Życie do poprawki

Albertowi przez całe życie wiodło się świetnie. Pochodził z dobrze sytuowanej rodziny, odebrał staranne wykształcenie – bynajmniej nie dlatego, żeby mógł podjąć w dorosłym życiu intratniejszą pracę, ale wyłącznie dla własnej satysfakcji.

Ojciec przekazał mu rodzinny interes, który przynosił niezłe dochody. Albert nie miał wiele do roboty. Raz na miesiąc wysłuchiwał sprawozdania z działalności firmy,  planów na kolejny rok oraz tego, co mieli do powiedzenia doradcy i zatwierdzał dokumenty. Wszystkie projekty sygnował własnym nazwiskiem, choć zazwyczaj niewielkie miał zasługi w ich powstawaniu. Ludzie, którzy faktycznie byli za nie odpowiedzialni, nie mieli jednak powodów do poddawania szefowi złych pomysłów lub zgłaszania jakichkolwiek pretensji – zbyt wysokie dostawali wynagrodzenie na sukcesy rodzinnego interesu Alberta. Prezes płacił dobrze, bo chciał mieć spokój i pieniądze na przyjemności.

Albert jeździł po świecie, cieszył się życiem, luksusami i karierą zawodową, którą robili za niego inni – on tylko zbierał śmietankę i pochwały.

Pytany, czy nie zamierza w końcu założyć rodziny, chociażby po to, żeby mieć spadkobierców, ciągle odpowiadał: „później”. W rezultacie jego rodzice nie doczekali się nie tylko wnuków, ale nawet zaręczyn jedynaka.

Dobrze ubrany, zadbany, korzystający z wielu ekskluzywnych zabiegów kosmetycznych, długo zachowywał wygląd znacznie odbiegający i to pozytywnie od jego faktycznego wieku. Z satysfakcją zauważał rozmarzone spojrzenia kobiet, z których wiele starało się zwrócić na siebie jego uwagę. Podobał im się, tego był pewien. Nawet stateczne mężatki rzadko przechodziły obok niego obojętnie. Sprawiało mu to ogromną satysfakcję, stawał się w związku z tym coraz bardziej zarozumiały. Rosły też jego wymagania co do potencjalnej kandydatki na przyszłą żonę.

Kiedy odwiedził już wszystkie zakątki świata, o których zobaczeniu marzył, posiadał wszelkie wygody, które – jak twierdził – są niezbędne do godnego życia,  zebrał wszystkie możliwe nagrody i słowa uznania za osiągnięcia zawodowe, postanowił się nareszcie ustatkować, to znaczy założyć rodzinę.

Kiedy Albert zaczynał szukać żony, stuknęło mu właśnie sześćdziesiąt pięć lat życia. Za kandydatkami rozglądał się podczas spotkań u znajomych, na uroczystościach, balach charytatywnych i przy wszelkich innych okazjach, kiedy w jednym miejscu spotykało się wielu ludzi ze śmietanki towarzyskiej.

Po pewnym czasie spostrzegł z niepokojem, że cieszy się popularnością wyłącznie u pań co najmniej pięćdziesięcioletnich, u swoich rówieśniczek, a nawet jeszcze starszych. Tymczasem Albert planował pełną rodzinę, to znaczy w której skład wchodzą też dzieci, więc w kręgu jego zainteresowań były tylko i wyłącznie kobiety co najwyżej trzydziestoletnie.

Pomimo bogactwa i możliwości zapewnienia przyszłej małżonce dostatniego życia, dwudziesto– i trzydziestolatki uważały starego kawalera za ekscentryka lub wręcz za dziwaka. Dodatkowo twierdziły, że: „kiedyś może i był przystojny, teraz jednak czas nie obszedł się z nim najlepiej”; to także sprawiało, że patrzyły na niego raczej niezbyt przychylnie jako na człowieka, który szuka ich towarzystwa.. W końcu zaczęły skarżyć się rodzicom, że Albert staje się wobec nich zbyt natarczywy i mężczyzna powoli przestawał być zapraszany na obiady, kolacje i inne spotkania w bardziej kameralnym gronie oraz w domach, w których mieszkały najmłodsze panny na wydaniu. Dotyczyło to także kuzynostwa.

Jego bogactwo kusiło, ale nie do tego stopnia, by ktokolwiek upierał się przy wydaniu za niego swojej córki, która twierdziła: „co z tego, że obrzydliwie bogaty, skoro na pewien sposób obleśny w wyglądzie i zachowaniu, klejąc się do panien, które mogłyby być nawet jego wnuczkami?”.

W końcu nadszedł miesiąc, w którym jego liściki z zapytaniem o spotkanie, wyjście do teatru na czy obiad, wszystkie pozostały bez odzewu lub spotkały się ze zdecydowaną odmową, motywowaną chorobą lub innymi planami. W kolejnych tygodniach sytuacja nie uległa zmianie.

Pewnego dnia spacerując po parku, Albert dostrzegł małżeństwo – kobietę i mężczyznę około siedemdziesiątki. Szli pod rękę, powoli, delektując się chwilą. Co jakiś czas patrzyli sobie w oczy i były to spojrzenia pełne miłości. W pewnej chwili mężczyzna zwrócił się do żony:

– Gdybym tylko mógł zapewnić tobie i dzieciom lepszy byt. Starałem się. Nie wszystko wyszło tak, jak chciałem, właściwie to niewiele. Przepraszam”.

– Dałeś nam szczęście i wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Poszli dalej już nic nie mówiąc. Mężczyzna wydawał się uspokojony słowami żony.

– Co ja bym dał, żeby być na miejscu tego mężczyzny – westchnął Albert.

– Pan wybaczy; co dokładnie rozumie pan, mówiąc o byciu na czyimś miejscu?

Albert odwrócił się, by zobaczyć, kto do niego mówi. Ujrzał wysokiego, postawnego mężczyznę w bliżej nieokreślonym wieku; mógł mieć zarówno czterdzieści, jak i sześćdziesiąt lat. Jego czarne, lekko przyprószone siwizną włosy, były obcięte dosyć krótko i zaczesane na prawo. A oczy… dziwnie błyszczały i były ciemno zielone. Twarz szczupła i pociągła, zdawała się zastygnąć w obojętnym wyrazie i nie być zdolną do wyrażania jakichkolwiek emocji, zwłaszcza pozytywnych.

Mężczyzna miał na sobie białą, wykrochmaloną koszulę i jasny, świetnie skrojony garnitur.

– No i co, panie Albercie? Podobam się panu? – mężczyzna uśmiechną się od niechcenia, ukazując białe, równe zęby.

– Kim pan jest?

– Ach, przepraszam stokrotnie – rozmówca skłonił się z przesadnym uniżeniem, jakby chciał zadrwić z Alberta. – Zapomniałem się przedstawić. Młodzieńcze roztargnienie, pan wybaczy! Nazywam się Ludwik Brown.

– Skąd pan mnie zna? Bo ja nie przypominam sobie…

– Od lat widywałem pana na różnego rodzaju spotkaniach, balach, party, czy zjazdach branżowych, ale nigdy nas sobie nie przedstawiono. A kiedyś był pan zbyt zajęty sobą i robieniem dobrego wrażenia, a w ostatnich latach raczej młodziutkimi kobietami – zdaje się jednak, że bez wzajemności – by zwracać uwagę na mężczyzn, w każdym razie nie na wszystkich.

– Dlaczego nigdy pan do mnie nie podszedł? – Albert czuł się nieco urażony tym, co właśnie usłyszał.

– Cóż, można powiedzieć, że po prostu pana obserwowałem – nieznajomy znów uśmiechnął się lekko. – Zapali pan? – wyjął z kieszeni srebrną papierośnicę, zawierającą najlepszego gatunku tytoń.

– Dziękuję – Albert sięgnął po papierosa, łamiąc swoją odwieczną zasadę trzech papierosów dziennie.

– Albercie, nie odpowiedział pan na moje pytanie – Brown zaciągnął się  dymem. – Co pan miał na myśli mówiąc, że chciałby pan być na miejscu tamtego biedaka?

– Biedaka? Nie odebrałem go w ten sposób. Wyglądał raczej na szczęśliwego… A już na pewno nie był samotny – Albert westchną lekko.

– Opowiem panu o tym człowieku. Nazywa się Gabriel Mark. Wszystko co ma, a nie jest tego aż tak wiele, ma dzięki długim latom ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Już jako kilkunastoletni chłopiec uczył się, jednocześnie zdobywając zawód i pracując zarobkowo. Ojciec pochwalał jego pęd ku wiedzy, ale sam nie mógł mu w tej materii pomóc; też ciężko pracował, by utrzymać siedmioosobową  rodzinę. Matka zresztą także harowała ponad siły. Ale nie skarżyli się na swój los, w każdym razie nie codziennie. Kiedy Gabriel skończył dwadzieścia pięć lat, zakochał się ze wzajemnością w dziewczynie z sąsiedztwa – Joannie.

– Nie musiał szukać daleko…

– Słucham?

– Mówię, że nie musiał przynajmniej tej jedynej szukać gdzieś daleko. Ja miałem w życiu wszystko, byłem w setkach miejsc, w niektórych wielokrotnie, a nie spotkałem właściwej kobiety.

– Jest pan pewien, Albercie? – Brown zachichotał, ale tylko przez sekundę. – Może był pan zbyt zajęty sobą, by zorientować się, że stoi przed panem miłość pana życia.

– Co też pan… – Albert poczerwieniał, ledwo powstrzymując się od wybuchu.

– No, no, niech się pan tak nie denerwuje – Ludwik starał się go uspokoić. – Proszę słuchać dalej. Gabriel i Joanna szybko doczekali się potomstwa: dwóch synów i ukochanej córki. Wychowali ich na porządnych, zaradnych ludzi, co  – wierz mi, kochany – też było poważnym wyzwaniem.  Teraz mają pięcioro wnuków, z którymi uwielbiają spędzać czas, choć mogliby zasłużenie odpocząć. Gabriel dał wiele swojej rodzinie, ale wie, że owoce jego pracy były często niedoceniane i zbyt nisko opłacane. Nie było jednak czasu na wykłócanie się o  należne mu uznanie. Chciał dać dzieciom jak najlepszy start w dorosłe życie, a żonie zapewnić dozgonnie dach nad głową i strawę, ale nie mógł przebić się przez układy i układziki, a nie chciał prać w nich udziału. Dziś mieszka z żoną w maleńkim, dwudziestometrowym mieszkanku na poddaszu kamienicy. Joanna powtarza uparcie: „ciasne, ale własne”, jednak Gabriel nie o tym dla nich marzył.

Ludwik zamilkł, patrzył przez chwilę na Alberta, który z kolei utkwił wzrok w kierunku, gdzie za rogiem zniknął jakiś czas temu Gabriel z żoną.

– Czy nadal chciałby pan być na jego miejscu, Albercie?

– On przynajmniej nie jest samotny.

– Cóż; mam dla pana nietypową propozycję. Przeżyje pan życie podobne do żywota Gabriela, powiedzmy od czternastego roku życia, kiedy musiał zacząć na serio pracować i pomagać ojcu. Zachowa pan wszystkie wspomnienia o obecnym życiu, by mógł pan porównać, które życie jest dla pana lepsze. Kiedy dożyje pan  tym sposobem obecnego wieku, podejmie pan decyzję, która starość wybrać. Czy pana to interesuje?

– Hmmm… Właściwie…

– Nie ma pan nic do stracenia.

– Cóż, w takim razie zgoda, ale…

Nie zdążył już nic powiedzieć, bo ziemia pod jego nogami zadrżała tak mocno i niespodziewanie, że upadł i musiał stracić przytomność, bo zapadł w ciemność i nie czuł już kompletnie nic.

Obudził się z bólem pulsującym w skroniach. Otworzył oczy, ale musiał je jeszcze na chwilę zamknąć; światło dzienne oślepiło go, powodując dodatkowo ból oczu.

– Synku, obudziłeś się? – miękki, kobiecy głos doszedł go z lewej strony; był cichy, ale dolatywał z bliska. – Jak tam głowa?

Poczuł, że kobieta kładzie mu na czoło zimny kompres.

– Jeszcze boli…

– Cóż, wypadki przy pracy niestety się zdarzają. Lekarz mówi, że dojdziesz do siebie za kilka dni.

Albertowi udało się nareszcie otworzyć oczy, a kobieta pomogła mu oprzeć się dodatkową poduszkę, którą ułożyła pod jego plecami. Podała mu zupę i pomogła zjeść, karmiąc go łyżką, której nie dał rady z powodu osłabienia unieść do ust.

Faktycznie, w ciągu kilku dni, Albert całkowicie doszedł do siebie. Miał silny, młody organizm.

Mieszkał z rodzicami i czworgiem rodzeństwa w niewielkim, dwupokojowym domu na skraju miasta. Ojciec był murarzem i uczył go – jako najstarszego syna – tego fachu. Matka zajmowała się domem i czasem niańczeniem cudzych dzieci dorabiała do domowego budżetu.

Albert przedpołudnia spędzał w szkole, a popołudniami pracował wraz z ojcem. Wieczorami padał na łóżko i zasypiał kamiennym snem. Budził się jednak o świcie, by powtórzyć zadane lekcje.

Zimą miał mniej pracy; chodził z ojcem tylko na prace wykończeniowe; ludzie dawali im wtedy często jako cześć zapłaty ciepły obiad, czasem trochę odzieży i resztki materiałów, które pozostały po zakończeniu prac.

Kiedy skończył obecną, ojciec posłał  go do kolejnej szkoły, a że Albert wszystko łatwo przyswajał, nie miał  nic przeciwko temu, by dalej się uczyć.

Po zakończeniu edukacji, nadal pracował z ojcem, już całymi dniami – wyrobili sobie markę, więc o zlecenia nie musieli się martwić.

Kiedy Albert skończył dwadzieścia pięć lat, zakochał się ze wzajemnością w Annie – córce nauczyciela i guwernantki. Ku swojej radości, został zaakceptowany przez jej rodzinę i po roku narzeczeństwa, młodzi pobrali się.

Mężczyzna pracował bardzo ciężko, by odłożyć na własny kąt. W końcu udało mu się wpłacić zaliczkę, a resztę miał spłacać w ratach.

Na świat zaczęły przychodzić dzieci – co dwa lata urodziło się dwóch chłopców i dziewczynka. Albert zaciskał zęby i z każdym rokiem pracował jeszcze ciężej. W wieku trzydziestu pięciu lat, wyglądał na o dekadę starszego. Zaczęły go boleć plecy i stawy, ale duma nie pozwalała mu na skargi.

Najstarszy syn, Piotr, skończył szkołę handlową i zaczął prace w sklepie. Średnia córka – Julia – została nauczycielką i dostała prace w miejskiej szkole, dwie dzielnice dalej. Najmłodszy Michał, wyjechał do szkoły wojskowej i przez kilka lat rzadko bywał w domu.

Kiedy Albert skończył pięćdziesiąt pięć lat, zaczął mieć problemy z sercem. Lekarz stanowczo zalecił mu, by się oszczędzał, jeśli chce doczekać wnuków i móc się z nimi bawić.

Na szczęście Albert skończył już spłacać dom, więc Anna miała zapewniony swój kąt, gdyby jemu coś się stało. Żona umiała pięknie haftować i teraz to ona przejęła większość obowiązków, jeśli chodzi o zarabianie na życie i odkładanie na czarną godzinę. Miała stałych klientów, którzy przysyłali jej z zamówieniami ciągle nowe osoby.

Piotr otwierał właśnie swoją firmę, zaczynając od dwóch skromnych sklepów. Namówił ojca, by poprowadził jeden z nich. Albert był zmęczony, ale nie chciał pozostawić Annie całego ciężaru zarobkowania, więc się zgodził. Siedząc w wolnych chwilach za ladą, zaczął powoli zastanawiać się, które jego życie było lepsze. W tym poprzednim był wypoczęty i zadbany. Miał to wszystko, o czy większość osób tylko marzy lub wręcz marzyć nie śmie, żeby nie stać się zrzędliwymi i zgorzkniałymi ludźmi przed skończeniem czterdziestego roku życia. Wtedy był szczęśliwy, przynajmniej do chwili, kiedy zdecydował się zacząć szukać żony w wieku odpowiednim na zostanie matką. A teraz… Przecież też był szczęśliwy, choć ciągle zmęczony. Wieczorami dość często nie miał siły, by porozmawiać wystarczająco długo z żoną, czy dziećmi, ale one były wdzięczne za każda minutę. To było miłe uczucie, wiedzieć, że obok w łóżku leży  ktoś bliski, kochany, kto zaraz się przytuli choć na chwilę.

Ale teraz, kiedy powinien móc wreszcie przejść na zasłużoną emeryturę, był sterany, zmęczony, schorowany i nie przypominał zewnętrznie siebie z poprzedniego życia. Garbił się, włosy mu się przerzedziły, oczy straciły blask i ostrość widzenia. Z trudem uzbierał na okulary, które i tak wkładał, kiedy naprawdę musiał, żeby się nie daj Boże nie stłukły zanim nie uzbiera na nowe. Były mu niezbędne do pracy w sklepie; bez nich nie zrobił obliczeń i nie wydał właściwie reszty i ryzykował, że ktoś go oszuka przy ilości dostarczeniu zamówionego towaru. Postarzał go dodatkowo brak kilku zębów i wygląd zniszczonych ciężką pracą i bolących stawów rąk.

Gdyby Anna go nie kochała, teraz zapewne nie spojrzałaby na niego jak na mężczyznę. Na ulicy łapał czasem współczujące spojrzenia osób dużo młodszych; na pewno myślały one o nim: ”biedny staruszek”.

Mimo tego wszystkiego, był jednak przecież prawdziwą głową rodziny.
Sprostał trudnościom życia z godnością.

Albert wiedział, że zbliża się czas, kiedy będzie musiał podjąć decyzję: beztroska starość, bez bólu, w luksusie, ale bez rodziny lub z bliskimi u boku albo w pobliżu, ale z troskami dnia codziennego. Wielokrotnie analizował już wszystkie za i przeciw. Głowa bolała go coraz bardziej.

„Dlaczego nie mógłbym zabrać rodziny do tamtego życia?” – myślał z goryczą. – „Tak by było najlepiej”.

Anna obserwowała go i widziała, że coś go nęka. Zatroskana stanem zdrowia męża kobieta wciąż myślała, jak z nim o tym porozmawiać, żeby – nie daj Boże – dodatkowo go nie zdenerwować.

Albert szybko zorientował się, że Anna  widzi jego niepokój Znał ją już tyle lat, że czytał z jej oczu jak z książki, nawet jeśli nie odzywała się w danej sprawie choćby słówkiem. Mężczyzna zaczął więc maskować swój niepokój. Unikał stanu zamyślenia, jeśli żona był w tym samym pokoju.

Pewnego dnia przyszła mu do głowy myśl, że Ludwig Brown o nim zapomniał. Może więc Albert nie będzie musiał dokonywać żadnego wyboru? Ta cicha nadzieja poprawiła mu humor na tyle, że leżąc już w łóżku odprężył się tak, jak dawno mu się to nie udało i zasnął spokojnie, by… w tym życiu więcej się już nie obudzić.

 

– Gdzie ja jestem? – mrugał nerwowo powiekami; jasne światło sprawiało ból oczu i niezbyt wyraźny obraz.

– W domu, synku.

– Co się stało?

– Napadli cię; byłeś nieprzytomny.

– Nie, to niemożliwe – wymamrotał. Udało mu się szeroko otworzyć oczy. Znajdował się w swoim domu rodzinnym z bogatego życia. Sądząc po wyglądzie matki, były to lata jego najwcześniejszej młodości, wręcz nastoletniej.

– Uspokój się, synku. Złapali ich; to drobni złodziejaszkowie. Nie ukradli ci nic cennego, bo ktoś ich spłoszył. Dzięki temu nie zrobili ci nic gorszego.

– Ale ja…

– Ćsiii… Nic nie mów. Musisz odpoczywać. – matka zwilżyła mu wargi chłodnym wacikiem. – Po południu przyjdzie do ciebie lekarz.

Kobieta lekko rozsunęła zasłony i wyszła z pokoju, zostawiając Alberta samego. Wiedział jednak, że ktoś cały czas będzie w pobliżu, żeby – w razie czego – służyć mu pomocą, jak zawsze, kiedy był chory.

Albertowi huczało w głowie; nie mógł zebrać myśli. Ne rozumiał co się właściwie stało.

Poruszył się lekko, żeby choć trochę zmienić pozycję. W tym momencie na podłogę spadła koperta; musiała zostać ukryta na brzegu łóżka, pod prześcieradłem. Z trudem nachylił się i podniósł ją zaciekawiony. Nie była ani zaadresowana, ani zaklejona, uznał więc, że może zajrzeć do środka, skoro znalazł ją w swoim pokoju. W środku była zapisana kartka papieru. To musiał być list.

 

Drogi Albercie,

Mogę sobie wyobrazić, jak zaskoczony musisz być tym przebudzeniem. Twoje dotychczasowe dwa życia były tylko snem, choć nie zdawałeś sobie z tego sprawy.

Przykro mi, że przy okazji musiała nieco ucierpieć twoja głowa, ale w zamian otrzymałeś coś, co dostają bardzo nieliczni: doświadczenie, które pozwoli ci we właściwym momencie dokonać najlepszego wyboru, w myśl powiedzenia: do trzech razy sztuka.

Z chwilą, kiedy podejmiesz decyzję, twoje wspomnienia z poprzednich żywotów zaczną blednąć, aż faktycznie uznasz je za sen.

 Życzę Ci szczerze powodzenia na nowej drodze życia.

 

 

                                                                         Szczerze oddany,

                                                                                                 Ludwik Brown

 

Z chwilą, kiedy oczy Alberta przesunęły się po ostatnich linijkach tekstu, kartka rozpadła się w drobny mak. Chłopak nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Czy to jakieś obłąkanie, a może szansa dana przez siły wyższe? A jeśli to drugie, czy ktoś go z tego kiedyś rozliczy i jak?

Odpowiedź na te pytania przyniesie dopiero przyszłość.