście wziął ze sobą świecę, na korytarzach bowiem pogaszono już wszystkie kaganki.

Ruszył na chybił-trafił; wiedział, że jeśli będzie cały czas zachowywał się cicho i uważnie, przy odrobinie szczęścia da radę krążyć niezauważony pod domu do woli.

Zza jednych drzwi dobiegły go głosy. Jan przystanął i nadstawił uważnie uszu. Nigdy nie pochwalał podsłuchiwania, jednak tym razem po prostu nie mógł ruszyć się z miejsca. Szybko rozpoznał głosy rodziców.

– Musimy uważać na Mateusza.

– Nie przesadzaj.

– Wiesz dobrze, że mam rację – głos matki drżał. – Po to między innymi wysłaliśmy Jana na studia, żeby go chronić przed stryjem.

– Ale minęły cztery lata. Jan jednak trochę wydoroślał i zmężniał, jeśli chodzi o wygląd.

– Wiesz, że to nie do końca prawda. Nasz syn to nadal gołowąs. Mateusz tak na niego patrzył podczas kolacji… Myślał, że jest ostrożny i sprytny, więc nikt tych jego spojrzeń nie wyłapie, a jednak ja je zauważyłam.

Ojciec milczał przez moment.

– To mój brat. Staram się odpędzić wszystkie niepokojące myśli i podejrzenia z nim związane, ale muszę ci się przyznać, że faktycznie nie do końca mu ufam. Teraz sam już nie wiem. Nigdy tak do końca nie byłem przekonany, że mógłby komuś z rodziny zrobić… no wiesz… Ale Jan jest nadal taki delikatny. Gotów się nawet nie bronić, gdyby jednak… – tym razem to głos ojca zadrżał.

– Może powinniśmy z nim porozmawiać.

– Może.

– Jest już niby pełnoletni, dorosły, a jednak tak niewinny. I nie zdaje sobie sprawy, że jest taki dziewczęcy. Myślisz, że i on…

– Nie, nie mów tego! Jeżeli by się okazało, że jednak…

– Nie, jeszcze nic nie planuj. Musimy się najpierw upewnić. Ale to też może trochę potrwać.

– Poprosimy ojca Piotra o pomoc; niech on porozmawia z Janem. Jest duchownym, a jednocześnie na tyle sprytny, by – nie stawiając bezpośrednich pytań – dowiedzieć się sedna. Do tego go między innymi przyuczono. Będzie miał szansę się sprawdzić. Jest przyjacielem rodziny, możemy więc liczyć na dyskrecję i ewentualnie radę.

– A co z Sebastianem? Obawiam się, że nadal jest zazdrosny o Jana. Może domyśla się, że chcesz oddać zarządzanie majątkiem rodzinnym Janowi?

– Ze względu na wykształcenie i charakter ich obu, to by było najrozsądniejsze. Wiesz przecież, że żadnego nie skrzywdzę, jeśli chodzi o przekazane dobra. Sebastian jest zachłanny na pieniądze, ale chyba nie umiałby pomnożyć rodzinnego majątku. Raczej by go roztrwonił.

– Chodźmy już spać. W sobotę zaczniemy działać. Porozmawiamy z ojcem Piotrem i trzeba będzie rozejrzeć się za kandydatką na żonę dla Jana.

– A z Sebastianem porozmawiam, ale nie sam. Poproszę mojego wuja o pomoc – to starszy człowiek, znający historię rodziny. Sebastian czuje przed nim respekt większy, niż przede mną i uważa chyba za jedynego sprawiedliwego w rodzinie. Przyjmie jego słowa za święte.

Głosy ucichły. Jan drżał; ledwo udawało mu się utrzymać świecę w ręku. Dowiedział się w ciągu kilkunastu minut o pewnych rodzinnych tajemnicach, w które sam został mimowolnie uwikłany, o czym nikt prosto w oczy nikt by mu nie powiedział.

Musi uważać na tego Mateusza, który najwyraźniej ma na niego chrapkę. I raczej nie cofnie się przed niczym, jeśli tylko będzie miał stosowną okazję, by ulżyć swoim niezdrowym chuciom.

Z kolei Sebastian czuje się zagrożony. Czy słusznie? Jeśli jest pazerny na pełnię władzy nad majątkiem, to chyba jednak ma podstawy do niezadowolenia albo wręcz złości.

Wreszcie rodzice… Z jednej strony jest ich dumą, a z drugiej wątpią w jego męskość, bo natura obdarowała go taką, a nie inną aparycją. I to jest powodem tego, że wątpią, czy jest „normalny”.

Skąd mógł wiedzieć, jakie Jan, za którego go biorą, miał preferencje? On sam był przecież duchownym. Wiedział jednak, że gdyby nie powołanie Boże, związałby się z kobietą. Co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości.

W tej chwili przeraziło go to, co planują wobec niego rodzice. Chcą znaleźć mu żonę, a on przecież nie może się żenić.

Janowi zupełnie zaschło w ustach. Cudem znalazł kuchnię, a w dzbanku na kredensie wodę. Pił chciwie przez dłuższą chwilę. Wrócił do pokoju na trzęsących się nogach. Tej nocy nie zasnął już wcale, myśląc usilnie, jak wybrnąć z całej tej sytuacji obronną ręką nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Rozwiązanie przyszło samo wraz z pierwszymi promieniami słońca. Okazało się tak oczywiste, że Jan aż uśmiechnął się sam do siebie.

Przy śniadaniu nie było po nim widać zmęczenia po nieprzespanej nocy.

– Chciałbym porozmawiać z tobą i matką, ojcze. Jeśli można, na osobności.

Widział zdumienie i zaskoczenie na ich twarzach, a zaraz potem niemałe zaciekawienie z nutką strachu. Nie byli chyba przygotowani na taką prośbę rano, dzień po powrocie syna po tak długiej nieobecności. A może jeszcze nigdy nie słyszeli w głosie syna takiej stanowczości?

– Oczywiście synku. Mateuszu, Sebastianie, proszę, zostawcie nas samych z Jadwigą i Janem.

Mężczyźni, sami ciekawi, co takiego Jan ma do powiedzenia, przystali na tę prośbę niechętnie, ale opuścili jadalnię bez szemrania.

– Ojcze, zdaję sobie sprawę z twoich i matki wątpliwości co do mojej osoby – Jan zaczął prosto z mostu. – Znam tez chyba odczucia Sebastiana. Widzę, jak popatruje na mnie mój brat. W obecności stryja czuję się nieswojo. Ale sądzę, że znam sposób, żeby rozwiązać te wszystkie problemy, a jednocześnie, bym i ja mógł spełnić się jako człowiek – tu zawiesił na chwilę głos. Widząc jednak rosnące niepokój i niepewność w oczach rodziców, nie przedłużał więcej wypowiedzi. – Zostanę duchownym. Będę mógł wtedy służyć Sebastianowi radą co do zarządzania majątkiem, nie powodując więcej z jego strony i tak bezpodstawnej zazdrości. Stryj też chyba nie odważyłby się więcej… mięć pewnych myśli na mój temat. Proszę, przemyślcie to co powiedziałem, zanim się przychylicie lub wyrazicie dezaprobatę co do moich zamiarów. Zapewniam jedynie, że wszystko przemyślałem i jestem pewny swoich zamiarów.

Zostawił ojca i matkę niezmiernie zaskoczonych. Skłonił się lekko i wyszedł z komnaty.

Na korytarzu wpadł na Mateusza, który ujął go za ramiona i przycisnął mocno do ściany.

– Myślisz, że przede mną uciekniesz? – wysapał. – Ty niewdzięczniku! Wszystko, co masz, masz dzięki mnie. To ja kierowałem twoją edukacją, podpowiadałem twojemu ojcu, jak powinien tobą pokierować. To ja cię tak naprawdę kocham w tej rodzinie. Ja i tylko ja!

– Mateuszu! Puść go natychmiast! – zza pleców rozwścieczonego mężczyzny dało się słyszeć stanowczy głos ojca. – Nie godzi się tak traktować człowieka, który odkrył w sobie powołanie do służby Bogu. Jesteś przecież jego stryjem!

Mateusz odwrócił się gwałtownie z niemałym przerażeniem, popatrzył po wszystkich obecnych, zachwiał się i wybiegł.

 

W sobotni wieczór zjechali goście, nie odwołano bowiem przyjęcia. Zanim rozpoczęła się zabawa, ojciec oznajmił zebranym decyzję syna. Dla niemal wszystkich była ona zaskoczeniem, wielu jednak składało rodzinie gratulacje.

Jan doskonale wiedział, że wszyscy rozmawiają tylko o tym, co właśnie usłyszeli. Część zastanawiała się nad motywami. Raz po raz słyszał różne sprzeczne komentarze. Jedni mówili: „ładny chłopiec, szkoda go do celibatu, niejedna dałaby wszystko, by za niego wyjść”, inni z kolei: „zbyt delikatny, by zakładać rodzinę, a taki mądry! Na duchownego lub naukowca w sam raz”.

W pewnym momencie Jan dojrzał piękną dziewczynę siedzącą w kącie – nikt jej nie towarzyszył, ani nie prosił do tańca mimo, że muzykanci grali w najlepsze. Wydawała się być albo smutna albo zamyślona lub jedno i drugie.

– Czy mogę pani jakoś pomóc?

Dziewczyna popatrzyła na niego, dolna warga jej zadrżała, a w oczach pojawiły się łzy. Zerwała się raptownie z krzesła i wybiegła. Jan popędził za nią. Udało mu się ją dogonić dopiero w ogrodzie.

– Czy obraziłem czymś panią?

– Janie, przecież to ja, Róża! Siostra twojego przyjaciela, Pawła! Czyżbym aż tak się postarzała, że już nie chcesz mnie poznawać, choć zanim wyjechałeś, byliśmy w sobie zakochani?! A teraz zapomniałeś…

– Ja… Przepraszam! – Jan był bardzo zdumiony i zmieszany. – Zmieniłaś się, wydoroślałaś i wypiękniałaś.

– Ledwo wróciłeś, a już postanowiłeś zostać duchownym. Dlaczego?

– Tak musi być, uwierz mi… Może kiedyś powiem ci dlaczego.

Róża posmutniałą jeszcze bardziej.

– Czyli tracę jednocześnie ciebie i brata.

– Brata? Dlaczego? Co z Pawłem?

– Tego także nie pamiętasz? Jego pasją była nauka.

Jan niepewnie kiwnął głową.

– Chce rozpocząć współpracę z uniwersytetem. A to znaczy, że stąd wyjedzie. Podpisał już kontrakt na kilka lat do przodu. Patrz, właśnie idzie – wskazała na wysokiego, szczupłego mężczyznę idącego od strony domu i wyraźnie jej szukającego, bo na widok Róży jego twarz rozpromieniła się uśmiechem.

– Witaj! – przybyły od razu podszedł do Jana i go po przyjacielsku uściskał. – Nasze drogi ledwo się znów zeszły, a ponownie się rozchodzą.

Paweł wyraźnie posmutniał nieco zawiedziony.

– Chciałbym, żebyś przyjął ode mnie coś na pamiątkę. Długo myślałam, co mógłbym ci dać. W związku z twoją decyzją, jedyne, co przychodzi mi do głowy, to mój modlitewnik – wyjął z wewnętrznej kieszeni szaty wspaniale zdobioną książkę.

Jan patrzył na dar oniemiały z zachwytu.

– Dziękuję ci, przyjacielu. Poczekaj, ja też coś dla ciebie mam. – Jan pobiegł do domu, odnalazł swój pokój i porwał z krzesła kaftan. Na szczęście nikt na niego nie zwrócił uwagi, kiedy biegł z powrotem do ogrodu.

– Proszę, weź! – podał szatę Pawłowi. – Niech ci przyniesie szczęście w ten, czy inny sposób. A teraz, póki co, chodźmy się bawić i zapomnijmy na chwilę o wszelkich troskach.

 

Powrót do domu

 

Kiedy Paweł wychodził z balu, zaczęło świtać. Za pazuchą chował kaftan od przyjaciela.

– Nie wiedziałam, że był tu jakiś duchowny – usłyszał za plecami głos swojej siostry.

– Duchowny? – spojrzał na nią zdumiony.

– A czy to nie jest habit? – wskazała na jego ubranie.

Spojrzał po sobie i ze zdumieniem stwierdził, że Róża ma rację.

– Co jest? To przecież ja, Różo…

– Zna ojciec moje imię? Skąd? Ktoś mnie przedstawił?

– Nie poznajesz mnie?

– Przykro mi, nie kojarzę… Proszę mu wybaczyć. Mam nadzieję, że ojca nie uraziłam. Odkąd mój brat wyjechał, jestem smutna i trochę rozkojarzona.

– A od kiedy go nie ma?

– Od niemal miesiąca; dzisiaj mamy wszak trzydziestego lipca.

Trzydziestego lipca! Gdzie się podziało ostatnich dwadzieścia osiem dni? Wszak bal odbywał się drugiego.

– A co z Janem?

– Wyjechał do zakonu w mieście.

– O! Ojciec Paolo! Jeszcze ojciec tu jest? – od drzwi dobiegł Pawła głos ojca Jana. Może jednak ojciec zatrzyma się u nas, zamiast we wsi. Wyjeżdżacie dopiero za dwa dni; dobrze by było porządnie wypocząć przed tak daleką wyprawą.

Mężczyzna ujął delikatnie, ale stanowczo duchownego pod ramię i wprowadził do domu.

– To ja już pójdę – Róża ukłoniła się wszystkim i wyszła.

– Dobra dziewczyna; chyba była zakochana w naszym młodszym synu, tym, który poczuł powołanie. Może ojciec kiedyś go spotka. Tymczasem proszę nam coś opowiedzieć o brata pracy naukowej.

– Ja… Jak na razie nie mam większych zasług, dopiero chciałbym zacząć jakąś poważnieją współpracę z tymi kręgami.

– Nie ma ojciec większych zasług?! Ależ proszę nie być takim skromnym. Ojciec odbył już przecież jedną podróż do dalekich krajów, opracował nowe mapy i zielniki. Jak na początkującego to całkiem sporo.

– Widziałam, że ojciec rozmawiał z Różą – tym razem wtrąciła się matka Jana. – Ona teraz czuje się bardzo samotna. Nie tylko nasz syn wyjechał, ale i jej brat. Chyba byście się polubili; jego też pasjonuje nauka.

W głowie Pawła szumiało. Dlaczego go nie poznają? Skąd nagle ten duchowny ubiór? Gdzie podział się cały lipiec?

– Pozwoli ojciec, że ktoś zaniesie ojca torbę podróżną do pokoju gościnnego?

– Ale ja naprawdę nie chciałbym sprawiać kłopotu – wymamrotał, myśląc jednocześnie intensywnie, co robić i jak się zachować. Może pójść do domu? Róża wprawdzie go nie poznała, ale są przecież jeszcze rodzice…

– Nie przyjmuję odmowy. Bylibyśmy bardzo zawiedzeni! – pan domu stanowczo odrzucił sugestię o problemie. Pawła odprowadzono do wybranego przez państwa pokoju. Kiedy został sam, zajrzał do torby podróżnej. Były w niej przybory do pisania i rysowania, dwa ubiory podróżne na zmianę i… kaftan. Obejrzał go starannie. Widział już podobny strój, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy. Taki ubiór na pewno został uszyty na zamówienie i musiał być unikatowy, choćby przez wzgląd na kształty i wielkość kamieni szlachetnych użytych do ozdoby.

Paweł przypomniał sobie wszystkie posiadane informacje, krój jednak nie pasował do żadnych mu znanych, a który mógł przypisać  konkretnej nacji, czy krajowi.

Rozmyślania uśpiły mężczyznę. Nawet nie wiedział, kiedy całkowicie zmorzył go sen.

Rano dom wydał się Pawłowi zupełnie opuszczony. Przechodził z pomieszczenia do pomieszczenia, nie zastając nigdzie żywej duszy. Nawoływał, ale bez skutku. Wrócił więc szybko do pokoju, spakował rzeczy i wybiegł z domu.

Dopiero na drodze ujrzał swoich gospodarzy wracających skądś powozem. Schował się, by go nie zauważyli. Nie chciał do nich wracać, rozmawiać i opowiadać o czymś, o czym nie miał pojęcia. O geografii, ani o botanice wiedział niewiele, w przeciwieństwie do osoby, za którą go brali.

Ruszył do domu rodziców, wciąż wierząc, że rozpoznają w nim swojego syna. Kiedy dotarł do celu, zastał wszystko zamknięte na cztery spusty.

– Państwo wyjechali, majątek został sprzedany – usłyszał głos dochodzący od strony sąsiedniej posesji. Stał tam były sługa rodziny.

– Czego ojciec sobie życzy?

– Miałem odwiedzić państwa. Wczoraj spotkałem ich córkę. Chciałem porozmawiać o ich synu.

– O paniczu? A co z nim? Stało się coś złego? – sługa wydawał się szczerze zaniepokojony.

– Nie, skąd. Chciałem tylko przekazać od niego pozdrowienia i kilka zdań przeznaczonych tylko dla rodziny.

– To panicz nie wiedział o planach własnej rodziny?

– Nie mam pojęcia. Wykonuję jedynie jego prośbę. A dokąd pojechali?

– Myślałem, że do panicza.

– A Róża? Wczoraj widziałem ją w okolicy.

– Bywa tu czasem.

Paweł posmutniał; był zupełnie zbity z tropu.

– Proszę się nie martwić. Próbował ojciec wywiązać się z obietnicy.

– Nie, nie o to chodzi… Dziękuję za informację. Żegnaj.

Ruszył drogą wprost przed siebie, nie wiedząc, co z sobą zrobić. Takiego scenariusza zdarzeń nie przewidział.

Szedł bez wytchnienia cały dzień, byle dalej, przed siebie. W nocy przedrzemał u biedaków w jakiejś maleńkiej wiosce. Rano znów był w podróży. W południe skwar był tak ogromny, że wędrowiec postanowił przeczekać najgorętsze godziny. Ukrył się w jakiejś nędznej szopie, mając nadzieję na odrobinę snu. Nic jednak z tego nie wyszło. Znów wyjął kaftan i położył go przed sobą.

„Wszystko zaczęło się w wieczór balu” – rozmyślał – „A dokładniej chyba w chwili, kiedy Jan dał mi kaftan. Jego rodzina jest zamożna, ale po co by mu była taka szata, skoro miał ich do zakonu? Kupił, żeby mi podarować? Ale znał mnie przecież, wiedział, że nie lubię takiego zbytku, więc to chyba nie to”. Przez głowę Pawła przelatywało wiele myśli, jedna za drugą. „A może Jan dostał od kogoś kaftan, który sprawił, że i on stał się kimś innym? Czyli to nie był ten prawdziwy Jan?”

W  tym momencie kaftan uniósł się z ziemi i przybrał taką formę, jakby kogoś okrywał. Paweł cofnął się aż pod ścianę, w równym stopniu ze zdziwienia, co ze strachu. Po chwili stanął przed nim starszy mężczyzna.

– Rozwiązałeś moją zagadkę.

– Słucham?! – zdumienie Pawła nadal rosło.

– Rozwiązałeś zagadkę tej szaty. I moją. Uszyłem kaftan na zlecenie pewnego zamożnego człowieka. Dałem jednak warunek, że moje dzieło ma bez względu na wszystko pozostać w jego rodzinie. Nie udało im się jednak wypełnić mojej prośby. Strój zaczął przechodzić z rąk do rąk. A każdy kolejny jego posiadacz wcielał się w sytuację jego poprzedniego właściciela, dowiadując się, jak to jest znaleźć się nagle niemal dosłownie w czyjejś skórze.

Starzec opowiedział Pawłowi dokładnie historie jego poprzedników. Trwało to kilka godzin. Wreszcie, kiedy już robiło się szaro, mężczyzna zakończył swoją opowieść.

– Możesz teraz zakończyć tę historię i oddać strój prawowitemu właścicielowi.

Paweł skinął powoli głową na zgodę.

– Gdzie mam iść?

– Jakieś sto kilometrów stąd – starzec wskazał ręką kierunek – jest miasto. Poznasz je – wszystkie domy są tam białe z czerwonymi dachami. Na przedmieściach owego miasta stoi rezydencja, znana przez okolicznych mieszkańców jako „Dom w Klonowym Parku”. Tam odnieś szatę.

Stary mężczyzna zniknął tak niespodziewanie, jak się pojawił. Kaftan upadł na ziemię, a spod jego poły wyleciał niewielki notes, po części zapisany. Paweł przejrzał go i stwierdził, że zawiera początek historii szaty. Zanim ruszył w dalszą drogę spisał to, co usłyszał od tajemniczego starca.

 

Epilog

 

Nie spotkałem mistrza nigdy więcej po tym, jak rozliczyłem się z nim za kaftan. Od kiedy nam go skradziono, wszystko się zmieniło. Przede wszystkim mój syn… Myli się ten, kto twierdzi, że nigdy nie dostrzegałem jego wad. Wiedziałem o nich nazbyt dobrze; wszelkie próby egzekwowania właściwego zachowania kończyły się w ten sam sposób: mój syn stawał się coraz gorszy.

Po zniknięciu szaty, kiedy już doszedł do siebie, stał się z kolei cichy i pokorny, Półtora roku po ślubie doczekał się potomków – bliźniąt: dziewczynki i chłopca. Osierocił je po kolejnym roku. Ktoś znalazł go nieżywego w stajni. Nie wiemy, co się stało.

W dzień jego pogrzebu ktoś podrzucił kaftan pod bramę naszej rezydencji. Do szaty dołączono jej historię, którą tutaj kończę.

Kaftan spocznie w naszym skarbcu i będzie w tym bezpiecznym miejscu przechodził z pokolenia na pokolenie, w ręce kolejnych pełnoprawnych dziedziców. Wolę nie sprawdzać, czy utracił swoją moc pokazywania ludziom świata z zupełnie nowej perspektywy. Nie każdy jest na to gotowy…

 

Teresa skończyła czytać. Na blat stołu padały ostatnie promienie zachodzącego słońca.

– Gdybym tak mogła sprzedać kaftan, rozwiązałoby to wszystkie nasze problemy, przynajmniej te finansowe – westchnęła. – Ale ja też nie zaryzykuję.

Złożyła starannie szatę; notes wsunęła w jej poły. Wszystko zawinęła w nowy papier i starannie związała sznurkiem. Pakunek wsunęła pomiędzy swoje najbardziej osobiste rzeczy. Tam doczeka czasów, kiedy Teresa bez większego ryzyka będzie mogła opowiedzieć o nim rodzinie. Przynajmniej taką nadzieję żywiła kobieta, jedyna powierniczka rodzinnej tajemnicy.

 

KONIEC