Wypracowanie

Miałam napisać wypracowanie pt „Najciekawszy dzień moich wakacji”, problem jednak polegał na tym, że ostatnie wakacje spędziłam w domu, w mieście. Tatuś w czerwcu złamał rękę; uraz okazał się na tyle poważny, że kość trzeba było złożyć operacyjnie. Pieniądze, które rodzice odłożyli na rodzinny, wakacyjny wyjazd, musiały zostać przeznaczone na rehabilitację taty tak, aby mógł wrócić do pracy tak szybko, jak to możliwe.

Siedziałam nad pustym brudnopisem i nie wiedziałam za bardzo, co z tym problemem zrobić. Chciałam poprosić o pomoc mamę, ale siedziała z moim młodszym bratem nad matematyką i nie zanosiło się, żeby mieli szybko skończyć. A później mama szła do pracy na noc… Z kolei tata nigdy nie był mocny z przedmiotów humanistycznych, zwłaszcza jeśli chodziło o dłuższe wypracowania. Zresztą i tak go nie było w domu – kolejna wizyta u lekarza przeciągała się.

W końcu poddałam się; postanowiłam zgłosić nieprzygotowanie, wyjaśnić powód i poprosić o inny temat.

W nocy nie spałam najlepiej. Bądź co bądź, zawsze byłam obowiązkową uczennicą, regularnie odrabiającą wszelkie zadania – raz lepiej, raz gorzej, ale jednak…

Rano sama jadłam śniadanie. Tata wyszedł z moim bratem, którego miał odwieźć do szkoły i od razu jechał na rehabilitację. Mama jeszcze nie wróciła z dyżuru. W drodze powrotnej na pewno będzie robiła zakupy, było więc pewne, że miniemy się o dobrych kilkanaście minut.

Denerwowałam się, ale było to coś więcej, niż brak zadania, którego świadomie nie odrobiłam… Dziwny niepokój spowodował, że zaczęły mi się trząść ręce. Nie skończyłam śniadania, odstawiłam naczynia do kuchni, wzięłam teczkę, zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam po schodach w dół.

W bramie stanęłam jak wryta. Zobaczyłam ludzi biegających nerwowo w różne strony. Niektórzy pokrzykiwali coś do siebie wzajemnie i ruszali w dalszą drogę jeszcze szybszym, niż przed chwilą krokiem.

– A ty, gdzie masz się stawić? – usłyszałam głos dobiegający z góry. Podniosłam głowę i zobaczyłam niezwykle wysokiego mężczyznę w jakimś dziwnym mundurze.

– Słucham? – zamrugałam zdziwiona oczami.

– Na dworzec kolejowy, autobusowy, czy na lotnisko?

– Do szkoły! – odparłam zdecydowanie.

– Nie żartuj sobie, dziecko – mężczyzna wydawał się być zgorszony moją odpowiedzią. – Mamy kryzys. Władze odłożyły ewakuację na ostatni moment. Nie ma czasu na kiepskie dowcipy.

– Ewakuację? – popatrzyłam zdziwiona na mojego rozmówcę.

– Nie ma czasu na wyjaśnienia – mężczyzna coraz bardziej się niecierpliwił. – W którejś kieszeni powinnaś mieć bilecik odprawy z informacją. Poszukaj dobrze.

Posłusznie zaczęłam grzebać po kieszeniach i faktycznie – w kurtce znalazłam niewielką karteczkę złożoną starannie na czworo. Podałam ją mężczyźnie, który odczytał to, co zostało na niej napisane:

– DK. P5, T10, M52; czyli dworzec kolejowy, peron piąty, tor dziesiąty, miejsce 52. Schowaj starannie bilecik i ruszaj w końcu. Trafisz sama?

– Wiem, gdzie jest dworzec – wzruszyłam ramionami chowając karteczkę. – Ale co z moją rodziną? Tata z bratem wyszli pół godziny temu, a mama nie wróciła jeszcze z pracy.

– Nie martw się – mężczyzna uśmiechnął się lekko, starając się mnie uspokoić. – Na pewno zostali już poinformowani o ewakuacji i skierowani we właściwe miejsce. Rodziny nie będą rozdzielone, w każdym razie nie na dłużej, niż podróż. Spotkacie się, jeśli nie w pociągu, to w miejscu docelowym. A teraz spiesz się; twój pociąg odjeżdża za trzy kwadranse.

Dryblas odwrócił się bezceremonialnie i gwiżdżąc przeraźliwie na gwizdku pobiegł w stronę grupki wyrostków, którzy najwyraźniej zamierzali się pobić.

Co miałam robić? Chciałam wrócić do domu po jakieś rzeczy, pieniądze dokumenty i w tym momencie zauważyłam, że zamiast szkolnej teczki, mam na plecach swój ogromny plecak wypchany po brzegi, a u mojego paska zwisała mi saszetka z dokumentami i portmonetką. Okazało się też, że do mieszkania i tak nie mogłam wrócić – brama była zamknięta na klucz, co nigdy do tej pory się nie zdarzyło za mojego życia.

Ruszyłam w stronę dworca. Czułam się nieswojo w tym pędzącym nerwowo tłumie. Kobiety i mężczyźni ubrani w mundury identyczne jak dryblas, z którym dopiero co rozmawiałam, starali się zapanować nad chaosem. Kierowali ludzi we właściwe miejsca, wyjaśniając skróty i symbole z ich karteczek.

Sądziłam, że na dworcu będzie niezłe zamieszanie, przepychanki i rozgardiasz jeszcze większy, niż na ulicach. Kiedy dotarłam na miejsce, owszem – zastałam tu mnóstwo ludzi, ale zdumiał mnie panujący ład i sprawna organizacja ruchu. Osoby w mundurach kierowały rzesze ludzi na właściwe perony, dzięki temu dotarłam na swój w dwie minuty.

Po drodze zauważyłam, że na wszystkich torach, niemal bez przerwy stały kolejne pociągi. Kiedy jedne odjeżdżały, za chwilę wjeżdżały kolejne. Zastanawiałam się nawet, jakim sposobem, przy tylu odjeżdżających w krótkich odstępach czasu składach, nie doszło jeszcze do jakiegoś zatoru albo co gorsza, do wypadku.

Z zamyślenia wyrwały mnie coraz głośniejsze rozmowy moich przyszłych współpasażerów. Każdy miał własną teorię na temat tego, co dzisiaj działo się w mieście.

– To na pewno przez  kosmitów – grzmiał potężny mężczyzna długim, beżowym płaszczu, wymachując parasolem nad głowami ludzi.

– Bzdura! – zaskrzeczał czerstwy, dziarski staruszek w śmiesznym, wymiętym kapeluszu. – Doszło do skażenia terenu. Na pewno wybuchła jakaś elektrownia jądrowa, tylko nie chcą nam nic powiedzieć.

– Co też pan! – obruszyła się korpulentna kobieta w trudnym do określenia wieku, z ufarbowanymi na rudo, krótkimi włosami. – To na pewno tajne sprawy wojskowe! Może przygotowania do globalnej wojny…

– Nie sądzę. – Chudy dryblas podkręcał w zamyśleniu sumiasty wąs. – Nie utrzymaliby czegoś takiego w tajemnicy przy dzisiejszych mediach. Pewnie znaleźli pod  miastem bogate złoża ropy naftowej albo drogich kamieni lub złota…

W tym momencie wtoczył się na peron nasz pociąg i wszyscy skupili się na wsiadaniu. Jako że każdy miał przypisane miejsce, obyło się bez przepychanek i kłótni; po prostu każdy mógł wygodnie usiąść, na czym wielu osobom bardzo zależało.

Czułam się coraz bardziej niepewnie. Wśród współpasażerów nie widziałam nikogo z rodziny, czy znajomych; w dodatku jechaliśmy, nie wiadomo dokąd i z jakiego powodu. Z rozmów innych osób wywnioskowałam, że właściwie wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji – rzadko kto spotkał na dworcu choć jednego członka rodziny czy znajomego.

Pomimo zdenerwowania, zaczęłam zapadać w sen. Miarowy stukot kół ukołysał mnie jak małe dziecko.

Obudziło mnie delikatne potrząsanie za ramię. Podniosłam głowę i zobaczyłam mamę.

– Córeczko, obudź się. Zasnęłaś nad zeszytem. Szybciutko, idź się umyj i szoruj do łóżka!

Rozejrzałam się dookoła i z ogromną ulgą stwierdziłam, że jestem w domu.

– Kochanie, zaraz wychodzę do pracy, ale na pewno będę, kiedy wstaniesz. Odrobiłaś wszystkie lekcje?

– Prawie. Muszę jeszcze napisać wypracowanie; zrobię to już w łóżku. Zejdzie mi z pół godzinki.

– No to już, szybciutko – mama pocałowała mnie w czoło i zaczęła szykować się do wyjścia.

Spisałam więc to, co mi się przyśniło i tak oto powstało niniejsze wypracowanie.

 

Gabrysia zamilkła i zamknęła zeszyt.

– Świetnie wybrnęłaś z kłopotu – polonistka uśmiechnęła się z aprobatą. – Dobrze, kochani, skończymy pięć minuty wcześniej. Spakujcie się i możecie po cichutku zejść do szatni.

Kiedy klasa posłusznie schodziła na dół, Gabrysia zauważyła, że polonistka rozmawia nerwowo z dyrektorem. Dziewczynka udała, że musi związać but i udało się jej dosłyszeć kilka urywków tej rozmowy:

– Panie dyrektorze… Nie wiem, jak to możliwe…  Ta dziewczynka przewidziała ewakuację…

– Będzie trzeba dać znać do ministerstwa – stropił się dyrektor. – Pewno przyspieszą sprawę. Proszę jednak, póki co, nikomu nie wspominać o całej sprawie…