Zabaweczki

 

I

– Kolejne dziecko zaginęło. To już piąte w ciągu dwóch miesięcy.

– Czy coś łączy te przypadki?

– Wszystkie ofiary pochodzą z bogatych rodzin. Chodziły do państwowej, ale dobrej szkoły.

Brak jakichś szczególnych osiągnięć w nauce – przeciętni zarówno pod względem stopni jak i zachowania. Ale jeśli chodzi o to ostatnie, staramy się jeszcze rozmawiać z ich koleżankami i kolegami z klasy i szkoły. Nauczyciele się w każdym razie na tych uczniów nie skarżyli. Wszystkie zaginione dzieciaki były w wieku od siedmiu do dwunastu lat.

– A ostatnie zaginione dziecko?

– Dziewczynka. Jedenaście lat. Z bogatej rodziny. Jej wychowawczyni oraz sąsiedzi rodziny twierdzą, że mała miała wszystko. W domu zero awantur. Nauczycielka twierdzi nawet, że rodzice za bardzo jej pobłażali; stawiali na tak zwane „bezstresowe wychowanie”. Domowe problemy nie wchodzą więc w grę – póki co nie widzę żadnych powodów, dla których by miała uciec.

– I to tyczy się wszystkich zaginionych dzieci?

– Właśnie.

Policjanci zamilkli. Czuli się bezradnie. Ginęły dzieci z bogatych rodzin, które nie miały wrogów i zapewniały dzieciom życie godne pozazdroszczenia przez wielu rówieśników.

Sprawdzono wszystkich gości hoteli z ostatniej połowy roku. Wyodrębniono grupę, która była w mieście więcej niż raz w tym terminie. Wiedziano właściwie wszystko o każdym gościu – kiedy, na jak długo i w jakim celu przyjechał oraz z kim się spotykał; potwierdzano ich obecność u ludzi, z którymi mieli się widzieć. Nikt z tej około dwustu osobowej grupy nie był nigdy karany – przeważnie byli to ludzie interesu lub turyści.

– Co teraz?

– Zwracamy szczególną uwagę na szkoły i dzieciaki z bogatych rodzin. Zwiększamy ilość patroli w bogatych dzielnicach. Jeśli będzie trzeba, poprosimy o wsparcie personalne. Aha, jeszcze jedno – proszę mi wszystko starannie dokumentować. Słowo pisane ma w takich przypadkach szczególną wartość. Jeden szczególik może nam podać sprawcę na tacy. Panowie, to już wojna; tylko niestety nie znamy wroga.

 

II

     Miasteczko żyło spokojnym życiem. Rozrastało się w ostatnich latach, ale nie powodowało to wzrostu przestępczości, zwłaszcza miary porwań czy jeszcze bardziej drastycznych. Zdarzały się czasem drobne kradzieże, a pijackie kłótnie były stłumiane zazwyczaj w zarodku.

Pierwsze zniknięcie dziecka było dla miasteczka szokiem, tym bardziej każde kolejne – budziły rosnącą grozę i niepokój o dzieci. Rodzice zaczęli odprowadzać i przyprowadzać je ze szkoły, zakazywali wychodzić samym z domu, a mimo to wypadki zniknięć nadal się zdarzały.

W gazetach z początku aż huczało. Śledczy obawiali się, że to może podsycać tylko u sprawcy chęć do dalszych porwań. Ale nie mogli zabronić pisać; czytywali z uwagą te teksty – każdy domysł mógł wnieść coś nowego do śledztwa. Ich niepokój powodowało jedynie to, że gdzieś w miasteczku lub okolicach ich przeciwnik także może czytywać prasę i czerpać z niej natchnienie do swojej dalszej działalności.

***

 Gmach uniwersytetu był jednym z największych w starej części Miasta. Uczelnia nie należała do największych w kraju, ale przodowała w kierunkach humanistycznych, a zwłaszcza  w historii lokalnej poszczególnych terenów kraju.

Mateusz siedział w ostatniej ławce. Odkąd zaginął jego młodszy brat, nie wiedział co z sobą robić. Piotrek był oczkiem  w głowie całej rodziny. Rodzice uruchomili wszystkie swoje możliwości, by go odszukać. Wynajęli prywatnego detektywa z jednej z najlepszych agencji, byli nawet u jasnowidza. Ten jednak widział tylko chłopca w szkole w dzień zaginięcia, a później nic, zupełnie nic. Później twierdził, że miał w snach dziwne wizje – piszącego chłopca i  mikroskopijne  miasto pełne dzieci, ale to wydało się tak niedorzeczne, że rodzina zaprzestała korzystania z jego usług i starała się, by w ogóle fakt pójścia do jasnowidza nie wydostał się na zewnątrz.

Mateusz bywał zazdrosny o brata. Odkąd ten się urodził, zainteresowanie starszym dzieckiem ze strony rodziców i dziadków zmalało. Nie można było powiedzieć – miał wszystko. Ale to młodszego chłopca częściej przytulano i chwalono.

Kiedy Piotrek skończył siedem lat i poszedł do szkoły, zaczął uciekać przed tymi czułościami.  Zbliżył się wtedy do brata – Mateusz zaczął mu imponować dorosłością, kolegami i tym, że cieszył się ich uznaniem. Bracia zaprzyjaźnili się.

Jakieś dwa miesiące przed zaginięciem, chłopak zaczął później wracać ze szkoły, coraz rzadziej prosił Mateusza, by mógł z nim wyjść. Nie mówił, gdzie chodził, ani z kim. Rodzice pytali o to i owo, ale w końcu przestali – ufali chłopcu, nie wierzyli, że może robić coś złego. W końcu pochodził z „dobrego domu”.

Pewnego dnia chłopiec nie wrócił; pod wieczór ktoś zadzwonił i zgłosił zaginięcie. Okazało się, że Piotrek jest trzecim dzieckiem, jakie zaginęło ostatnio bez śladu.

A później ginęły kolejne. Wszyscy mówili, że trzeba coś z tym zrobić – każdego dnia rodzice drżeli, żeby historia się nie powtórzyła z ich pociechą.

***

– Cześć Mateuszu, napisałeś już referat?

– Tak, to znaczy jeszcze nie. Kończę.

– Pomóc ci w czymś?

– Nie, dzięki.

– Wracasz do domu?

– Nie, jeszcze muszę skoczyć do biblioteki; potrzebuję trochę materiałów do pracy semestralnej z historii lokalnej.

– To trzymaj się! Do jutra!

Anka podobała się Mateuszowi, ale też onieśmielała go. Chyba to wyczuwała. Wyczuwał jednak, że też darzyła go sympatią, zwłaszcza teraz, po zaginięciu Piotra.

 

Biblioteka była na przedostatnim, trzecim piętrze budynku. Miała bogate zbiory; przyjeżdżali tu nawet studenci i wykładowcy z innych miast.

O tej porze czytelnia była niemal pusta. Przy stolikach siedziało może dziesięć osób. Mateusz zajął miejsce niedaleko półek z czasopismami. Szukał artykułów na temat administracji w mieście w XVII wieku, w tym o sprawach karnych i kryminalnych. Znalazł już mnóstwo dokumentów sądowych oraz wydanych przez Ratusz; teraz chciał uzupełnić pracę o kilka przypadków z życia społeczeństwa i widzianych oczami zwykłych ludzi.

 

Starsze roczniki czasopism były oprawione w skórzane okładki. W katalogu natrafił na kroniki spisywane od XVI wieku; od pewnego momentu były drukowane w lokalnym wydawnictwie. Papier był gruby – zarówno dzięki temu, jak i profesjonalnemu przechowywaniu, woluminy zachowały się w bardzo dobrym stanie.

Mateusz przeglądał z namaszczeniem Kronikę. Sprawy codzienne – kulturalne, społeczne, karne. O to właśnie mu chodziło!

W pewnym momencie, chłopakowi wpadł w oko tytuł: Giną dzieci bogatych mieszczan. W kolejnym numerze  temat powrócił – autor wymienił dziesięć nazwisk zaginionych i ich wiek – wszystkie mieściły się w granicach od siedmiu do dwunastu lat.

 

III

Staś stał zauroczony przed wystawa sklepu z zabawkami. Natrafił na niego przez przypadek; sklepik znajdował się w wąskim starym zaułku wykładanym kocimi łbami.

Tego dnia spieszył się do szkoły. Wyszedł bardzo późno i szukał drogi na skróty. Zaczęło go kłuć w bogu, więc musiał zwolnić. I wtedy zauważył tę uliczkę. Nie znał jej. Przechodził tędy już kilka razy, ale nigdy do tej pory nie zauważył, że od ulicy Bocznej odchodzi właśnie ów przesmyk nazwany Zaułkiem Kocich Łbów. Chłopiec miał osiem lat i był jeszcze zbyt mały i nie zwracał uwagi na to, że znalazł się w jednym z najstarszych miejsc swojego miasta. Wśród kocich łbów wmurowano jeden większy kamień.

– 1389 – wydukał chłopiec z trudem odczytując słabo widoczny na kamieniu zapisek. Wzruszył ramionami – podana data była dla niego tylko dużą i wymagającą długiego czytania liczbą. Kiedy podniósł wzrok, natrafił na duże okno wystawowe – za szybą aż mieniło się od kolorów.

W tej chwili Staś zapomniał o tym dokąd szedł i że się bardzo spieszył. Podszedł z otwartą buzią do witryny. Zobaczył miniaturowe miasto, a właściwie jego fragment. Ulice, domki, kościoły, sklepy, placyki, park, drzewa – wszystko wyglądało bardzo realistycznie. Na ulicach widać było dokładnie kocie łby albo asfalt czy płyty chodnikowe. Dopiero po chwili chłopiec zauważył, że na miniaturowych uliczkach widać tylko dzieci. Uśmiechały się do siebie wzajemnie.

W chłopcu zaczęło kiełkować pragnienie – mieć takie miasteczko, móc zarządzać swoim własnym małym królestwem…

***

– Już wróciłeś?

– Tak mamo. Źle się poczułem. Brzuch mnie rozbolał.

Matka przyłożyła dłoń do czoła chłopca.

– Nie masz gorączki.

– Ale boli jeszcze. Nie dałbym rady wysiedzieć na lekcjach. Ledwo wróciłem.

– Faktycznie jesteś blady. Idź do siebie i połóż się. Przyniosę ci mięty.

Chłopiec ruszył powoli na piętro. Czuł się źle, ale nie z powodu brzucha. Rzadko kłamał. Zawsze wszystko dostawał, nie musiał więc łgać dla zysku. Był sprytny. Wiele rzeczy uchodziło mu na sucho, ale teraz bał się, że dostanie lanie z powodu dużego spóźnienia na pierwszą lekcję. Co by powiedział? Że zagapił się na zabawki? Kiedy się ocknął przed sklepem z miłego letargu, zajęcia trwały już w najlepsze. Wymyślił ból brzucha i wrócił do domu.

Leżał na tapczanie i z zamkniętymi oczami przypominał sobie barwne miasteczko.

– Proszę kochanie. Napij się. – matka postawiła kubek na szafce. Chłopiec posłusznie przytknął go do ust. Upił połowę i położył się.

Czy rodzice spełnią prośbę? Miasteczko jest na pewno bardzo drogie. Wprawdzie Staś przywykł, że rodzina spełnia większość jego zachcianek, ale tym razem czuł przez skórę, że sprawa nie będzie taka prosta. Tymczasem miasteczko już zakorzeniło się w jego świadomości, powracało obsesyjnie. Widział je zamykając oczy. Starał się myśleć o czymś innym, ale nie mógł.

IV

     Mateusz starannie przejrzał kolejne roczniki Kronik. W ciągu tygodnia znalazł jeszcze kilka artykułów o podobnej tematyce, traktujących o powtarzających się w dość krótkim czasie zaginięciach dzieci. Dość szybko zauważył pewną regularność w ich ukazywaniu się. Pojawiały się w Kronikach mniej więcej co sto lat, na przestrzeni jednego do półtora roku, informując o tajemniczych zniknięciach dziesięciorga – dwanaściorga dzieci w wieku 7-12 lat, pochodzących z dosyć zamożnych domów. Temat znikał z prasy równie nagle jak się zaczynał, bez słowa wyjaśnienia co do podejmowanych działań władz oraz ich efektów. Czyli albo zawsze ponoszono klęskę, co było powodem wstydu albo prawda była tak szokująca, że nie wyjawiano jej na szerokim forum.

***

– Wyglądasz na zmęczonego w ostatnim czasie.

– Jestem zmęczony, tato.

– Synu, wiem, że zaginięcie twojego brata jest dla ciebie ciężkim przeżyciem, tak jak dla nas wszystkich. Zauważyłem, że ostatnio praktycznie nie rozmawiamy.

– Wiem.

– Przez to wszystko zostałeś odsunięty na dalszy plan. Przykro mi.

– Hmm?

– Wiem, to nie w porządku. Wybacz mi.

– No co ty! Daję sobie radę.

– Wiem. Jesteś już młodym mężczyzną. Ale też nadal pozostajesz moim synem. Jestem z ciebie dumny.

– Czy policja ma jakieś poszlaki? Cokolwiek? Rozmawiali z wami ostatnio?

– Dzwoniłem wczoraj na komisariat. Zaginęło kolejne dziecko. Sytuacja analogiczna do naszej. Nikt nic nie wie, nikt nic nie zauważył.

– Nie wiem, może przesadzam, ale wydaje mi się, że zachowanie Piotrka na jakiś czas przed zaginięciem zaczęło się zmieniać.

– Co masz na myśli?

– Zaczął wracać później, coraz mniej mówił, dokąd i z kim chodzi.

– Cóż – wiek. Początek kolejnego etapu w życiu, chęci bycia niezależnym.

– Rozumiem, ale bez przesady. Piotrek to jeszcze dzieciak.

Ojciec usiadł i oparł głowę na obydwu rękach. Siedział tak przez chwilę.

– Może faktycznie popełniliśmy błąd. Chcieliśmy, żebyście mieli wszystko, włącznie z wolnością i naszym bezgranicznym zaufaniem. Teraz pozostaje mi tylko wyrzut sumienia i zastanawianie się, kiedy był ten moment, w którym powinienem był zareagować.

– Tato… Nie mów tak.

– Synu, jesteś już dorosły. Nie będę przed tobą udawał, że wierzę, że wszystko będzie dobrze. Za dużo podobnych przypadków w tym samym czasie. Chciałbym wierzyć, ale zawsze byłem człowiekiem kierującym się rozumem.

– Zakładasz od razu najgorsze.

Ojciec zamilkł. Pochylił głowę.

Mateusz nie wiedział co powiedzieć. Faktycznie, kilkoro dzieci w ciągu niespełna pół roku zaginęło w podobny sposób. Za dużo łączyło te przypadki. „Przypadki”? To przecież mali ludzie… A tu jeszcze okazuje się, że w przeszłości podobne wydarzenia też miewały miejsce. Ciekawe, że nikt jeszcze nie zwrócił na to uwagi. A może zwrócił, tylko z jakiegoś powodu tego nie ujawniana forum publicznym? A co by było, gdyby ludzie o tym usłyszeli?

„Zanim cokolwiek zrobię, muszę przeprowadzić własne śledztwo” – Mateusz zerwał się i pobiegł do swojego pokoju, żeby poukładać materiały, które do tej pory wpadły mu w rękę.

V

   Staś siedział w klasie i patrzył przez okno. Nie był w stanie skupić się na lekcji. Nie mógł się doczekać końca dnia w szkole, by móc pobiec znów i obejrzeć miasteczko na wystawie.

– Staszek! Odpowiesz na moje pytanie?!

Głos nauczycielki stojącej przy ławce wyrwał chłopca z odrętwienia. Zamrugał oczami, jakby obudzony ze snu. Wstał niezdarnie. Pytanie? Jakie pytanie? Popatrzył przerażony na nauczycielkę.

– Ja… Nie…

– Nie uważałeś. Co się z tobą stało? Zawsze uważasz. Niech to będzie po raz ostatni. Skup się.

Chłopiec usiadł ze spuszczoną głową. Starał się uważać, ale myśli cały czas uciekały w stronę sklepu. Po lekcjach był wyczerpany tą walką. Tylko myśl o wystawie dodawała mu sił do podjęcia drogi do domu.

Stojąc przed witryną zapomniał o całym zmęczeniu. Miasteczko zdawało się żyć własnym życiem. Po kilku minutach chłopcu wydało się, że maleńkie figurki dzieci poruszają się. Zamrugał oczami i chłonął to, co widział.

 

– Stasiu! Popatrz na zegar! Lekcje skończyły się dwie godziny temu!

– Przepraszam.

– Przepraszam?! A może powiesz mi, gdzie byłeś?

– Oglądałem wystawy sklepów…

– Wystawy?! Jakoś do tej pory nigdy cię aż tak nie interesowały, żeby wracać ze szkoły dwie godziny zamiast dwadzieścia minut.

– Przepraszam…

– Niech to będzie ostatni raz. Myj ręce i chodź jeść.

***

– Musimy porozmawiać.

– O czym?

– Nie o czym, tylko o kim. O naszym synu.

– Co z nim?

– Jak to? Nie widzisz zmian w jego zachowaniu?

– Chodzi do szkoły, uczy się…

– W tym sęk właśnie. Dziś dzwoniła jego nauczycielka. Staś bywa od jakiegoś czasu rozkojarzony. Zamyśla się. Odpowiada półsłówkami. Nie rozmawia prawie z kolegami i nie bawi się z nimi. Stoi obok zamyślony.

– Grunt, że nie należy do żadnej bandy łobuzerskiej.

– Kochanie, odległość od zabaw z rówieśnikami do bycia łobuzem jest dość daleka. A wracając do naszego syna. Zaczął się opuszczać w nauce.

– Bądźmy szczerzy, nigdy nie był orłem.

– Janusz, na Miłość Boską!!!

– Kochanie, nie przesadzaj. Jest za mały na narkotyki czy inne używki. Co by nie powiedzieć o tej szkole, to jednak dbają bardzo o dzieciaki.

– Próbowałam z nim rozmawiać, ale powiedział, że jest śpiący i poszedł do siebie – o piątej popołudniu!

– Dobrze, dobrze. Ja spróbuję z nim pogadać, obiecuję. Jutro sobota – dorwę go przed południem.

 

VI

      Mateusz spisał dokładnie nazwiska wszystkich dzieci zaginionych ostatnio i w poprzednich stuleciach. Nastało piąte stulecie zaginięć.

W XVII wieku zaginęło sześcioro dzieci, w XVIII – ośmioro, w XIX – dziesięcioro, w XX – dwanaścioro. Obecnie już zaginęło sześcioro. Idąc za prawidłowością, że w każdym kolejnym wieku, zaginęło o dwoje dzieci więcej, niż w poprzednim, powinno zaginąć jeszcze ośmioro.

– Powinno – Mateusz wzdrygnął się, wypowiedziawszy to słowo głośno. Ale zanotował skrupulatnie swoje przypuszczenie.

Tylko co teraz robić, do kogo iść?

Profesor historii lokalnej! Tylko on! Jest wręcz fanatykiem badania przeszłości miasta i okolic i to pod wszystkimi możliwymi względami.

***

– Panie profesorze! Proszę poczekać!

Wysoki, chudy mężczyzna w średnim wieku, o pociągłej twarzy i szpakowatych włosach przystanął i odwrócił się w stronę, skąd dobiegało wołanie. Biegnący w jego stronę chłopak wydał mu się znajomy. „Pewnie student” – pomyślał.

– Czy my się znamy?

– Miałem z panem profesorem historię lokalną na pierwszym roku.

Profesor zmarszczył czoło. Teraz sobie przypomniał – chłopak był studentem historii i synem radnego. Zawsze przygotowany; widać było, że studiuje z pasją.

– Mateusz?

– Tak panie profesorze.

– W czym mogę panu pomóc?

– Słyszał pan o zaginięciach dzieci w ostatnim czasie?

– Tak, dziś właśnie przeczytałem, że zaginęły jedenastoletnie bliźniaki. To już ośmioro w ostatnim pół roku. Okropność. Ale co ja mam z tym wspólnego?

– Mój brat też zaginął, stąd moje zainteresowanie sprawą.

– Bardzo ci współczuję.

Mateusz zamilkł n chwilę i spuścił głowę.

– Panie profesorze, poszperałem trochę w starych kronikach. Okazało się, że podobne przypadki miały już miejsce w przeszłości – mniej więcej raz na sto lat. Przypadki bardzo podobne do współczesnych. Mam ze sobą notatki i kserokopie znalezionych materiałów.

Profesor słuchał z początku bez przekonania, ale kiedy zobaczył teczkę wypchaną notatkami i kopiami starych tekstów, nie mógł się powstrzymać, żeby na nie choć nie zerknąć.

– Zauważyłem też pewną prawidłowość – w każdym kolejnym wieku zaginęło o dwoje dzieci więcej, niż sto lat wcześniej. Nie wiemy, jak było wcześniej, bo brakuje materiałów pisanych z wcześniejszych wieków.

Profesor kiwnął z uznaniem głową. Przeglądał pobieżnie materiały.

– Zostaw mi te dokumenty, jeśli możesz, do jutrzejszego wieczora. Przyjdź jutro do mnie do domu koło dziewiętnastej – profesor zapisał swój adres i podał kartkę Mateuszowi. – Do jutra!

***

      Mateusz znów ruszył do biblioteki. Obawiał się jednak, że wykorzystał już to źródło maksymalnie. Co teraz? Przydałyby się jakieś stare dokumenty, ale jak je wydobyć? Może ratusz?

Na pewno jest jakieś archiwum, ale nie każdy może z niego korzystać. Można nawet rzec, że ci, którym udostępnia się takie materiały, są nielicznymi szczęśliwcami. No i trzeba mieć jakieś solidne uzasadnienie, żeby prosić o wstęp. Pozostaje mieć nadzieję, że profesora naprawdę zainteresuje to, co już otrzymał i zechce pomóc w dalszych badaniach.

***

      Późnym popołudniem wypogodziło się – wcześniej przez cały dzień padał rzęsisty deszcz. Ale kiedy Mateusz wyszedł z domu i skierował się pod wskazany przez profesora adres, tu i ówdzie kopuła czarnych chmur zaczęła się przecierać i pojedyncze promienie słońca oświetliły ulice miasta. Chłopakowi jednak wszystkie myśli zaprzątała czekająca go za chwilę rozmowa. Tak bardzo chciał zyskać przychylną dla jego badań i sprawy osobę, która dodatkowo zechciałaby pomóc. Dotarł w końcu do alei, przy której mieszkał profesor i odnalazła właściwy adres.

Posiadłość otaczało wysokie ogrodzenie z prętów, zakończonych stylowym szpicem. W głębi było widać nieduży park i staroświecką willę. Przy bramie, która była jednocześnie wjazdem na posesję, Mateusz z trudem znalazł maleńki dzwonek i nacisnął go nieśmiało. Gdzieś od tyłu budynku zaszczekał pies. Zaraz potem na alejce pojawił się profesor; otwarł bramę, podał chłopakowi rękę i gestem zaprosił go do środka. Szli w milczeniu.

W salonie czekała już na nich herbata i drobna przekąska. Przez chwilę nikt się nie odzywał.

W końcu profesor podniósł głowę:

– Przejrzałem dokładnie zebrane przez ciebie materiały. Siedziałem nad nimi do późna, wręcz do świtu. Pomijając całe nieszczęście wszystkich rodzin, których ta sytuacja dotknęła bezpośrednio, całokształt jest bardzo interesujący.  Szczególnie, że nigdy nie napisano wzmianki o przypuszczeniach, co mogło się z tymi dziećmi stać.

– Panie profesorze, przepatrzyłem wszystko, co było ogólnie dostępne. Ale muszą gdzieś istnieć jakieś dokumenty związane z prowadzonym śledztwem – no chyba musieli coś robić w tej sprawie? Ginęły dzieci z bogatych rodzin – na pewno w grę wchodziły duże pieniądze przeznaczane przez nie na poszukiwania.

– Słusznie. A i bez tego władze musiały podejmować jakieś działania, żeby zapewnić społeczeństwo, że osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo w mieście, starają się wykonywać swoje obowiązki.

– Myśli pan profesor, że jakieś papiery istnieją? A jeśli tak, to gdzie?

– Najprawdopodobniej w archiwum miejskim. A i potomkowie rodzin, których dzieci ginęły w przeszłości, też mogą coś przechowywać. Tylko nie wiadomo, czy sami wiedzą, że coś takiego mają w domu. Zacznę od starań wejścia do archiwum miejskiego, a później zobaczymy. Bądź czujny i zapisuj wszystko, co może mieć aktualnie związek ze sprawą. Masz tu mój numer telefonu – w tej sprawie będę dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. I pamiętaj – piórem też można walczyć! Fakty! Zapisane stają się jeszcze prawdziwsze. I dają wiedzę – a to cenny skarb w walce – zwłaszcza z nieznanym wrogiem.

 

VII

     Chłopiec siedział w gabinecie ojca w ogromnym, jak dla niego fotelu i wpatrywał się w okno. Rzadko tu bywał. Zdziwił się i trochę przestraszył, kiedy ojciec poprosił, by do niego przyszedł. Rodzica zawsze na wiele mu pozwalali, nigdy nikt nie podnosił na niego głosu.

– Synku, nie będę owijał w bawełnę. Mama zgłosiła mi, że niepokoi ją twoje zachowanie. Spóźniasz się, nie  uważasz na lekcjach, chodzisz zamyślony.

Chłopiec schylił głowę.

– Dlaczego się mnie boisz? Czy kiedykolwiek skrzywdziliśmy cię z mamą? Czy ktokolwiek z rodziny zrobił coś nie tak?

Staś pokręcił powoli głową nadal nie podnosząc oczu na ojca.

– Spójrz na mnie… Stasiu, proszę…

Chłopiec powoli podniósł głowę.

– Co się dzieje? Ktoś cię skrzywdził? Ktokolwiek? W jakikolwiek sposób?

– Nie tato – głos chłopca był ledwo słyszalny.

Ojciec wstał i podszedł do fotela, na którym siedział jego syn. Przykucnął i spojrzał chłopcu w oczy.

– Dlaczego się ostatnio nie uśmiechasz? O czym tak rozmyślasz?

– Tato, ja… Ja wiem, że mam już wszystko… Ale chciałbym…

– Tak synku?

– Widziałem na wystawie jednego sklepu miasteczko… Śliczne… Ja chciałbym takie mieć… – chłopiec zamilkł nagle, zaniknął usta i zaczerwienił się.

– Tylko tyle? – ojciec roześmiał się. – Nie ma żadnego problemu. W przyszłym tygodniu pójdziemy do tego sklepu na zakupy. A teraz zmykaj i popraw się!

Chłopiec wybiegł z pokoju ojca. Czuł się wykończony, ale szczęśliwy. Nie mógł w to uwierzyć – ojciec tak łatwo  się zgodził. Tyle tęsknoty, wystawania pod sklepem, a teraz pozostał niespełna tydzień i takie miasteczko będzie jego!

Czuł, że zaraz eksploduje z radości. Chciał się z kimś nią podzielić, ale nie miał z kim, bo nikomu do tej pory nie opowiedział o swojej tajemnicy i z nikim nie dzielił swej nowej pasji.

***

– Rozpieszczacie dzieciaka, Pawle. Za bardzo mu pobłażacie. Mały pstryknie tylko palcami, a wy od razu kupujecie mu to co chce.

– Tato, Staś to dobry chłopiec. Zasługuje na to, co najlepsze.

– Ale powinien wiedzieć, że życie to nie bajka. Nie zawsze wystarczy powiedzieć:„chcę to czy tamto”!

Paweł westchnął. Wiedział, że jego ojciec ma wiele racji. Sam dochodził do wszystkiego samodzielnie. Dzieci wychowywał razem z matką surowo, ale sprawiedliwie. Z drugiej strony Paweł przypomniał też sobie wszystkie docinki kolegów z klasy, wyśmiewających jego skromne ubranie i to, że nie mógł co weekend iść na zabawę. Dlatego właśnie chciał, by jego dzieci miały lepiej, a przede wszystkim lżej.

– To będzie ostatnia przyjemność tej miary na długi czas. Przemyślałem już sprawę. Obiecałem i dotrzymam słowa. Zastrzegę jednak wyraźnie, że następny zakup tej miary będzie za długi czas albo za jakieś osiągnięcie.

Ojciec Pawła nadal nie wyglądał na zadowolonego, ale dał spokój. Kochał młodszego wnuka ponad wszystko i sam często podrzucał mu podarunki. Był o to na siebie zły, ale starał się tłumaczyć przed sobą z tej słabości.

***

Staś po raz ostatni pobiegł, by obejrzeć wystawę. Przystanął i patrzył.

Nagle otwarły się drzwi i stanął w nich niski, grubawy mężczyzna. Chłopiec przestraszył się w pierwszej chwili. Do tej pory ani sam do sklepu nie wchodził, ani nie widział, by robił to ktokolwiek inny. Nie  widział też nigdy sprzedawcy. Przełknął siłę i powiedział cicho: dzień dobry. Speszył się; po raz pierwszy ktoś przyłapał go na tym, jak był pochłonięty i zauroczony miasteczkiem na wystawie.

Mężczyzna stojący w drzwiach uśmiechnął się, chłopcu wydało się, że przyjaźnie.

– Dzień dobry chłopcze. Widuję cię ostatnio dość często. Dlaczego nigdy nie wszedłeś do środka?

– Ja… To… – Staś nieporadnie próbował tłumaczyć swój zachwyt nad wystawą, który onieśmielał do tego stopnia, że wejście do sklepu było czymś niewykonalnym.

– Wejdź i obejrzyj zabawki w środku – sprzedawca uczynił przesadnie uniżony gest zapraszający i uśmiechną się. W jednym momencie trwającym ułamek sekundy chłopcu wydało się, że uśmiech mężczyzny stał się szyderczy, ale możliwość obejrzenia wszystkiego z bliska, a może nawet wzięcia zabawek do ręki sprawiły, że niepokój zniknął w ułamku sekundy. Chłopiec ruszył powoli, z namaszczeniem w stronę wejścia. Sprzedawca zrobił mu miejsce, by mógł wejść.

 

VIII

– Proszę przyjść do mnie z samego rana, panie Mateuszu – tylko tyle powiedział profesor i odłożył słuchawkę. W jego głosie dało się słyszeć przejęcie niespotykane jak na badacza tajemnic przeszłości. To musiało oznaczać naprawdę ciekawe znalezisko. Był piątkowy wieczór. Śledztwo nie ruszyło od kilku dni. Chłopak mijał się z profesorem na uczelni i czasem w mieście; mężczyzna wydawał się zamyślony bardziej, niż zwykle. Dopiero dziś zadzwonił.

Mateusz nie mógł zasnąć. Profesor nie dzwonił nigdy w sprawach błahych, a już tym bardziej nie kazał do siebie przychodzić z samego rana następnego dnia, gdyby nie chodziło o sprawę wielkiej wagi. Chłopak zerwał się, kiedy zaczęło szarzeć. Nie spał całą noc z przejęcia. Obmył twarz zimną wodą, naciągnął świeżą koszulę i wstawił kawę. Nie przełknął nic poza nią. O ósmej wyszedł z domu; na pytanie ojca, dokąd się wybiera, mruknął coś wymijająco. Matka w ogóle się nim nie interesowała od czasu zaginięcia młodszego brata. Dużo spała i przyjmowała coraz większe dawki środków uspokajających. Martwiło to zarówno Mateusza, jak i ojca, który teraz musiał zająć się bardziej żoną, niż synem.

Także profesor wyglądał tak, jakby nie spał wiele tej nocy. Nie próbował nawet stwarzać pozorów – otworzył drzwi w pomiętej koszuli i spodniach, z włosami w nieładzie i dwudniowym zarostem.

– Zamówiłem śniadanie, zaraz je dostarczą; tymczasem chodźmy, muszę ci coś pokazać.

Mateusz nie mógł nadążyć za profesorem niemal biegnącym do salonu. Tu wskazał gościowi fotel i sięgnął po coś na stolik stojący koło kanapy. Podał chłopakowi niewielkich rozmiarów książkę, a raczej notes w starej, potarganej okładce. Stan ogólny nie był najlepszy – ze wszystkich stron wystawały kartki, co wskazywało na to, że nie trzymają się grzbietu.

– Co to jest?

– Pamiętnik dziewczynki z początku XX wieku, która zaginęła w badanych przez nas okolicznościach. I kilka notek jej ojca. Notes znaleziono na jednej z uliczek, podczas poszukiwań dziecka i od razu oddano ojcu, uznając to co było w nim zawarte za wybujała wyobraźnię Julii.

– Skąd pan to ma?

– Natrafiłem na to przez przypadek, u zaufanych znajomych, którym zdradziłem szczegóły naszych działań. Senior rodziny pamiętał, że jego ciotka zaginęła, kiedy miała jedenaście lat. Okazało się, że odkąd nauczyła się pisać, prowadziła coś w rodzaju pamiętnika, czy też dziennika, który spoczywał wraz z innymi ważnymi pamiątkami na strychu. Powierzono mi ten ważny relikt przeszłości  jako wieloletniemu przyjacielowi rodziny, na potrzeby naszego śledztwa.

– Czytał pan te zapiski?

– Tak i to kilkakrotnie. Całą noc je studiowałem. Powinieneś też to przeczytać – nie tylko dlatego, że badasz ze mną sprawę, ale też z powodu twojego brata. To może twojej rodzinie wyjaśnić wiele rzeczy. Weź notatnik ze sobą i przestudiuj go na spokojnie. Będziemy w kontakcie.

Mateusz wziął zeszyt i ruszył biegiem do domu. Nie mógł się doczekać wiadomości w nim zawartych.

 

 

„Pamiętnik Julii”

21.3.

Dziś po raz pierwszy zaświeciło słońce tej wiosny. Nauczycielka skończyła dziś wcześniej nasze lekcje i mogłyśmy z Anną wyjść. Anna chyba się zakochała w Tomaszu.

22.3.

Anna nie chce ze mną wychodzić do miasta. Zawsze wychodzimy z nianią. Ale kiedy jest ze mną Anna, czasem udaje się którejś z nas na chwilę oddalić. Rodzice byliby źli, gdyby się o tym dowiedzieli. Mogliby zwolnić pannę Amelię; my więc nic nie mówiłyśmy, tak jak i ona. Chyba nas bardzo  lubi.

24.3.

Anna wymyka się na spotkania z Tomaszem; już prawie ze mną nie rozmawia, tylko wzdycha. Czuję się samotna.

26.3.

Nauczycielka powiedziała, że mam talent do pisania. Rodzice bardzo się ucieszyli, kupili mi ogromny dom dla lalek z wyposażeniem. Anna na niego nawet nie spojrzała.

28.3.

Anna idzie na pierwszy w życiu bal. Zazdroszczę jej. Tomasz też tam będzie. Rodzice organizują bal także dla mnie; przychodzą przyjaciele rodziców z dziećmi.

2.04.

Bal był wspaniały. Dziś poszłam z przyjaciółmi rodziców – ciocią Zofią i wujem Michałem i ich dziećmi – do miasta. Zgubiłam się na chwilę. Szukając wujostwa znalazłam się w małym zaułku, gdzie natrafiłam na wspaniały s klep z zabawkami. Na wystawie było maleńkie miasteczko – na jego ulicach same dzieci, wszystkie radosne i uśmiechnięte. Stałam i patrzyłam o czarowana. Ach, mieć takie miasteczko!

Znalazł mnie wujek. Wszyscy najedliśmy się strachu. Nie będę się więcej od nich oddalać – to im obiecałam.

 

4.04.

Zaciągnęłam nianię do zaułka ze sklepem. Nie mogłam się od niego oderwać. Odkąd go zobaczyłam po raz pierwszy, nie mogę myśleć o niczym innym. Na lekcjach jestem rozkojarzona. Nauczycielka poskarżyła się ojcu. Tatuś jest kochany, nie skrzyczał mnie; obiecał nową sukienkę, jeśli będę grzeczna.

7.04.

Staram się jak mogę uważać na lekcjach – czasem się udaje, a czasem nie. Tatuś i tak mi kupił sukienkę.

8.04.

Znów zaciągnęłam nianię przed sklep. Niecierpliwiła się. Podobno stałyśmy tam ponad godzinę – mi wydawało się, że najwyżej pięć minut.

10.04.

Niania poskarżyła się mamie o to wystawanie przed sklepem. Mam stan podgorączkowy. Mama mówi że to przez to wystawanie w przeciągu; a ja tęsknię do miasteczka, chcę je mieć.

15.04.

Byłam chora, miałam gorączkę; przez kilka godzin wysoką. Tata mówił, ze majaczyłam o miasteczku. Odważyłam się powiedzieć mu, że o nim marzę. Tatuś śmiał się – spytał, dlaczego od razu nie powiedziałam. Kocha mnie ponad wszystko i obiecał, że za tydzień będę je miała w swoim pokoju.

17.07.

Nie mogłam wytrzymać. Musiałam je zobaczyć. Tydzień to jednak bardzo długo, zwłaszcza, kiedy ma się coś mieć na własność. Wymknęłam się z domu. Skorzystałam z zamieszania. Biedna Anna – stało się jej coś złego; Tomasz ją skrzywdził, ale nie wiem o co chodzi, nikt mi nic nie wytłumaczył; dorośli starają się mnie nie dopuszczać do sprawy. A ja przecież jestem już duża i wiele rozumiem. Anna płacze i śpi na przemian odkąd wczoraj w nocy wróciła do domu z kolejnego balu. Dziś przyszedł lekarz. Rodzice są zmartwieni, a ojciec dodatkowo wściekły.

Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wzięłam swój dziennik i wyszłam; pobiegłam do zaułka, żeby zobaczyć miasteczko. Dziś jest piękniejsze, niż zwykle. Właśnie wyszedł do mnie sprzedawca i zaprasza do środka…

 

Tu urywało się dziecinne, staranne pismo Julii.

 

 

IX

 

     Staś znalazł się w dosyć ciemnym pomieszczeniu. Musiał chwilę poczekać, aż oczy przyzwyczaiły mu się do mrocznego wejścia. Z biegiem kolejnych sekund mógł dostrzec coraz więcej szczegółów. Sklep okazał się dość duży. Do ścian były przymocowane półki, mniej więcej co pół metra; poukładane były na nich maleńkie domki i figurki dzieci, ustawione w scenki.

    Pośrodku stał ogromny stół, ginący po drugiej stronie pomieszczenia w ciemności. Cały – co do milimetra, był zastawiony miastem, polami, rzeczkami i stawami. Wszędzie było widać dzieci. Staś zastygł i patrzył z podziwem. „Obejrzenie wszystkiego dokładnie zajmie mi całe wieki” – pomyślał.

– Podoba się? – głos sprzedawcy dotarł do niego jak z zaświatów. Staś skinął powoli głową przełykając ślinę. – Tata przyjdzie w przyszłym tygodniu i mi takie miasteczko kupi – wyszeptał.

– Szczęściarz – sklepikarz zagwizdał cicho. – Wszyscy jesteście szczęściarzami.

– Wszyscy? – chłopiec jakby przebudził się ze snu. – To znaczy kto?!

Sprzedawca pokazał ręką na miasteczko – Wy wszyscy! Macie wszystko na wyciągnięcie ręki, bez pracy, bez starania. Jesteście zachłanni na nowości; dostajecie, bawicie się, szybko się nudzicie i najlepszym razie odstawiacie po kilku dniach na półkę, ale częściej niszczycie.

– Ale ja…

– Ty też chłopcze. Twój ojciec kupiłby ci miasteczko, ale ja obdaruję cię jeszcze hojniej i jeszcze bardziej cię uszczęśliwię. Dam ci nie kawałek miasteczka, a całe – staniesz się dosłownie  jego cząstką – mieszkańcem.

Głos sprzedawcy dochodził do chłopca z coraz dalszej odległości; wszystko zaczęło mu się zamazywać przed oczami. Wydało mu się, że upada, bo musiał zadzierać głowę, by widzieć mężczyznę. Po chwili uświadomił sobie jednak, że nadal stoi. Zaczęło do niego dochodzić, co się stało – zmalał do wielkości zabawki, ludzika, takiego jakich wiele widział na uliczkach miasteczka z wystawy.

Sklepikarz podniósł delikatnie małego chłopca z podłogi i posadził go sobie na dłoni. Obejrzał go starannie, kiwnął z głową z uznaniem i rozejrzał się za właściwym miejscem. Jego wybór padł na alejkę koło szkoły, gdzie bawiła się mała grupka dzieci.

***

– Już siódma. Nigdy o tej porze nie przebywał poza domem bez naszej wiedzy – Teresa chodziła nerwowo wzdłuż okien wypatrując syna. – Nie wiem nawet, kiedy i gdzie wyszedł. Coś ci mówił?!

    Paweł wzruszył ramionami.

– Pracowałem; drzwi do mojego gabinetu były zamknięte. Staś wie, że nie wolno mi wtedy przeszkadzać. 

Teresa schowała twarz w dłoniach. Drżała.
– Musimy zadzwonić na policję!!! Paweł! Rany Boskie, zrób coś!!!

Mężczyzna chwycił za słuchawkę i wykręcił numer.

– Halo?! Tak… Chciałbym zgłosić zaginięcie dziecka.

 

X

     W notatniku Julii dwie kolejne kartki były puste; na trzeciej pojawiło się kilka niestarannie zapisanych linijek. Pismo wyraźnie dorosłej osoby, zdenerwowanej, próbującej zebrać w jednym miejscu fakty.

 

20.04.

17.04. – zaginęła Julia. Szósty taki przypadek w ostatnich miesiącach.

19.04. – zaginęło kolejne dziecko; przypadek podobny do naszej córeczki.

21.04

Policja chyba śpi. Zrobili wywiad i do dziś się nie skontaktowali sami.

22.04.

Zdzisław powiedział, że do szpitala przywieziono dziś jedenastoletnią letnią dziewczynkę, mówiącą dziwne rzeczy. Stwierdzono histerię. Jej opowieść brzmi jednak ciekawie. Dziecko może mieć fantazję, ale wątpię, żeby wymyśliło samo coś takiego.

Opowieść dziewczynki (uporządkowana):

Od miesiąca przechodziłyśmy z siostrą przez mały zaułek – chyba Zaułek Kocich Łbów. Pierwszy raz trafiłyśmy tam przypadkiem, śpiesząc się do szkoły. Jest tam sklep z zabawkami, ze wspaniałym miniaturowym miasteczkiem na wystawie. Wszystko jest tam takie piękne, realistyczne. Na uliczkach same dzieci – bawią się, są szczęśliwe. Zapragnęłyśmy takie mieć, ale bałyśmy się poprosić. Rodzice jednak nigdy nam niczego nie odmawiali, więc w końcu zdobyłyśmy się na odwagę i poprosiłyśmy o miasteczko. Tatuś się zgodził i obiecał w ciągu tygodnia nam je kupić. Nie mogłyśmy wytrzymać; poszłyśmy tam jeszcze raz, tylko, żeby popatrzeć. Wtedy w drzwiach sklepu stanął sprzedawca; zaprosił nas uprzejmie do środka.  Powiedział, że zawsze miałyśmy w życiu wszystko, a on nas obdaruje jeszcze hojniej. I wtedy zobaczyłam, że Hania się zmniejsza, w końcu stała się zupełnie maleńka, jak zabaweczka z tego miasteczka. Uciekłam, bałam się, że i mnie zamienia w zabawkę…

 

24.04.

Dziewczynka cały czas powtarzała histerycznie swoją historię; podawano jej leki na uspokojenie; nie wytrzymała – skoczyła z okna… Biedne dziecko… Biedni rodzice… Stracili dwoje dzieci na raz.

 

Tu kończyły się zapiski. Mateusz był w szoku. Od razu pobiegł do profesora, nie uprzedzając go wcześniej. Nie musiał o nic pytać.

– W notatkach szpitalnych znalazłem wzmiankę o tej dziewczynce; na podstawie jej danych dotarłem do dokumentów policyjnych związanych z ówczesnymi zaginięciami. Przeanalizowałem je już; dziewczynka ze szpitala była jedynym świadkiem; pozostałe dzieci nikomu nic nie mówiły; stawały się nagle strasznie skryte.

– Myśli pan, że wszystkie sprawy tak wyglądały? Jeśli tak, to dlaczego…?

– Jedno, co możemy zrobić, to odszukać ten sklep. Z tego, co wyczytałem, policja nic o tym nie wiedziała i każde śledztwo utkwiło w końcu w martwym punkcie. Ale może źle szukali, albo mieli z jakiegoś powodu zasłonę na oczach…

***

– Znalazłam w starych zapiskach miejskich wzmiankę o Zaułku Kocich Łbów. Powstał w  1389 roku. Potem zaginął w gmatwaninie coraz to nowych ulic. Nie mogę go jednak znaleźć na najnowszym planie, mimo że jest bardzo szczegółowy. Chodźmy, poszukamy tej uliczki na podstawie starych map.

 

Trafili na ulicę, od której powinien odchodzić zaułek. W miejscu tym stał jednak dom. Mężczyźni udali się od razu do Muzeum Urbanistycznego Miasta. Zaczęli przeglądać kroniki najstarszej dzielnicy miasta.

Poszukiwania i zestawianie kolejnych danych okazały się żmudną pracą. Po dwóch tygodniach codziennego, trwającego po kilka godzin szperania, profesorowi udało się ustalić pewne fakty.

Pierwsze dane o zabudowie w tym miejscu pojawiły się w roku poprzedzającym pierwsze zaginięcia dzieci w XVII wieku.

***

– Hmmm… Może mamy do czynienia z przenikaniem się czasów i wymiarów. Podsumujmy to co wiemy na pewno. Zawsze ginęły dzieci z dobrych, bogatych rodzin, które dostawały wszystko, czego zapragnęły. Wszystkie były skryte; ich rodzice nie zauważali do końca powagi problemu.

– Dziewczynka ze szpitala mówiła, że ojciec obiecał kupić jej i jej siostrze miasteczko do jednego tygodnia od dnia, w którym go o nie poprosiły. Teraz sobie przypominam, że mój brat też o coś poprosił; wtedy jednak nie przysłuchiwałem się rozmowie, ale mogło chodzić o miasteczko; w każdym razie ojciec także obiecał mu to kupić maksymalnie za tydzień!

– Policja nie mogła trafić na ślad, bo dzieci nic nie mówiły rodzicom, a oni nie pytali, gdzie jest dokładnie sklep, bo dzieci miały ich tam zaprowadzić dopiero podczas zakupu.

– Zaułek może w ogóle nie być widoczny dla dorosłych…

– Pozostaje tylko pytanie dlaczego?!

– To chyba jakieś siły nieczyste.

– Według naszych, to znaczy twoich obserwacji, w tym wieku miało zaginąć czternaścioro dzieci. Jakie mamy dane z policji?

– Dziś rano zaginęło czternaste dziecko – dziewczynka.

– Musimy uporządkować nasze materiały i zostawić dla naszych prawnuków. Może jak będą czujni, ich dzieci nie będą ginąć, bo w porę zauważą niepokojące symptomy; może im się uda rozwiązać tę zagadkę. Nam pozostanie tylko opłakać zaginione dzieci naszych czasów.

Nastał wieczór. Mateusz wracał powoli do domu. Powinien był powiedzieć rodzicom? Może nie teraz… Ból jest zbyt świeży, nie uwierzą, a będą jeszcze bardziej cierpieć. Może prędzej ojciec da się przekonać. Trzeba tylko trochę odczekać – musi dojść do siebie; teraz to wszystko wyda mu się zbyt niewiarygodne… Może kiedyś po prostu ot tak podda mu lekturę materiałów jako ciekawostkę, może wtedy ojciec coś wymyśli… Może…